Publicystyka filmowa
NIE MÓC się OTRZĄSNĄĆ. Filmy, które WYPRUWAJĄ EMOCJONALNIE
NIE MÓC się OTRZĄSNĄĆ to zbiór filmów, które emocjonalnie wyrywają nas z codzienności. Doświadcz niekomfortowych, lecz wzbogacających seansów.
Emocje przeżywane podczas seansu nie zawsze muszą, i nie zawsze powinny, być przyjemne. Niekiedy twórcy każą nam patrzeć na ekran niczym naukowcy Aleksowi w Mechanicznej pomarańczy. Mimo wszystko patrzymy jednak z własnej woli. Bywa, że seans jest trudny, niemal nie do zniesienia, ale coś każe nam w tym filmowym świecie zostać. A gdy w końcu pojawiają się napisy końcowe, wiemy, że mimo emocjonalnego obciążenia stajemy się bogatsi i wiemy nieco więcej o sobie i ludzkiej naturze. Zapraszam w niezbyt przyjemne rejony kinematografii, a więc zestawienie filmów, po których człowiek nie może przestać się wewnętrznie trząść.
Oto kilkanaście tytułów, które z bardzo różnych powodów na zawsze odbierają spokój. Do części z nich wracam, choć raczej sporadycznie i przypadkowo. Pozostałe, obejrzane dawno temu, raczej staram się omijać.
Sceny z życia małżeńskiego
Zacznę od nazwiska reżysera, który na tej liście musiał się pojawić. Ingmar Bergman, czyli specjalista od wiercenia ludziom w głowach. Tytuły można mnożyć: Źródło, Goście wieczerzy Pańskiej, Jak w zwierciadle, Szepty i krzyki (o większości przeczytacie choćby tutaj). Na mnie największe wrażenie zrobiły Sceny z życia małżeńskiego.
Trzygodzinna (pierwotnie to niemal pięciogodzinny miniserial) wiwisekcja związku Marianne i Johanna. Przez lata oboje nakręcali spiralę wzajemnych uprzedzeń i mniejszych oraz większych krzywd. A może tak wygląda miłość w czasach dobrobytu, którą rujnuje proza codziennego życia? Bergman, który znów zaczerpnął pomysł na scenariusz z własnych doświadczeń, każe nam patrzeć w to lustro i nie daje odpowiedzi na pytanie, czy cokolwiek można naprawić. „Żałuję, że nie zaczęliśmy się bić dawno temu. Tak byłoby łatwiej” – stwierdza w pewnym momencie Johann.
Po latach Ingmar Bergman nakręcił jeszcze suplement do tej historii, telewizyjną Sarabandę. Już nie tak mocną, ale wciąż niepokojącą.
Przełamując fale
Jeśli jesteśmy już w Skandynawii, to pojedźmy na chwilę do Danii. Przełamując fale to obraz, który otworzył Larsowi von Trierowi wrota do Hollywood oraz głów masowej publiczności. Nawet po latach od pierwszego (i jedynego) seansu trudno mi uwolnić się od pięknych obrazów rozpaczy i upokorzeń, jakie spadają na młodziutką, wrażliwą i oddaną mężowi Bess. To najlepszy film von Triera, piękne, przejmujące kino, do którego osobiście jednak nie chcę wracać.
Dziwolągi
Po filmie Duńczyka, który powstał w roku 1996, cofnijmy się o ponad sześć dekad, a trafimy na Dziwolągi. Dramat? Film grozy? Po ponad ośmiu dekadach od premiery film Toda Browninga doskonale sprawdza się w obu tych gatunkach. Tytułowe Dziwolągi to członkowie trupy teatralnej: bliźniaczki syjamskie, karły, kobieta z brodą i kilkoro innych. Widzowie płacą, by się ich bać lub po prostu się z nich śmiać. Jedno i drugie pozostaje pokazem okrucieństwa. Do tego dochodzi – prosta w gruncie rzeczy – intryga z przerażającym finałem. Wiele w Dziwolągach scen dobitnie ukazujących społeczne podziały i traktowanie osób z niepełnosprawnością jako „takie nie wiadomo co”.
Dziś może już tak nie szokują (na szczęście), ale łatwo wyobrazić sobie szok i skandal, jakie Dziwolągi wywołały 80 lat temu, stając się przy okazji inspiracją nawet dla typowo współczesnych seriali (American Horror Story: Freak Show).
Wtorek, po świętach
Wróćmy jednak do damsko-męskich relacji i filmowych emocji z nimi związanych. Nie tylko Bergman kręcił o tym filmy. Wtorek, po świętach Radu Munteana może nie zyskał tak dużej popularności jak 4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni i inne dzieła Cristiana Mungiu, ale zdecydowanie zasługuje na miejsce w tym zestawieniu. I nie tylko w tym. Prosta historia zdradzającego męża i zdradzanej żony. On wie, że ją zrani, i że gdy tylko prawda wyjdzie na jaw, ich małżeństwo legnie w gruzach.
Ona niczego się nie domyśla. Scena, w której Paul oświadcza Adrianie, że zakochał się w innej kobiecie, jest niezwykła. Przejmująca i tylko z pozoru banalna. Choćby dla niej warto sięgnąć po ten obraz.
Nędzne psy
Czasami filmowe małżeństwa przeżywają nie tylko rozstania. Narastająca agresja, gwałt, przemoc i… jeszcze więcej przemocy. Podczas seansu Nędznych psów Sama Peckinpaha z minuty na minutę w człowieku zaczyna wrzeć. Dustin Hoffman w jednej z swoich najlepszych ról, tym razem faceta, który stara się unikać przemocy (choć polować lubi). Gdy przekracza pewną granicę, coś w nim pęka. Wymierzona przez Davida sprawiedliwość (?) z jednej strony wzbudza podziw dla mężczyzny, który w końcu staje w obronie żony i ich wspólnego domu, z drugiej – obrzydza.
Kilkuminutowa scena gwałtu na Amy (Susan George) do dziś szokuje; nie tylko nagromadzoną w niej przemocą, ale też swoją dwuznacznością. Remake, który powstał 40 lat po filmie „krwawego Sama”, bardzo stara się tej dwuznaczności unikać i wiele na tym traci.
Czekając na wyrok
Kilka lat temu ze zdobycia Oscara cieszyła się Halle Berry, która razem z Billym Bobem Thorntonem i Heathem Ledgerem zagrała w Czekając na wyrok. Czego w tym filmie nie ma: kara śmierci wykonana przez głównego bohatera na mężu głównej bohaterki (do czasu oboje nie mają świadomości tego zbiegu okoliczności), tragiczne śmierci ich dzieci. Nie jest to film wybitny, ale warto go znać również ze względu na aktorskie kreacje. To duszne, ciężkie i nieprzyjemne kino, mimo wszystko pełne nadziei na lepsze jutro.
Dzieciaki
O nadziei nie sposób mówić w przypadku Dzieciaków. Obraz Larry’ego Clarka stał się przepustką do kariery dla Chloë Sevigny oraz Rosario Dawson i mocno namieszał w filmowym świecie. Tytułowe dzieciaki nie są ani grzecznymi uczniami, ani ulicznymi chuliganami. To młodzi ludzie pozostawieni samym sobie przez dorosłych, zagubieni między dziecięcą niewinnością a kuszącym światem dorosłości. Dla każdego z młodych bohaterów ta historia kończy się źle.
Funny Games
Na ten film natknąłem się absolutnym przypadkiem, przełączając kanały w pewną piątkową noc. A potem nie spałem do rana. Michael Haneke trzyma widzów za gardło równie skutecznie jak Paul i Peter swoje ofiary. Do dziś czuję bezsilność rodziny próbującej wydostać się z pułapki. To nawet nie broń, którą są zastraszani domownicy, a absolutny brak empatii ze strony oprawców jest najstraszniejszy. Nie mówiąc już o tym, że Haneke każe nam patrzeć, by w finale zwrócić się bezpośrednio do nas: „Lubisz na to patrzeć, prawda?”. Nie do końca wiem, po co nakręcił potem Funny Games U.S., ale kto ma silne nerwy, może porównać obie wersje.
Krótki film o zabijaniu
Kino Krzysztofa Kieślowskiego (również, a może przede wszystkim, jego filmy dokumentalne) zawsze wymagało od widzów wzbudzenia w sobie pokładów empatii dla bohaterów. Jacy by nie byli. Ale jak znaleźć w sobie te uczucia, gdy mamy do czynienia z zabójcą? Kara spotykająca bohatera Krótkiego filmu o zabijaniu może niektórym wydawać się słuszna. Ale Kieślowski pokazuje, że zadawanie śmierci, nawet w majestacie prawa, zawsze będzie najwyższą formą zezwierzęcenia. Z tym znakiem równości postawionym przez twórcę Dekalogu można się zgodzić albo nie, ale od porównania morderstwa popełnionego przez Jacka i wymierzonej mu kary (do dziś to najmocniejsza scena egzekucji w historii – nie tylko polskiej – kinematografii) nie sposób się uwolnić.
Plac Zbawiciela
Na polskim podwórku zresztą nie brakowało emocjonalnych petard. Taką z pewnością był Dług Krzysztofa Krauzego. Co tu dużo mówić, Andrzej Chyra robi różnicę. Sam Krauze był specjalistą w dziedzinie wyprowadzania widzów z emocjonalnej równowagi. Kolejnym na to dowodem niech będzie Plac Zbawiciela nakręcony już w duecie z żoną, Joanną Kos-Krauze. Na początku historia z życia wzięta (bankrutujący deweloper i małżeństwo, które jest zmuszone zamieszkać z rodzicami), która z czasem przeradza się koszmar. Oglądałem raz. Za kolejny seans podziękuję. Z niecierpliwością czekam za to na ostatni film małżeństwa Krauzów.
Syn Szawła
Ptaki śpiewają w Kigali Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego (premiera 22 września) ma być opowieścią o traumie po ludobójstwie. Nie obejrzymy tam drastycznych scen. Zupełnie inną drogą poszedł kilka lat temu László Nemes. W oscarowej konkurencji Syn Szawła musiał wygrać, a nagrody dla tego filmu nie stanowiły w zasadzie żadnej niespodzianki.
Holocaust to temat łatwo wywołujący emocje, na których łatwo żerować. Do dziś mam wątpliwości, czy Spielberg udźwignął temat w Liście Schindlera. Wątpliwości nie mam w przypadku doskonałego Pianisty Romana Polańskiego, który starał się nie skupiać na okrucieństwach, a raczej na ich świadku.
To trudna droga, ale pozwala uniknąć zarzutów o wykorzystanie tematu. To zrozumiałe, że filmowcy nie do końca chcą ukazywać, co działo się w podziemiach krematoriów. Nawet dziesięciogodzinny dokument Shoah Claude’a Lanzmanna zatrzymuje się niejako w połowie zdania, bo tego, co widzieli i mogli opisać tylko nieliczni, nie do końca da się przełożyć na filmowy język.
Mimo wszystko Nemes zdecydował się wkroczyć do piekła metropolii śmierci. Naszym przewodnikiem, którego kamera nie odstępuje na krok, jest Szaweł Ausländer – członek Sonderkommando. Pierwsze kilkadziesiąt sekund w zasadzie wystarcza, żeby poczuć odór krwi, ekskrementów i martwych, zbielałych ciał. Niby wszystko, co dzieje się na drugim planie, jest rozmazane, ale na tyle widoczne, żebyśmy nie mogli oderwać wzroku. „Musisz patrzeć, musisz widzieć. ” – zdaje się mówić węgierski twórca. „Jeśli teraz odwrócisz wzrok, to wszystko może się powtórzyć.”
Jak bardzo trzeba było tam, w Auschwitz, odsunąć od siebie ludzkie odruchy, niech świadczy scena stanowiąca zawiązanie akcji Syna Szawła. Widok chłopca, który jakimś cudem wciąż oddycha po kilkudziesięciu minutach spędzonych w komorze gazowej, nie daje jakiejkolwiek, choćby chwilowej radości. U części więźniów wywołuje niedowierzanie. Dla innych to wyjątek zaburzający codzienny porządek, przeszkadzający w codziennej pracy.
Nemesowi zarzucano, że przekroczył pewne nieprzekraczalne granice. Ale skoro tak niewiele osób mogło opowiedzieć, jak z bliska wyglądał ostatni etap zagłady (ostatnim polskim członkiem Sonderkommando był zmarły w 2008 roku Henryk Mandelbaum), jak inaczej opowiedzieć o tym, co widzieli, co słyszeli i co czuli ludzie idący na śmierć? Szanuję László Nemesa, że się odważył, choć seans Syna Szawła należy do najtrudniejszych, jakie miałem okazję (i szczęście) obejrzeć w ostatnich latach.
PS. Do tego zestawienia planowałem dołączyć Wybór Zofii, ale swoim tekstem ubiegła mnie Anna Niziurska.
korekta: Kornelia Farynowska
