Publicystyka filmowa
NAJGORSZE filmy o ZOMBIE
Niespodziewanie, nawet dla mnie, na pierwsze miejsce wysunęła się nasza rodzima produkcja.
Niespodziewanie, nawet dla mnie, na pierwsze miejsce wysunęła się nasza rodzima produkcja, co w sumie dziwne nie jest, chociaż krytycy wciąż z jakiegoś powodu pieją, że jest to psychodeliczne, wiekopomne dzieło naszej kinematografii. Co do reszty produkcji w zestawieniu, to wybrane są one zgodnie z pewnymi założeniami. Nie są to filmy zupełnie nieznane, a wręcz przeciwnie – niektóre bardzo. Inne zaś stanowią dzieła już kultowe, które uzyskały ten status z pewnością dlatego, że nie odpowiadały nawet minimalnym standardom jakości dzisiejszego kina. Uznałem, że nie ma sensu przytaczać tych filmów, które są tak złe jakościowo, że nikt nie zwraca na nie uwagi. Tak więc ten status guilty pleasure uratował niektóre tytuły od kompletnego zapomnienia, przynajmniej w tym zestawieniu.
„Apokawixa” (2022), reż. Xawery Żuławski
Stało się to zupełnie przypadkiem. Długo nie miałem szansy nadrobić tej produkcji, chociaż często o niej słyszałem, że jest nowatorska, ciekawa, buntownicza, odkrywcza, na wysokim poziomie, pełna młodzieńczego wigoru itp. I wreszcie nadarzył się moment, kiedy film pojawił się na Amazonie, a prawie równocześnie wpadł również temat tego zestawienia. Oczywiście nie przewidywałem, że Apokawixa się w nim znajdzie. Miałem nadzieję, że wreszcie Polska będzie miała swój charakterny i mięsisty przykład kina zombie.
Niestety, nim w ogóle pojawiły się zombie, trzeba było prawie zasnąć, oglądając mało śmieszne wyczyny maturzystów. Kiedy wreszcie wyszły z ukrycia, okazały się bardzo realistycznymi ludźmi ze szczątkową charakteryzacją. Oj daleko Apokawixie do chociażby Martwicy mózgu. Eksperyment się niestety nie udał, a ja nie sądziłem, że kiedykolwiek napiszę o Sebastianie Fabijańskim, że był najbardziej interesującą postacią w całej produkcji.
„World War Z” (2013), reż. Marc Forster
Tak się nie kręci superprodukcji o zombiakach. Te sfory zombie tworzące kilkunastometrowe piramidy wyglądają tandetnie, jeśli chodzi o efekty specjalne – nienaturalnie pod względem ruchu i szablonowo. Brad Pitt za to jest niemal nadczłowiekiem, będąc jedynie pracownikiem ONZ. Najgorsze są jednak humanitarne zombiaki – jak to możliwe, że nie mordują chorych? Jak to możliwe, że nikt o tym nie wie, dopóki nie zwróci uwagi na to Lane? Scena z samolotem wręcz dobija brakiem logiki, a bohaterowie są wręcz tytanicznie odporni na zadawane im obrażenia.
Swoje zrobiła kategoria wiekowa – jak można było to zrobić filmowi o zombie? – odessać go z krwistej, zombiaczej przemocy i erotyki! Przypomina mi się teraz genialna Martwica mózgu. Tyle lat i pieniędzy dzieli te filmy, lecz wciąż jakość scenariusza w produkcji Petera Jacksona zachwyca.
„Zombiebobry” (2014), reż. Jordan Rubin
Film może być nie do zniesienia dla miłośników zwierząt, zwłaszcza scena mordowania bobra za pomocą kija bejsbolowego. Generalnie jednak po tytule powinniśmy oczekiwać, że zombiebobrów będzie mnóstwo. Niestety pojawiają się rzadko, a fabuła polega głównie na tworzeniu nieco sztucznego suspensu za pomocą wątpliwej jakości gry aktorskiej. Same zaś bobry właściwie się nie ruszają. To śmieszne kukiełki, które o dziwo są w stanie kogoś zamordować. Sam pomysł jednak jest bardzo dobry, bo nareszcie zombie nie są ludźmi, a podlegającymi ochronie gatunkowej zwierzętami.
„Truposze nie umierają” (2019), reż. Jim Jarmusch
Z tego nie mogło wyjść nic dobrego, prócz przegadanej dramy o zombie. Na nic zdała się świetna obsada. Zawiódł scenariusz, bo reżyser nie mógł chociaż na chwilę zostawić swojego mentorskiego tonu gdzieś z boku. Film o zombie nie jest odpowiednim miejscem do rozważań o życiu, a nawet jeśli, powinno być ono podane bardziej elementarnie. Moment samego rozwinięcia również powinien nastąpić szybciej, bo inaczej w ramach samego gatunku produkcja wypada nieoczekiwanie parodystycznie. I nie jest to parodia zamierzona. To wydaje się najgorsze. Reżyser jest przekonany – krytycy również – że nakręcił wielkie kino, a obecny w nim żart będzie odbierany tak emblematycznie, że powstaną z niego memy.
„Naziści z wnętrza Ziemi” (2012), reż. Joseph J. Lawson
Nie wiem, co na to prawdziwi naziści, ale generalnie są oni wdzięcznym tematem dla filmów o zombie. Ciężko stwierdzić dlaczego. Może przez pewien stereotyp, który przez lata powojenne się wykształcił – każdy nazista to zwolennik niespotykanej dyscypliny, a każdy zwolennik dyscypliny sztywno chodzi. Zombiaki również sztywno chodzą. Powstała więc analogia, którą takie studio producenckie jak Asylum musiało wykorzystać. Powstał z tego oczywiście filmowy stek nieścisłości, bzdur i absurdów, w którym najlepsze oświadczyny to właśnie te pośród trupów i lejącej się krwi, a naziści najlepiej czują się w maskach. Grą aktorską również się nikt nie przejmuje, bo po co. Zresztą w niektórych polskich filmach reklamowanych jako nasze superprodukcje jest podobnie.
Abraham Lincoln kontra zombie (2012), reż. Richard Schenkman
Czy już tytuł nie brzmi abstrakcyjnie? Abraham Lincoln to postać legendarna dla Amerykanów, dlatego obdarzają go tak hipernatualnymi mocami. Polował na wampiry, był członkiem tajnych stowarzyszeń, no i specjalizował się w walce z zombie. Co z tego wyszło, możemy się przekonać w kolejnej w tym zestawieniu produkcji studia Asylum, czyli grupy ludzi wyspecjalizowanych w kręceniu tanich, a jednocześnie niekiedy kultowych poprzez swoją kiczowatość, „dzieł”. Jest konkretna cecha wspólna między tym filmem a polską Apokawixą – zombiaki. Wyglądają bardzo podobnie, czyli minimum efektów specjalnych i wizerunek żywego trupa bazujący na samej charakteryzacji.
Sceny walk są pokazywane tak, żeby właściwie nic nie pokazać, a gra aktorska została całkowicie przyćmiona przez wielkie brodawy na twarzy samego Lincolna. Cóż więcej można dodać? Trzeba tę osobliwą produkcję obejrzeć.
„Apokalipsa zombie” (2011), reż. Nick Lyon
Ktoś chyba zapomniał, że aktorzy na planie powinni się nieco ubrudzić. Pod tym względem Apokalipsa zombie przypomina mi polskich Krzyżaków, gdzie wszyscy byli tak czyści, jakby dopiero co wyszli z pralni, a krew miała kolor soku. Nawet na tym zaoszczędzono. Trochę dziwi, bo w obsadzie pojawia się Ving Rhames. Na dodatek te żeńskie postaci rodem z najtańszej komedii romantycznej, w której grają postaci tła, mające jedynie wyglądać, bo jak się odezwą, to każdy ucieka, oczywiście prócz tych mężczyzn, którzy lubią, kiedy kobieta nie myśli.
„Gorączka śmierci” (1988), reż. Mark Goldblatt
Pamiętam tę produkcję z kaset video, takich nieoryginalnych 240, które mieściły przynajmniej dwa filmy, a ich etykiety były pisane ręcznie albo, w tzw. ekskluzywnych przypadkach, wklepywane na maszynach do pisania. Wtedy się czuło, że trzyma się w rękach prawdziwy skarb. Gorączka śmierci trafiła mi się właśnie na takim premium nośniku, chociaż sam w sobie ten film premium w żadnym wypadku nie był. Kiedy jednak miało się 11–12 lat, taka tematyka łącząca film sensacyjny z nielicznie jeszcze obecnymi na rynku filmami o zombie szczególnie interesowała. Wychodzi na to, że skoro piszę o tym filmie w ten sposób, to go lubię. Fakt, mam do niego sentyment, ale z perspektywy czasu to połączenie sensacji z elementami zombie wydaje się już tak kuriozalne i amatorskie, że nie da się tego ze spokojem oglądać.
„Jezioro zombich” (1981), reż. Jean Rollin
W tym zestawieniu z pewnością by tego filmu nie było, gdyby nie jakiś nieuzasadniony strach twórców. Mam tu na myśli scenę, kiedy w wielkiej balii myje się piękna dziewczyna, ale jest w majtkach, a włosy skrzętnie zakrywają jej piersi. Wtedy z pola kukurydzy obok wychodzą zombie. Dziewczyna ucieka i nagle się przewraca jak piłkarze w polu karnym, którzy zderzyli się z ciężkim powietrzem, względnie komarem. I tak można mnożyć przykłady na niedopracowanie Jeziora zombich, które jednocześnie bywa w niektórych kręgach filmem kultowym. Można się oczywiście pośmiać, oglądając, w jaki sposób z jeziora wychodzą żywe trupy, którymi są oczywiście naziści.
„Scooby Doo: Na wyspie Zombie” (1998), reż. Hiroshi Aoyama, Jim Stenstrum
A na deser bajka o zombie. Nie dość, że zanimowana wręcz po sztubacku, jakby ktoś dopiero poznawał tajniki ruchów ciała człowieka, to jeszcze z zombiakami, które przypominają bardziej duchy, a nie trupy. Wszystko okraszone niezwykle szybkim tempem akcji oraz mnóstwem przegadanych żartów. Bajka dość ciężkostrawna dla dzieci, a i męcząca dla dorosłych. Tematyka zombie opracowana graficznie bez przemyślenia tematu. Wiem jednak, że trudno w tym zestawieniu tę produkcję porównać z całą resztą zaprezentowanych tu pozycji. Traktujcie więc ten przykład jako ciekawostkę.
