Connect with us

Publicystyka filmowa

NAJMNIEJ SATYSFAKCJONUJĄCE filmowe ZAKOŃCZENIA

„NAJMNIEJ SATYSFAKCJONUJĄCE filmowe ZAKOŃCZENIA to garść rozczarowań, które zatrzymują w pamięci. Sprawdź, które tytuły zasługują na miano klasyki!”

Published

on

NAJMNIEJ SATYSFAKCJONUJĄCE filmowe ZAKOŃCZENIA

Wszyscy znamy to uczucie – śledzimy z zapałem fabułę filmu czy serialu, delektujemy się sprawną narracją, wciągamy w meandry losów bohaterów, po czym nadchodzi ostatni akt opowieści. Rozpoczynają się napisy, a my pozostajemy przed ekranem z uczuciem rozczarowania. Niesatysfakcjonujące zakończenie potrafi zdominować pamięć o seansie, zatrzeć dobre wrażenie i pozostawić z niesmakiem, nawet pomimo wcześniejszej ekscytacji. Czasem jest to dotkliwsze, czasem mniej; niekiedy jest po prostu efektem kiepskiego scenariusza, kiedy indziej w większym stopniu kontekstu, w jakim odbieramy finałowe sekwencje. Poniżej wybór tych tytułów, które poszczycić się mogą w moim odczuciu najmniej satysfakcjonującymi zakończeniami i zasługują w tej niechlubnej kategorii na miano klasyki.

Advertisement

Batman v Superman: Świt sprawiedliwości

batman-v-superman

Gdyby sporządzić listę zarzutów, jakie można mieć do filmu Zacka Snydera, byłaby ona pewnie całkiem pokaźna. Pośród mankamentów Świtu sprawiedliwości prawdziwą wisienką na torcie jest jednak zakończenie przeładowanej fabuły. Właściwie wszystko, co dzieje się po konfrontacji tytułowych bohaterów i (nie)sławnych słowach: „save… Martha”, jest po prostu irytujące. Rozpoczynając od naturalnie nieuniknionego, a mimo to napisanego tak, że sprawia wrażenie wymuszonego, zjednoczenia, przez generyczne starcie z „ostatnim bossem” w postaci Doomsdaya, pozbawione wyczucia wprowadzenie Wonder Woman, po pociągnięty grubą kreską motyw mesjanistycznego poświęcenia, obowiązkowo na koniec zagadany w epilogu.

Oczywiście to w pewnym sensie konsekwentne rozwinięcie ogólnej schizofrenii filmu, który zamiast opowiadać historię i/lub zapewniać rzetelne widowisko, aż epatował dążeniem do zawiązania zaczynu pod multibohaterskie uniwersum. Tym większy niesmak pozostawia zakończenie skupiające mankamenty jak w soczewce. Już bez tego film nie był szczególnie porywający, jednak finałowe sekwencje dopełniają dzieła zniszczenia.

Advertisement

Zdarzenie

Spotkałem się z opiniami, że Zdarzenie M. Nighta Shyamalana to niedocenione arcydzieło, oferujące szeroko zakrojoną psychologiczno-egzystencjalną refleksję. Być może; nie mam zamiaru autorytatywnie odbierać takim interpretacjom zasadności. Mnie samemu trudno jednak podejść do filmu z 2008 roku w ten sposób – by być niezrozumianą perełką, powinien posiadać wyraźniejszą tożsamość formalną, spójność artystyczną i klimat.

Tego wszystkiego ostatecznie zabrakło, choć wypada przyznać, że momentami Zdarzenie bywa całkiem interesujące. Tym, co zasadniczo gubi Shyamalana, są nieprzekonujące próby spinania kilku konwencji, kiepskie poprowadzenie Marka Wahlberga w centralnej roli i finałowy zwrot akcji. Miał on chyba być czymś w rodzaju negatywu „shyamalanowskiego twistu” – akcja zostaje właściwie ucięta, a tytułowe zdarzenie w zagadkowy sposób rozpływa się w powietrzu. W epilogu okazuje się też, że „przeniosło się” ono w inny rejon, co w mało wyrafinowany sposób psuje ewentualne odczytania metaforyczne zupełnie zbędną próbą uniwersalizacji czy też może kanciastego morału o przygodności losu. Któż to wie. Faktem pozostaje, że końcowy zabieg rozmija się z dramatyczno-katastroficznym charakterem narracji, a jako przewrotna puenta jest niewypałem, kończąc seans fałszywą nutą.

Advertisement

Suspiria (2018)

suspiria dakota johnson

Oryginał Daria Argenta z 1977 roku to klasyk przesiąknięty autorską tożsamością twórcy i z tego powodu próba remake’u wymagała równie wyrazistego realizatora, który nie zawaha się przed realizacją odważnej artystycznie wizji bez przesadnego oglądania się na pierwowzór. Pod wieloma względami Luca Guadagnino podołał temu zadaniu znakomicie i jego Suspiria to jakościowa, autorska wariacja na temat mrocznej opowieści o niewinnej dziewczynce przybywającej do opanowanej przez wiedźmy szkoły tańca.

W wersji z 2018 roku Susie Bannion ogląda ponury, podzielony murem Berlin, dziewczęcy balet zostaje zastąpiony przez wyzwolony taniec współczesny, a całość zyskuje nową, intrygującą fakturę. Problem pojawia się jednak w kulminacyjnej scenie wiedźmiego rytuału, w którym odkryta zostaje prawdziwa tożsamość Susie i dokonuje się krwawa masakra knujących czarownic. I niby wszystko jest w porządku – jest w tym jakiś pomysł i pewna siła. Ale przejaskrawiony finał przytłacza wrzuconymi naraz, skłębionymi wątkami, niedostatecznie podprowadzonymi wcześniej, by odpowiednio zarezonować. W efekcie składana przez większość filmu obietnica wyrazistej, ostrej refleksyjności i wydobycia z historii unikalnych znaczeń pozostaje w znacznej mierze niespełniona.

Advertisement

Zakończenie zdaje się z jednej strony nieco przestrzelone i niedostatecznie spięte z trajektorią filmu, z drugiej w pewnym wymiarze nawet banalne. Guadagnino i scenarzysta David Kajganich spadli z wysokiego konia, ale jednak spadli – a paradoksalna anemia zakończenia uwiera tym bardziej, że Suspiria w wielu miejscach jest filmem fascynującym, który z lepszą puentą byłby wręcz rewelacyjny.

Spectre

Żeby było jasne – lubię Bonda nr 24 jako przyjemne sensacyjne widowisko z bondowskim sznytem. W tym ostatnim tkwi jednak pewien problem. O ile bowiem – ogólnie rzecz biorąc – przymrużenie oka i dawka nonszalancji scenariuszowo-realizacyjnej jest tym, za co kochamy agenta 007, to Spectre powstało w określonym momencie rozwoju serii, w którym konwencja ta przeszła już pewną transformację. Dlatego, po surowości Casino Royale i Quantum of Solace oraz dramaturgicznej spektakularności i nowym rozdaniu w Skyfall, zwieńczenie Spectre konfrontacją z kalką tajnej organizacji staroświeckiego formatu (w postaci tytułowego Widma) oraz groteskowym Blofeldem Christophera Waltza z jego przerysowaniem i kiepsko dopisaną osobistą motywacją budzi żal.

Advertisement

Jeszcze niedawno Daniel Craig oferował świeższego Bonda, a teraz wpychany jest w znoszone garnitury poprzedników. Kolejnym kamyczkiem do niezadowolenia z finału Spectre jest spuentowanie rozwoju bohatera w wykonaniu Craiga zblazowaniem macho z nieścieralnym ironicznym uśmieszkiem. Nie takiego Bonda wielu widzów pokochało po premierze Casino Royale w 2006 roku.

Matrix: Rewolucje

Nie będę się rozwodził nad tym, co wszyscy (albo zdecydowana większość) powiedzieli już setki razy: pierwszy Matrix to film błyskotliwy, zaś jego kontynuacje grzeszą odejściem od pierwotnego klimatu i precyzji na rzecz kanciastej spektakularności połączonej z przesadnym skomplikowaniem świata przedstawionego.

Advertisement

Niesatysfakcjonujące są w zasadzie obydwa sequele filmu Wachowskich, jednak tutaj za całokształt uderzę w finał Rewolucji. Twórcy zgrzeszyli tu przede wszystkim przerostem ambicji i zapatrzeniem w swoją złożoną wizję. W efekcie, choć trzecią część Matrixa wieńczy szereg efektownych inscenizacyjnie scen, to układają się one w niekomunikatywny wielogłos. Do jego zrozumienia byłoby potrzeba kilkukrotnego przestudiowania wprowadzanych wcześniej wątków i eliptycznych dialogów, sugerujących filozoficzne podteksty, wokół których zbudowana została trylogia. Ostatecznie zakończenie Matrixa: Rewolucji można nazwać przeładowanym czy wręcz (bardziej w kontekście całej historii) przegadanym.

Rzuca ono metafory, symbole i skomplikowane znaczenia bez umiaru, nie zadając sobie trudu, by w klarowny sposób skomunikować się z widzem, który w lepszym wypadku pozostaje z wrażeniem niezrozumienia, w gorszym zaś z poczuciem nierozwiązania żadnej z głównych intryg w zadowalający sposób.

Advertisement

A.I.: Sztuczna inteligencja

Gdyby ten film powstał ze Stanleyem Kubrickiem na stołku reżysera, pewnie byłby nieco inny. Jednak jedyne A.I.: Sztuczna inteligencja, jaką mamy, to produkcja Stevena Spielberga, którego wrażliwość popchnęła go w te, a nie inne rejony.

Poruszająca historia chłopca, który został stworzony jako technologiczny substytut prawdziwego dziecka, to pod wieloma względami frapująca opowieść o tożsamości umysłu, zmaganiu z własną naturą i poszukiwaniu akceptacji pomimo ograniczeń. W tym kontekście sprzeczne emocje budzić może zakończenie, napisane w dużej mierze jako klasycznie hollywoodzki wyciskacz łez. Główny bohater decyduje się w nim na spędzenie jednego i niemogącego się powtórzyć dnia ze zrekonstruowaną z materiału genetycznego ludzką „matką”, mając świadomość, że kupuje sobie w ten sposób jedynie iluzję szczęścia, do którego dążył.

Advertisement

Co uwiera mnie w tym zakończeniu, to fakt, że chociaż z pozoru jest dowodem na szczerość ludzkich uczuć Davida, w istocie stanowi jego porażkę jako wyzwalającej się z okowów narzuconych przez twórców jednostki. Znajdując się w świecie akceptującym jego „sztuczność”, z wiernym towarzyszem Teddym przy boku, chłopiec de facto odrzuca przemianę psychologiczną na rzecz prawdziwie fałszywego doświadczenia bliskości z rodzajem ludzkim, który go odtrącił – dowodząc jednak swojej ułomności jako samoświadoma jednostka? Ta przewrotność sama w sobie nie jest zła, a nawet wprost przeciwnie. Problem w tym, że tak tragiczny wydźwięk nie do końca współgra z trzymającą się zasadniczo klasycznych ram przemiany bohatera całością filmu, wywołując oprócz poruszenia pewien dysonans analityczny.

Bonus: Gra o tron

Na koniec świeży jeszcze przykład rozczarowania, jakie zgotowali twórcy oczekującym solidnej puenty widzom. Finał Gry o tron wzbudził spore kontrowersje, głównie ze względu na samą swoją treść, jednak ja do tej nie mam aż tylu zastrzeżeń.

Advertisement

Pod wieloma względami działania Jona Snowa, Daenerys czy Tyriona pozostają spójne z ich postaciami, a przynajmniej możliwe są do uzasadnienia w tym kontekście. Jednakże problem z finałem Gry o tron leży w sferze przebiegu fabuły. Z pewnych względów autorzy zdecydowali się na skondensowanie i przyspieszenie ostatnich aktów opowieści, wytwarzając w ten sposób wrażenie narracyjnego chaosu i sprawiając, że wiele decyzji czy zdarzeń akceptowalnych w innych warunkach w ósmym sezonie okazywało się absurdami ze względu na ich wymuszenie bez należytego ugruntowania w opowieści.

Ujmując rzecz ogólnie – zakończenie Gry o tron wydaje mi się przede wszystkim pozbawione elementarnego szacunku dla odbiorcy, który miał prawo oczekiwać nie tylko spektaklu, ale także rzetelnie wykonanej roboty na poziomie koncepcji, scenariusza i rozplanowania fabuły. Tego ewidentnie zabrakło, przez co sezon ósmy (i część siódmego także) sprawia wrażenie zrobionego na siłę, „na kolanie”, byle zamknąć projekt i pójść dalej. I właśnie to – a nie ten czy inny sztylet wbity w to czy inne ciało – zostaje mi dziś w głowie, budząc niesmak.

Advertisement

Antropolog, krytyk, praktyk kultury filmowej. Entuzjasta kina społecznego, czarnego humoru i horrorów. W wolnych chwilach namawia znajomych do oglądania siedmiogodzinnych filmów o węgierskiej wsi.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *