Publicystyka filmowa
O MIŁOŚCI i NIENAWIŚCI. Dwadzieścia lat po premierze MROCZNEGO WIDMA
O MIŁOŚCI I NIENAWIŚCI to refleksja nad dwudziestoleciem MROCZNEGO WIDMA, które wciąż budzi emocje i nostalgiczne wspomnienia.
Czas płynie jak szalony. Już po dwunastej… pardon, już dwadzieścia lat po premierze Mrocznego widma. Na młodszej części widowni może nie robić to żadnego wrażenia, na starszej – tym bardziej. Jednak tak zwani milenialsi mogą czuć się nieco dziwnie. Otóż między pierwszymi Gwiezdnymi wojnami a Mrocznym widmem upłynęło mniej więcej tyle samo czasu, ile między Mrocznym widmem a dzisiejszym dniem. Z jednej strony wydaje się, że rok 1999 był całkiem niedawno, a z drugiej – przyszłość za dwadzieścia lat maluje się w ciemnych barwach. A Mroczne widmo, które było początkiem tak zwanej „nowej trylogii”, jest już przestarzałym filmem, który kiepsko zniósł próbę czasu.
Dobrze pamiętam dzień, w którym obejrzałem epizod I w kinie. Tym większe było moje zadowolenie, że seans nowej odsłony mojej ukochanej sagi z dzieciństwa był elementem… szkolnego planu zajęć. Nie wiem, jakim cudem, ale na Mroczne widmo poszliśmy, jak to się mówi, ze szkoły. Uzbrojony w ciastka, paluszki, Kubusia, podniecony oczekiwaniem i rozentuzjazmowany trailerami i wizerunkami młodocianego Anakina na ciastkach, paluszkach i automatach z puszkami pepsi, zasiadłem w ciemnej sali lipnowskiego kina Nawojka i czekałem na rozpoczęcie seansu. Miałem jedenaście lat, a Mroczne widmo było wtedy najlepszym filmem, jaki w życiu widziałem. Przez krótką chwilę.
Czy naprawdę spodobał mi się ten film, czy byłem po prostu zauroczony atmosferą wydarzenia, wszechobecnym merchandisingiem i po prostu „gwiezdnowojennością” – po dwudziestu latach nie jestem w stanie ocenić. Jestem za to w stanie stwierdzić z pełnym przekonaniem, że każdy kolejny seans Mrocznego widma był dla mnie coraz boleśniejszy i coraz smutniejszy. Kiedy na kasety VHS wyszedł Atak klonów (którego nie miałem okazji zobaczyć w kinie), byłem już pewien, że moja ukochana saga zmierza w kierunku, którego ja nie rozumiem, a mój entuzjazm słabł tym bardziej.
Zemsta Sithów zaledwie na kilka chwil rozpaliła we mnie dawne emocje, natomiast każde kolejne ceremonialne oglądanie Gwiezdnych wojen – czy to samemu, czy w gronie bliskich – ograniczało się tylko do epizodów czwartego, piątego i szóstego.
Nowa nadzieja – choć nie od razu, bo dopiero za drugim razem – rozpaliła we mnie miłość nie tylko do filmów, ale też, ogólnie, do opowieści, wyimaginowanych światów, przygód bohaterów rzucanych w dramatyczne okoliczności, a także do kosmosu. Imperium kontratakuje i Powrót Jedi tylko tę miłość podtrzymały.
Jednak dwie pierwsze części gwiezdnej sagi to przypadek dzieł, które doceniłem zarówno jako dziecko, jak i jako dorosły, ukształtowany kinoman. Co więcej – każdy kolejny seans Nowej nadziei i Imperium kontratakuje utwierdza mnie w myśleniu o tych filmach jako wspaniałych, uniwersalnych, genialnie napisanych i wyreżyserowanych opowieściach. Powrót Jedi wraz z upływem czasu utracił nieco wyjątkowości ze względu na scenariuszowe braki, ale nadal ogromnie doceniam jego dramatyczny finał z pojedynkiem na linii Luke-Vader-Imperator. Wszystkie te trzy filmy oglądam regularnie, po kolei, co kilka miesięcy.
Ataku klonów i Zemsty Sithów nie powtarzam wcale, ale, o dziwo, Mroczne widmo nadal w jakiś sposób na mnie oddziałuje. Bez zastanowienia mogę wyrecytować listę wad i bolączek tego filmu: koślawy scenariusz, w którym brakuje wyraźnego głównego bohatera, za to roi się od opisowych, drętwych dialogów; próba upchnięcia zbyt wielu wątków i tematów, co przekłada się na niespójny charakter całości, gdzie długie polityczne debaty mieszają się z błazeńskimi scenkami komediowymi; kiepsko dobrany wykonawca roli młodziutkiego Anakina (to nie jest wina aktora, który ponoć traumę z krytyki odczuwa do dziś, ale zaledwie dwa lata później dostaliśmy idealnie dobranego i pokierowanego Daniela Radcliffe’a w roli Harry’ego Pottera!); natrętne komputerowe efekty specjalne, które w dniu premiery mogły się podobać, ale z biegiem czasu i rozwoju technologii straciły swoją moc, a było ich za dużo i stanowiły zbyt integralny element historii, by je lekceważyć; kiepska reżyseria George’a Lucasa, który po dwóch dekadach przerwy w zawodzie po prostu stracił dar opowiadania opowieści, i tak dalej, i tak dalej.
A nie biorę nawet pod uwagę samych pomysłów co do losów postaci i całego świata. A jednak, wbrew logice (lub w wyniku jej braku) w moim myśleniu o tym uniwersum Mroczne widmo bardziej lubię, niż go nie lubię. Dlaczego? Cóż… odpowiedzi są trzy, a tak naprawdę jedna: sentyment, sentyment i jeszcze raz sentyment. To wielka siła, która pozwala nam patrzeć na niektóre rzeczy w nieco inny sposób niż na inne.
Jest taki film Federico Felliniego, Amarcord. Podobno w dialekcie romańskim to słowo znaczy „pamiętam”. Reżyser opowiada w nim o mieszkańcach Rimini – swojej rodzinnej wioski z czasów przed wybuchem drugiej wojny światowej. Fellini pokazuje bohatera zbiorowego, małomiasteczkowych Włochów, z jednej strony obarczonych mrocznym widmem (nomen omen) faszyzmu, a z drugiej – prowadzących swoje życie z dnia na dzień, nierozerwalnie związanych z naturą, porami roku, pogodą, boskim porządkiem świata rozciągającym się między urodzinami a śmiercią.
Mimo że Fellini opowiedział historię na poły biograficzną, film przesiąknięty jest magicznym, nienaturalnym klimatem. Wszystko wydaje się przesadzone, przeinaczone, odrealnione, niemal groteskowe. I tak w istocie jest – reżyser nie opowiada o tym, co się wydarzyło w Rimini lat trzydziestych, tylko o tym, w jaki sposób to zapamiętał. Stąd – „amarcord”.
Powyższa dygresja to oczywiście dowód, że zdarza mi się obejrzeć coś poza science fiction, ale też próba wytłumaczenia wrażenia, jakie towarzyszy mi za każdym razem, gdy widzę kadry z Mrocznego widma. Początkowe napisy z uderzającą muzyką Johna Williamsa, kosmiczny statek na tle czarnego, gwieździstego nieba, pustynny piasek Tatooine, charakterystyczne przejścia montażowe w postaci zwijanych rolek taśmy, hasło „niech Moc będzie z tobą”, drugie hasło – „mam co do tego złe przeczucia”, popiskiwanie R2-D2, cockney C-3PO i samo brzmienie nazwiska Skywalker. Te wszystkie rzeczy są ze mną większość mojego życia, podobnie jak Mroczne widmo.
Cyniczna część mnie dostrzega katastrofę realizacyjną, jaką jest epizod I, i chciałaby go pewnie regularnie besztać, ale ten dziesięcioletni dzieciak pamięta – i dobrze wspomina – niepowtarzalne wrażenia z kinowej sali w odległym roku dziewięćdziesiątym dziewiątym.
