publicystyka filmowa

O MIŁOŚCI i NIENAWIŚCI. Dwadzieścia lat po premierze MROCZNEGO WIDMA

Autor: Szymon Skowroński
opublikowano

Czas płynie jak szalony. Już po dwunastej… pardon, już dwadzieścia lat po premierze Mrocznego widma. Na młodszej części widowni może nie robić to żadnego wrażenia, na starszej – tym bardziej. Jednak tak zwani milenialsi mogą czuć się nieco dziwnie. Otóż między pierwszymi Gwiezdnymi wojnami a Mrocznym widmem upłynęło mniej więcej tyle samo czasu, ile między Mrocznym widmem a dzisiejszym dniem. Z jednej strony wydaje się, że rok 1999 był całkiem niedawno, a z drugiej – przyszłość za dwadzieścia lat maluje się w ciemnych barwach. A Mroczne widmo, które było początkiem tak zwanej „nowej trylogii”, jest już przestarzałym filmem, który kiepsko zniósł próbę czasu.

Dobrze pamiętam dzień, w którym obejrzałem epizod I w kinie. Tym większe było moje zadowolenie, że seans nowej odsłony mojej ukochanej sagi z dzieciństwa był elementem… szkolnego planu zajęć. Nie wiem, jakim cudem, ale na Mroczne widmo poszliśmy, jak to się mówi, ze szkoły. Uzbrojony w ciastka, paluszki, Kubusia, podniecony oczekiwaniem i rozentuzjazmowany trailerami i wizerunkami młodocianego Anakina na ciastkach, paluszkach i automatach z puszkami pepsi, zasiadłem w ciemnej sali lipnowskiego kina Nawojka i czekałem na rozpoczęcie seansu. Miałem jedenaście lat, a Mroczne widmo było wtedy najlepszym filmem, jaki w życiu widziałem. Przez krótką chwilę.

Czy naprawdę spodobał mi się ten film, czy byłem po prostu zauroczony atmosferą wydarzenia, wszechobecnym merchandisingiem i po prostu „gwiezdnowojennością” – po dwudziestu latach nie jestem w stanie ocenić. Jestem za to w stanie stwierdzić z pełnym przekonaniem, że każdy kolejny seans Mrocznego widma był dla mnie coraz boleśniejszy i coraz smutniejszy. Kiedy na kasety VHS wyszedł Atak klonów (którego nie miałem okazji zobaczyć w kinie), byłem już pewien, że moja ukochana saga zmierza w kierunku, którego ja nie rozumiem, a mój entuzjazm słabł tym bardziej. Zemsta Sithów zaledwie na kilka chwil rozpaliła we mnie dawne emocje, natomiast każde kolejne ceremonialne oglądanie Gwiezdnych wojen – czy to samemu, czy w gronie bliskich – ograniczało się tylko do epizodów czwartego, piątego i szóstego.

Nowa nadzieja – choć nie od razu, bo dopiero za drugim razem – rozpaliła we mnie miłość nie tylko do filmów, ale też, ogólnie, do opowieści, wyimaginowanych światów, przygód bohaterów rzucanych w dramatyczne okoliczności, a także do kosmosu. Imperium kontratakuje i Powrót Jedi tylko tę miłość podtrzymały. Jednak dwie pierwsze części gwiezdnej sagi to przypadek dzieł, które doceniłem zarówno jako dziecko, jak i jako dorosły, ukształtowany kinoman. Co więcej – każdy kolejny seans Nowej nadziei i Imperium kontratakuje utwierdza mnie w myśleniu o tych filmach jako wspaniałych, uniwersalnych, genialnie napisanych i wyreżyserowanych opowieściach. Powrót Jedi wraz z upływem czasu utracił nieco wyjątkowości ze względu na scenariuszowe braki, ale nadal ogromnie doceniam jego dramatyczny finał z pojedynkiem na linii Luke-Vader-Imperator. Wszystkie te trzy filmy oglądam regularnie, po kolei, co kilka miesięcy.

Ostatnio dodane