search
REKLAMA
Recenzje

NAZYWAM SIĘ DOLEMITE. Spektakl EDDIEGO MURPHY’EGO

Jan Tracz

15 listopada 2019

REKLAMA

To opowieść o Tommym Wiseau XX wieku, wielkim ekscentryku wywodzącym się z najbiedniejszych dzielnic. Rudy Ray Moore, z początku persona non grata, zapragnął zrobić karierę w każdej gałęzi szeroko pojętej kultury. Był komikiem, piosenkarzem, muzykiem, następnie zamarzył o nakręceniu swoistych filmowych klasyków. W historii zapisał się jako jeden z ważniejszych twórców kina blaxploitation (niskobudżetowego nurtu opierającego się na dynamice muzyki soul i funk, zakorzenionego w hermetycznym środowisku etnicznym Afroamerykanów, jednak kultowego również wśród innych grup społecznych). Nazywam się Dolemite niczym The Disaster Artist opowiada o powstawaniu wymarzonej laurki głównego bohatera, produkcji Dolemite (1975), tak stereotypowo nieskładnej, tak oburzającej i skrajnej, tak szokującej wszelaką krytykę, że prędko zyskała miano przebojowej i do dzisiaj adorowana jest na całym świecie. Ta energiczna opowieść o wierze w siebie i we własne przekonania ukazuje nam, jak ważne są nie tylko rozum i łut szczęścia, ale i wrząca pasja przebijająca się z naszego pierwotnego ja.

Eddie Murphy powraca świeży i autentyczny jak dawniej, rozentuzjazmowany niczym w Gliniarzu z Beverly Hills. Bije od niego ciepło, niesfałszowana energia zarażająca widza optymistycznymi wibracjami, nakazująca klaskać w rytm ówczesnej muzyki Afroamerykanów. Ten niezwykły występ aktorski od początku buduje postać Moore’a, osobliwej postaci pragnącej podbić świat show-biznesu. Nie pożąda tylko pieniędzy i nieskalanej sławy, pragnie być również uwielbiany za to, co robi, chce, by jego “sztuka” zawładnęła sercem każdego obywatela Stanów Zjednoczonych. Dzięki swoim zwariowanym pomysłom i egzotycznym, wyuzdanym pozom staje się jedną z bardziej rozpoznawalnych czarnoskórych postaci tego okresu. Aby wspiąć się szczebel wyżej, namawia przyjaciół do nakręcenia filmu, opus magnum mającego pomóc mu osiągnąć wymarzony cel. Przed nimi trudne, aczkolwiek satysfakcjonujące zadanie – bez jakiejkolwiek wiedzy muszą nakręcić coś więcej niż film, dzieło stworzone z miłości do kina, kiczu, komedii, a zwłaszcza życia. Oni kochają życie, chcą czerpać jak najwięcej z każdego dnia; traktują je jak najlepszą zabawę, bo dlaczego by nie, skoro każdy poranek jest wystarczającym pretekstem do zrobienia czegoś pociągającego.

Netflix

Wyszukaną dynamikę filmu budują fenomenalne role poszczególnych nazwisk. Jest ich wiele, a każdy będzie miał do dodania swoje trzy grosze, które jedynie dopełnią kolorystycznej atmosfery całego filmu. Wspomniany Murphy, kąśliwy Wesley Snipes (po więziennej odsiadce powraca do grania z prawdziwego zdarzenia!), wiecznie jowialny Craig Robinson (twórcy podłapali jego przesympatyczne muzyczne wstawki z Brooklyn 9-9 i dają mu możliwość przedstawienia swojego wokalnego talentu), wciąż rozradowany Chris Rock i znany fanom sitcomów Keegan-Michael Key tworzą kolaż całkiem barwnych i ładnie napisanych postaci, a ich solidne występy nadają całości dziarski pazur. Grając autentyczne osoby, przybliżają widzowi nie tylko pewien cudaczny etap z historii kina, ale i sam proces tworzenia niskobudżetowej produkcji. Obskurny plan, kamera, akcja – te hasła towarzyszą bohaterom, a ciągłe cięcia i wymyślne dopełnienia scenariuszowych luk w obrazowy sposób ilustrują unikatowość zdarzenia, jakim było kręcenie Dolemite.

Ważną rolę odgrywa w tym sprawnie napisany scenariusz, który nie boi się przyśpieszać, ale i nie zamierza spowalniać. Intuicyjnie (wraz z reżyserią Craiga Brewera) prowadzi nas przez następne etapy z życia ikony popkultury, porządnie wprowadza w świat przedstawiony, a do tego nie pragnie przemycać jakichkolwiek haseł polityczno-społecznych. To czysta, obiektywna biografia będąca hołdem dla całego nurtu blaxploitation, nie tylko urzeczywistniająca legendę o Moorze, ale i zachęcająca do zapoznania się z gatunkiem filmowym, który swój rozkwit przeżywał w latach siedemdziesiątych. I chociaż podczas seansu towarzyszy nam nieustanne poczucie bajkowości, wynika ono z jego muzycznego i tanecznego temperamentu. Poszczególne sceny ociekają witalnością i wigorem, a wszystko dzieje się w tempie rozśpiewanej kultury etnicznej, w rytmie żwawych intonacji i uduchawiających tekstów czarnoskórych wirtuozów.

Netflix

Nazywam się Dolemite to niewątpliwe zaskoczenie na Netfliksie, ale przede wszystkim kino zrodzone z tego, co w sztuce filmowej najlepsze – twórczej pasji i aktorskiej energii. Nie bójmy się marzyć i wierzyć w cuda, bo fantazje nie gryzą, a potrafią się spełnić i miło zaskoczyć. Najnowszy film z Eddiem Murphym to zatem dość grzeszna laurka dla życia – płynące z tego obrazu wartości są przecież ponadczasowe.

Avatar

Jan Tracz

Studiuje filmoznawstwo na uczelni King's College London w Wielkiej Brytanii, aktualnie pisuje dla Papaya Rocks, Noizz, Przeglądu i Gry-OnLine. Współpracował z Rock Radiem, portalem Movies Room, a także publikował dla Tygodnika Solidarność i Filmawki. Czechofil, audiofil i entuzjasta tenisa. Uwielbia wywiady, rozmowa z ludźmi to dla niego sama przyjemność.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA