Connect with us

Publicystyka filmowa

Nie tylko dla hipsterów. Najbardziej KULTOWE FILMY ostatniej dekady

KULTOWE FILMY ostatniej dekady to nie tylko dzieła sztuki, ale także popkulturowe symbole, które zmieniają sposób myślenia o kinie i świecie.

Published

on

Nie tylko dla hipsterów. Najbardziej KULTOWE FILMY ostatniej dekady

Film kultowy zmienia narrację rzeczywistości. Nieważne, czy jest arcydziełem, czy kompletną szmirą. W dobrym tonie jest po prostu go znać, by brać udział w dyskusjach, a przez to podtrzymywać więzi społeczne. Gdy ludzie w potocznych rozmowach zaczynają się do niego odnosić, kultowy produkt zaczyna funkcjonować jako popkulturowy symbol obciachu lub intelektualnego wyrobienia. Jego istnienie włącza się w mówiony język, żarty i skojarzenia. Krytycy przerzucają się najostrzejszymi i najwznioślejszymi interpretacjami, chcąc dołączyć do tego chóru widzów za wszelką cenę pragnących być obytymi kulturowo ludźmi.

Advertisement

Kultowy niekoniecznie oznacza więc dobry, bo jest czymś skrajnie subiektywnym. Ten, dla kogo coś jest kultowe, odczuwa wobec tego wyraźną słabość i na przykład zbiera związane z tym pamiątki czy gadżety reklamowe, identycznie jak w wierzeniach religijnych (relikwie). W przypadku kultowego filmu uwielbiający go widzowie najchętniej weszliby w fabularny świat, a niekiedy nawet całkowicie zastąpili ten rzeczywisty wymyślonym.

Jest jeszcze coś, co decyduje o tym, że niektóre filmy stają się kultowe. Znaleźć w nich można jakąś odmienność, przełamanie dotychczasowych stereotypów w narracji i stylistyce, czasem nowatorstwo, obrazoburczość lub radykalną odpowiedź na potrzeby jakiejś grupy. Każda z poniższych produkcji jest właśnie taka, nawet jeśli nie sposób nazwać jej dobrym filmem.

Advertisement

Drive (2011), reż. Nicolas Winding Refn

Bezimienny Kierowca (Ryan Gosling), noc, samochód, klimatyczna muzyka w stylu retrowave, wyobcowanie głównego bohatera, prowadząca w nieznane droga bez powrotu, no i ta różowa czcionka. Nie dość, że w tak zwanym dobrym tonie jest znać Drive, to jeszcze naprawdę warto go znać. Klimat lat 80. miesza się tu z nowoczesnym podejściem do kina. Kultowy główny bohater jest taki, bo po pierwsze, jest tajemniczy, a po drugie, przy całym swoim dwuznacznym podejściu do zasad współżycia społecznego chroni słabszych i walczy w ich imieniu.

Jest żywym dowodem na to, że wcale nie trzeba przestrzegać prawa, żeby móc być uznanym za sprawiedliwego. To jest właśnie esencja kultowości. Kultowość często wyrasta z buntu wobec uznanego za właściwy porządku obowiązującego w naszym bezpośrednim otoczeniu. Potrafimy samodzielnie wybierać nasze cele i zmierzać do nich. Nie potrzeba nam żadnego autorytetu, przewodnika ani strażnika. Dlatego utożsamiamy się z bezimiennym Kierowcą. On kroczy własną ścieżką, a my za wszelką cenę chcielibyśmy mieć taką szansę.

Advertisement

Avengers: Wojna bez granic (2018), reż. Anthony Russo, Joe Russo

Jakaż to była rozkosz być świadkiem rozsypywania się w pył Spider-Mana. Uniwersum Marvela miało jedyną w swoim rodzaju, fantastyczną szansę, bym zaczął je naprawdę uwielbiać. Miało, bo później zjawił się w kinie Koniec gry i wszystkie czary brutalnie prysły, zwłaszcza zaklęcie powagi. Jedynym światłem w tunelu pozostał Thanos, chociaż i jego dramatyzm twórcy zdecydowali się poświęcić dla kasiory.

Niemniej Avengers: Wojna bez granic pozostanie filmem kultowym ze względu na jedną, niewielką scenę – owo pstryknięcie Thanosa, zwane inaczej the Decimation (Dziesiątkowaniem). Sens gestu Szalonego Tytana idealnie oddaje, co tak naprawdę młodzi ludzie uznają dzisiaj za kultowe. Kultowość jest symboliczna, a przez to memiczna. Pomaga tworzyć analogie, interpretacje i toposy. Wysyp memów z pstryknięciem Thanosa jest dowodem na to, że miliony widzów odnalazły w nim osobiste odniesienie do własnej wizji otoczenia, w którym żyją, które im nie wystarcza. Skoro tak, w pewnym sensie utożsamili się z Thanosem, czego konsekwencją było stworzenie własnego mitu, a więc również kultu.

Advertisement

John Wick (2014), reż. David Leitch, Chad Stahelski

Dlaczego John Wick jest kultowy? Ponieważ albo każdy chce być Johnem Wickiem, albo każdy chce mieć wśród znajomych Johna Wicka. Bohater odtwarzany przez Keanu Reevesa uwiódł widzów swoją bezkompromisowością, sprawnością i tytaniczną siłą. I chociaż nie jest całkowicie kuloodporny, stwarza wrażenie prawie niezniszczalnego, a każdy z nas chciałby taki być. Władza, którą posiada Wick, niszczy złych, a oszczędza albo wręcz chroni dobrych. Stoi na straży pewnej homeostazy między liczbą morderców i niewinnych ofiar.

Taki bohater jest więc idealnym mścicielem przestrzegającym zasad sprawiedliwości społecznej tak, jak nie robi tego prawo stanowione. Dlatego John Wick stał się kultowy. Między nim a Jokerem zachodzi zresztą spore podobieństwo pomimo moralnej odmienności. Obydwaj są głosem sponiewieranego narodu, owej najbardziej uciskanej przez wielkie korporacje klasy średniej oraz wszystkich wyrzuconych poza nawias społeczeństwa obywatelskiego.

Advertisement

Joker (2019), reż. Todd Phillips

Jeśli wciąż nie stał się kultowy, to na pewno wkrótce taki będzie. Świadczy o tym cały ten raban, który powstał, nim film jeszcze miał premierę. Zarzuty o propagowanie przemocy i gloryfikowanie postaci negatywnej tylko pomogły Jokerowi zdobyć widzów. Todd Phillips usilnie zaprzeczał atakom, ale robił to głównie ze względu na panoszącą się wszechobecnie w mediach lewacką poprawność polityczną, która ma tyle wspólnego z walką o liberalne wartości, co Meghan Markle z brytyjską rodziną królewską.

Tak więc Joker ma kultowy potencjał, ponieważ odpowiedział na potrzeby określonej grupy ludzi. Nie jest to ani biedota, ani klasa mainstreamowa, ale średniacy, i to pod tym samym względem intelektualiści, co osoby po awansie społecznym z klasy robotniczej. Powiedzmy więc, że ci intelektualiści, potomkowie drobniejszej szlachty i robotnicy z awansu w końcu uświadomili sobie, że chcą czegoś więcej od kapitalistycznych liberałów niż ta mityczna ciepła woda w kranie, bo tak naprawdę wciąż są tanią siłą roboczą dla rządzącego światem mainstreamu. Postać Jokera zatem okazała się dla nich wymarzonym buntownikiem, nieważne, że to świr i morderca.

Advertisement

Gdyby przecież tak naprawdę system był inny, Joker nigdy nie miałby szans zostać na marginesie społeczności. W tym jego osamotnieniu, odrzuceniu i buncie możemy zobaczyć nas samych. Dlatego skrycie okazujemy mu kult, wstydliwą estymę, gdy alternatywą dla jego odwagi jest zakalcowaty, obłudny świat.

Tylko nie mów nikomu (2019), reż. Tomasz Sekielski

Z pewnością jest to dokument symboliczny, bo pierwszy tak odważnie prezentujący skalę pedofilii w Kościele katolickim, chociaż przecież od wielu lat wiadomo, że jest ona ogromna. Kultowość akurat w tym przypadku stanowi wartość dla pewnej grupy ludzi, którym zapewne nie zależy na spokojnym istnieniu Watykanu. Tak rozumiana kultowość jest zagraniem pod prąd, wrogim w stosunku do sił uważanych do tej pory za wręcz absolutne, ponieważ naznaczone boską łaską i utrzymujące, że racja ich istnienia znajduje się w objawionych pismach. Tym bardziej stworzenie dokumentu, który będzie oskarżał organizację o tak zdefiniowanych korzeniach jest odważne, nowatorskie i bezpardonowe.

Advertisement

Widzowie długo będą wspominali film Sekielskiego w przekonaniu, że być może on coś zmieni, rozliczy pewną uprzywilejowaną kastę z jej grzechów w imię prawdy. Bo prawda istnieje obiektywnie i nikt nie może uważać, że jest jej jedynym depozytariuszem, a za takiego przez setki lat uważał się Kościół. Kultowe jest zatem odarcie go z tego przekonania, a raczej pozbawienie go szeregowych katolików, którzy swoją wiarą zapewniają hierarchii utrzymanie. W tym przepadku doskonale widać, jak określenie „kultowy” przynależy do jednej partykularnej grupy zwolenników, natomiast inna o przeciwnych poglądach może zupełnie to zanegować.

Avatar (2009), reż. James Cameron

Pamiętam, że wybrałem się na ten film do IMAX z niemałym zaciekawieniem i podnieceniem, bo miał to być to pierwszy pełnometrażowy obraz w 3D, jaki obejrzę. Ludzie opowiadali wtedy o kinowym trójwymiarze różne rzeczy – na przykład, że tak długa projekcja w ten sposób oszukująca mózg może doprowadzić do mdłości, omdleń i napadów padaczkowych. Mimo wszystko zaryzykowałem – jak to dzisiaj brzmi. Nie pamiętam, żeby ktoś podczas seansu zwymiotował, a tym bardziej doznał poważniejszych komplikacji zdrowotnych. Sam zaś film niewątpliwie okazał się produkcją historyczną, inną niż wszystkie do tej pory ze swojego gatunku, nie tylko ze względu na 3D i efekty IMAX, lecz przez fabularny sposób opowiedzenia historii niby rękami aktorów, a jednak zarazem ich graficznych wizji.

Advertisement

Gdyby nie ta forma, Avatar z pewnością nigdy nie stałby się kultowy, bo to banalna historyjka o Indianach walczących z białym człowiekiem, tyle że przeniesiona w kosmos. James Cameron wiedział, jak pokonać kolejną barierę w kinie między rzeczywistością a animacją, tak żeby wykorzystać realizm tej pierwszej oraz nie stracić efekciarskich możliwości drugiej.

Nietykalni (2011), reż. Olivier Nakache, Éric Toledano

Kiedy film staje się prawdziwą, humanistyczną instytucją, zaczyna być punktem odniesienia dla innych produkcji obyczajowych, które kończą się happy endem. Bo my, widzowie, nie zawsze chcemy przeżywać nierozwiązywalne dramaty. Wystarczy nam dramatyczny początek, później niech się już zrobi coraz bardziej wesoło, aż do pełnego nadziei finału. Tacy są bohaterowie Nietykalnych – uwięziony w swoim niesprawnym ciele Philippe (François Cluzet) oraz skłócony z prawem i otoczeniem Driss (Omar Sy). Zadziwiające, jak z początku ich zupełnie przeciwne sobie światy uzależniają się od siebie.

Advertisement

To dowód na to, że dużą część podziałów społecznych, a może nawet wszystkie, zawsze wymyślano w jakimś celu, który nie był naturalny. Po prostu umożliwiał jednej grupie realizację swoich interesów w przeciwieństwie do innych grup. Niesprawiedliwe? Kultowy jest sprzeciw wobec tego ukazany w filmie jako metafora – niepełnosprawny bogaty potrzebuje sprawnego biedaka.

Kraina lodu (2013), reż. Chris Buck, Jennifer Lee

Do niedawna sądziłem, że to Shrek zostanie bajką wszech czasów, a tym samym każde dziecko urodzone po roku 2000 będzie go znało na pamięć. Automatycznie więc Shrek zostałby kultową animacją, zresztą całkowicie zasłużenie. A tu pojawiła się Kraina lodu, bajka zaspokajająca potrzeby wyobraźni małych dziewczynek. To pewnie nic złego, jeśli ktoś nie ma ultrafeministycznych poglądów. Niewątpliwie dzisiaj dla większości dzieci (nie tylko dziewczynek) przygody Anny i Elsy są jedną z podstawowych bajek. Gdziekolwiek pójdziemy, nawet do osiedlowych delikatesów, nie mówiąc już o Biedronce i Lidlu oraz galeriach handlowych, znajdziemy tam z łatwością gadżety związane z filmem – czy to w postaci gazetek, naklejek, czy słodyczy.

Advertisement

W listopadzie miała premierę druga część animacji, która do tej pory zarobiła prawie miliard dolarów i wciąż jest wyświetlana w kinach – to kura znosząca złote jaja dla twórców, dystrybutorów i innych podmiotów, które wykupiły licencję na przykład na użycie grafik. Kraina lodu stała się więc kultowa. Dla dzieci jest całkowicie normalne, że muszą tę bajkę znać.

Rekinado (2013), reż. Anthony C. Ferrante

Gdy hipsterom kończą się filozoficzne tematy do rozmowy albo już rozwiążą wszelkie zagadki istnienia bytu i myśli Heideggera, z pewnością dyskutują o filmach tak złych, że trudniej się dopatrzyć sensu ich powstania niż sformułować sensowny dowód na istnienie Boga. Rekinado, The Room, Tarantula czy Ludzie aligatory to jedynie kilka przykładów prawdziwych zjawisk filmowych. Zjawisk na tyle koszmarnych, że widzowie zaczynają usilnie szukać w nich sensu, a następnie, o dziwo go, odnajdywać i uznawać denne filmy za swego rodzaju arcydzieła kiczu.

Advertisement

Rekinado stworzyło więc nową, odmienną ścieżkę narracyjną, której bezsens można porównać jedynie z bananem przyklejonym do ściany przez Maurizia Cattelana podczas wystawy w Art Basel w Miami. W tym typie narracji nie ma znaczenia jakość, ale usilne docenianie tego, co krytycy uważają za złe. To pewnego rodzaju daleki odprysk buntu wobec tych, którzy mają władzę oceniania. Poprzez uznanie, że coś, co krytyczny mainstream uważa za złe, pewna grupa ludzi dowartościowuje siebie, kreując świat stylu zbudowanego na własnych, subiektywnych zasadach. Kiedy mordercze rekiny lecą z nieba, jest to tak dziwne, że aż piękne.

Maczeta (2010), reż. Ethan Maniquis, Robert Rodriguez

Ten film nie udaje, że jest dobry. Występujące w nim postaci są groteskowe i kiczowate. Akcja równie dobrze mogłaby się rozgrywać na cyrkowej arenie, wśród prestidigitatorów i klaunów. Cały wic polega na tym, żeby połączyć nieokiełznaną dziecięcą wyobraźnię z soczystym mordobiciem oraz surrealistycznie pojętym superbohaterstwem. U Rodrigueza superbohaterem może być najgorsza szumowina. Co ciekawe, osobiste losy niektórych aktorów (Danny Trejo, Michelle Rodriguez) są zadziwiająco spójne z trudnymi charakterami odgrywanych przez nich postaci.

Advertisement

Maczeta przypomina lunapark. Wszystko jest zrobione dla nieskomplikowanej rozrywki widzów. Nie muszą oni ani za dużo myśleć, ani się smucić. Istny cyrk na ekranie. Takie filmy z łatwością stają się więc kultowe. Ludzie widzą w nich celowo zaplanowany kicz, któremu musi towarzyszyć jakiś głębszy przekaz. Nic bardziej mylnego. Tego typu kultowość jest pusta, ale przynajmniej jest dobrą zabawą – czego sam doświadczyłem podczas seansu Maczety.

Szefowie wrogowie (2011), reż. Seth Gordon

Oprócz tego, że Szefowie wrogowie są dobrą komedią z niebanalnym scenariuszem, który tryska nietuzinkowym humorem, to są na dodatek satyrą na kapitalistyczny wyzysk szarego pracownika. W naszej postkomunistycznej rzeczywistości film momentalnie „chwycił”. Za oceanem również, ale pewnie trochę z innych względów, bo tam korpoludy są wyzyskiwane od lat. U nas za to trwa to znacznie krócej, lecz być może z jeszcze surowszym pędem ku zyskom, skrzętnie omijającym najniższe szczeble w biurowych drabinach. Szef to mityczny ojciec, Bóg, nadzorca niewolników.

Advertisement

Jest uosobieniem ucisku władzy, a więc należy się go pozbyć, okazać bunt i niezłomność. Jakże to pasuje do nas, skłonnych do wojennych zrywów Słowian. Ta nasza postawa jest kultowa. Zapewnia nam narodową tożsamość i jednoczy, chociaż w wielkich miastach coraz więcej ludzi daje się podporządkować korporacyjnym hierarchiom jak robotnice w mrowiskach.

Listy do M. (2011), reż. Mitja Okorn

Od tego filmu zaczyna się triumfalny pochód komedii romantycznych w polskich kinach i mediach – komedii zupełnie innych niż wszystkie inne kręcone do tej pory w Polsce. Komedii, które prezentują życie bardzo wąskiej w naszym kraju po przemianach klasy społecznej osiadłej w dużych miastach, a raczej dokładnie w jednym – Warszawie. Kultowe, a więc godne pożądania dla sporej części naszego społeczeństwa jest wszystko, co ta klasa przeżywa, posiada i czym w ogóle jest. Komedie romantyczne w stylu Listów do M. to odpowiednik kolorowej prasy w stylu „Życia na gorąco”.

Advertisement

Odbiorcy (a może głównie odbiorczynie) odrywają się dzięki nim od swoich codziennych, nudnych czynności, w które wtłoczyła je kultura, stereotyp, religia lub inne usankcjonowane tradycją modele zachowań i wchodzą w tak spreparowany świat z nadzieją zapomnienia, tworząc z niego kolejnego, wymagającego kultu bożka.

Kac Wawa (2011), reż. Łukasz Karwowski

Niektóre filmy mają to szczęście w nieszczęściu, że stają się symbolicznymi przykładami narodowej głupoty. W przypadku Kac Wawy padło na Polaków, a śmiesznych przywar i dramatycznych skłonności nam nie brakuje. Po co jednak opierać na tych cechach, z których słyniemy na świecie, komediowość filmów? Być może założenia były nieco inne, a realizacyjnie wyszło właśnie owo dno, tak symboliczne, że aż kultowe. Zgodnie z tym mianem produkcja Karwowskiego weszła do kanonu w potocznych rozmowach o filmie jako takim, stając się przykładem żenady. Przebiła chyba nawet Weekend Cezarego Pazury.

Advertisement

Tak więc kultowość doskonale pączkuje na głupocie. Na szczęście w tym przypadku nie stało się tak, jak z The Room, którego niepopularność i realizacyjna nieudolność po latach o dziwo przemieniły się w zalety. Jak to możliwe?

Pitbull. Nowe porządki (2016), reż. Patryk Vega

Patryk Vega ma pewien sposób na kręcenie filmów. Robi to szybko, efekciarsko i gdzieś na drugim, albo i trzecim miejscu umieszcza fabułę, a dokładnie spójność, wiarygodność i logikę opowiadanych historii. Dla pewnego typu widza w sumie nie jest to ważne. Wystarczy, że aktorzy rzucają mięsem, udają groźnych i walczą z ultraniebezpiecznym światem zewnętrznym, na przykład światem przestępczym w Warszawie – no bo gdzieżby indziej. Stolica jest najlepsza do tego typu rozgrywek – to chyba jakiś kompleks Nowego Jorku u niektórych polskich filmowców. W filmie sensacyjnym wcale nie musi być ujęcia Manhattanu albo Pałacu Kultury i Nauki.

Advertisement

Wystarczy dobra historia i przekonująco skonstruowani bohaterowie. Nadmierna ilość padających epitetów typu „kurwa” i „chuj” również nie przydaje filmom jakości. A Patryk Vega zrobił z bluzgów spoiwo dla dziurawych scenariuszy. Niestety tego typu kino spod znaku osiedlowych siłowni ma wzięcie, jest kultowe. Poziom tego kultu okazuje się podobny do gry aktorskiej Piotra Stramowskiego. Nic, tylko paść z rozpaczy na kolana i modlić się, żeby poprawił dykcję.

Advertisement

Filozof, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu Slavoja Žižka, krytyki psychoanalizy Jacquesa Lacana, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz drukarskim. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, kulturystyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *