Connect with us

Publicystyka filmowa

Najciekawsze filmy z 2016 roku, które nie weszły do polskich kin

Odkryj NAJCIEKAWSZE FILMY Z 2016 ROKU, których nie zobaczyłeś w polskich kinach. Zaskakujące tytuły, które musisz znać!

Published

on

Najciekawsze filmy z 2016 roku, które nie weszły do polskich kin

Wszelkie rankingi najlepszych filmów roku, które gościły na polskich ekranach, mają jedną poważną wadę – obejmują jedynie pewien wycinek dzieł powstałych w wybranym okresie, pomijając jednocześnie wiele znakomitych produkcji, które w Polsce nie znalazły dystrybutora. Z jednej strony jest to słuszna strategia – wszak powinniśmy dyskutować o tym, do czego wszyscy mamy dostęp. Aby jednak sumiennie ocenić kondycję światowego kina w danym roku, winniśmy wziąć pod uwagę także inne tytuły – choćby te, które funkcjonowały u nas jedynie w obiegu festiwalowym. Poniższe zestawienie dotyczy właśnie dziesięciu znakomitych filmów, które nie doczekały się polskich premier kinowych w 2016 roku, a które każdy szanujący się kinoman znać powinien.

Advertisement

1. Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii

Jestem w stanie zrozumieć, dlaczego większość wymienionych na naszej liście filmów nie trafiła do polskich kin, i wybaczyć dystrybutorom te zaniechania. Za pominięcie Czarownicy (w oryginale: The VVitch) ktoś powinien jednak spłonąć na stosie, bo to nie tylko film, który można by było bez większego problemu sprzedać, ale też – a właściwie przede wszystkim – jedno z nielicznych w ostatnich latach arcydzieł horroru i jednocześnie tytuł, który całkowicie zmienia zasady gry w ramach omawianego gatunku.

Advertisement

Czarownica sprawia wrażenie, jakby powstała w kinematograficznej próżni: nie cytuje, nie puszcza do widza oka, nie nawiązuje do innych filmów, nie bawi się formą. Pod względem intertekstualnym jest równie purytańska jak rodzina, która stoi w jej centrum – jeśli dla bohaterów jedyną wykładnią jest Biblia, to dla reżysera, Roberta Eggersa, jedyną podstawą fabuły są siedemnastowieczne legendy z Nowej Anglii. Podczas gdy współczesny horror niezależny skupia się zazwyczaj na cytowaniu, nawiązywaniu i przerabianiu rozpoznawalnych formuł (czasami z genialnym skutkiem, czego dowodem Coś za mną chodzi), siła Czarownicy opiera się na zupełnym pozbawieniu widza jakichkolwiek punktów zaczepienia – nie oglądamy gatunkowej żonglerki, oglądamy prawdziwy horror; nie możemy uciec w ciepłe ramiona konwencji czy potraktować całości jako sprytnego ćwiczenia stylistycznego.

Efekt jest oszałamiający, a poziom osiągniętej grozy – niewyobrażalny. Eggers ma ogromne wyczucie gatunku; buduje horror sposobami, których kino jeszcze nie oswoiło lub nawet nie widziało. Przez półtorej godziny nie ma się jak przed jego filmem bronić, bo – czy nam się to podoba czy nie – siedzimy w jego środku razem z rodziną przerażonych purytanów i upiornym czarnym kozłem. Żaden film nie zapewnił mi w minionym roku podobnego doświadczenia. [Grzegorz Fortuna]

Advertisement

2. Hunt for the Wilderpeople

Taika Waititi wielkim reżyserem jest i basta! To jedno zdanie w zasadzie wystarczyłoby za główną konkluzję po seansie Hunt for the Wilderpeople, świeżej, dynamicznej i kompletnie odjechanej nowozelandzkiej komedii, która bije na głowę wszystkie filmowe rozśmieszacze, które w 2016 roku gościły w naszych kinach.

Advertisement

Film Waititiego, który lada chwila pokaże światu swoją wersję marvelowskiego Thora, opowiada o Rickym, niepokornym podopiecznym domu dziecka, który trafia pod opiekę Belli i Heka (świetny Sam Neill!), nie najmłodszego już małżeństwa, mieszkającego na obrzeżach ogromnej puszczy. O ile kobieta otacza chłopca ciepłem i opieką, o tyle jej partner nie zamierza spoufalać się z nowym współlokatorem. Los jednak szykuje dla bohaterów inny scenariusz i wkrótce Ricky i Hec stają się ściganymi przez policję zbiegami, ukrywającymi się w bezkresnym buszu. Skojarzenia z Kochankami z Księżyca jak najbardziej uzasadnione, gdyż Waititi preferuje ten sam rodzaj kreskówkowości – zarówno w warstwie plastycznej, jak i dialogowej.

 Hunt for the Wilderpeople może nie jest typową propozycją z gatunku kina familijnego, ale to niezwykle ciepła, zabawna i nieszablonowa opowieść o tym, jak przyjaźń może narodzić się w najmniej sprzyjających warunkach. [Dawid Myśliwiec]

Advertisement

3. Too Late

Pełnometrażowy debiut Dennisa Haucka to opowiedziane niechronologicznie współczesne noir, które całymi garściami czerpie ze skarbca dawnej literatury śmieciowej. Jeśli po przeczytaniu powyższego zdania w waszych głowach zapaliła się lampka z żółtym napisem Pulp Fiction, nie jesteście w błędzie. Ale automatyczne skojarzenia z kultowym filmem Quentina Tarantino absolutnie niczego Too Late nie ujmują.

Advertisement

Hauck zasiedla swój film postaciami wydartymi żywcem z bestiarium pulpowej literatury kryminalnej – są tu drobni dilerzy, psychopatyczni mordercy, wredni właściciele klubów nocnych i ich sfrustrowane żony, są striptizerki o złotych sercach, jest wreszcie prywatny detektyw o zmęczonej, przeoranej zmarszczkami twarzy Johna Hawkesa. Ten ostatni musi przeprowadzić śledztwo w sprawie śmierci młodej, pięknej dziewczyny, którą poznał kilka lat wcześniej. Słowem: absolutny noirowy standard.

Too Late jest jednak dowodem na to, że wycięta z szablonu fabuła nie musi być żadnym problemem, jeśli reżyser ma odpowiedni sposób na jej przedstawienie. A Hauck wpadł na pomysł naprawdę imponujący – cały jego film składa się z pięciu mastershotów, które, siłą rzeczy, rozgrywają się w czasie rzeczywistym, bez ukrytych cięć czy skrótów. Poznajemy zatem jedynie sto minut z trwającego co najmniej kilka tygodni śledztwa. I to w dodatku w niewłaściwej kolejności.

Advertisement

My układamy więc puzzle, a Hauck dwoi się i troi, żeby w zaledwie kilku scenach przekazać jak najwięcej informacji o bohaterach i ich motywacjach. Niekiedy zdarza mu się wprowadzić nieco wymuszone rozwiązania, ale w większości przypadków imponuje reżyserską sprawnością i inscenizacyjną pomysłowością, a dwa z pięciu segmentów – bodaj drugi i czwarty – to mistrzostwo świata w dziedzinie narracyjnej dyscypliny i subtelnego budowania emocji. [Grzegorz Fortuna]

4. Midnight Special

Advertisement

Pierwsze z ubiegłorocznych dzieł Jeffa Nicholsa co prawda pojawiło się niedawno w Polsce na DVD, jednak nie można było oglądać go u nas na wielkim ekranie – a szkoda, bo Midnight Special to piękne widowisko w duchu science fiction lat osiemdziesiątych XX wieku. Tajemniczy, hipnotyzujący, klimatyczny – wszystkie te przymiotniki doskonale pasują do filmu Nicholsa. Roy (Michael Shannon) i jego obdarzony nadprzyrodzonymi zdolnościami syn Alton (znany z Mów mi Vincent Jaeden Lieberher) uciekają przed rządowymi agentami i sektą, do której należeli niegdyś rodzice chłopca.

Potężna moc drzemiąca w nastoletnim chłopcu stanowi zagadkę, której Nichols przez dłuższy czas nie rozwiązuje. Gdy prawda wychodzi na jaw, część czaru pryska, ale Midnight Special to wciąż zjawiskowe, niesamowicie zrealizowane (zdjęcia Adama Stone’a!) i zagrane (świetni Adam Driver i Sam Shepard na drugim planie) kino SF, na którego nadmiar narzekać przecież nie możemy. [Dawid Myśliwiec]

Advertisement

5. In a Valley of Violence

Sukcesy kasowe Django i Nienawistnej ósemki Quentina Tarantino oraz Prawdziwego męstwa braci Coen doprowadziły do powrotu mody na western. Jej przejawy można odnaleźć zarówno w głównym nurcie (zeszłoroczny remake Siedmiu wspaniałych), jak i w mniej prestiżowym, ale wcale nie mniej ciekawym świecie niskobudżetowego kina gatunkowego – wszak nawet na naszych ekranach pojawił niezwykły, szalenie odważny Bone Tomahawk, w którym grupa kowbojów stawiała czoła kanibalom.

Advertisement

In a Valley of Violence nie miał tyle szczęścia i nie trafił do polskiej dystrybucji, mimo że w głównych rolach występują tu aktorzy dobrze znani: Ethan Hawke i John Travolta. To zresztą film o pozornie dużo niższej kategorii wagowej i nie tak wielkim potencjale subwersywnym; ba, na pierwszy rzut oka to co najwyżej przyjemny hołd dla niskobudżetowego spaghetti westernu, w szczególności dla Za garść dolarów Sergia Leone – po nawiązującej do tego klasyka czołówce obserwujemy, jak główny bohater, samotny jeździec podróżujący z pieskiem, przybywa do upiornego miasteczka, gdzie oczywiście musi wpakować się w tarapaty.

To, co odróżnia In A Valley of Violence od innych podobnych mu filmów, to fakt, że na krwawą jatkę prawie nikt w filmie nie ma ochoty – ani umęczony wędrowiec, który w interpretacji Ethana Hawke’a ma nieco menelski sznyt, ani grany przez Johna Travoltę (to najlepsza jego rola od jakichś dwudziestu lat) kaleki szeryf. W efekcie obserwujemy bohaterów, którzy cały czas starają się robić dobrą minę do złej gry i udawać twardzieli, ale tak naprawdę woleliby sączyć samogon na werandzie saloonu. Siłą sprawczą, która doprowadza do rozlewu krwi, jest tymczasem zwykła głupota, co w zaskakujący sposób zbliża ten tani western do filmów braci Coen. [Grzegorz Fortuna]

Advertisement

6. Everybody Wants Some!!

Od premiery Uczniowskiej balangi minęły dwadzieścia trzy lata, a tymczasem u Richarda Linklatera impreza wciąż trwaEverybody Wants Some!! to dla reżysera Boyhood powrót do świata, w którym najwyższą walutą jest piwo, a pragnienie bycia częścią społeczności jest ważniejsze od szacunku do samego siebie.

Advertisement

Bohaterowie Everybody Wants Some!! rywalizują niemal o wszystko – kobiety, miejsce w drużynie, miano najlepszego imprezowicza czy podrywacza. Rywalizacja i pragnienie zwycięstwa jest tym, co definiuje członków drużyny, która właśnie przygotowuje się do kolejnego sezonu w uniwersyteckich rozgrywkach. Do zespołu dołącza kilku nowych zawodników i to od ich determinacji zależy, czy wkomponują się w tę specyficzną społeczność.

Film Linklatera to pean na cześć witalności, lekkomyślności, a niekiedy wręcz głupoty, które są przywilejami ludzi młodych, dopiero nieśmiało witających się z dorosłością. Młodzi baseballiści, ich koledzy z zajęć czy poznane na imprezach dziewczyny wykorzystują swój czas maksymalnie, a reżyser nie kryje przyjemności z obserwowania swych bohaterów. Jak to u Linklatera, jakość zawarta jest przede wszystkim w dialogach, ale także scenografia, kostiumy, a zwłaszcza rewelacyjna ścieżka dźwiękowa powodują, że Everybody Wants Some!! jest raczej potężnym ładunkiem energetycznym niż zwyczajnym dziełem filmowym. Linklater spina klamrą swoją dotychczasową twórczość, pokazując, że w duchu wciąż jest młodym chłopakiem z kampusu. [Dawid Myśliwiec]

Advertisement

7. Sunset Song

K-12. Melanie Martinez w cukierkowej ekspozycji

Na pierwszy rzut oka Sunset Song nie oferuje nic specjalnie ciekawego – to dość klasyczna pod względem narracji opowieść o młodej dziewczynie zmuszonej dorastać w Szkocji w przededniu pierwszej wojny światowej. W rękach Terence’a Daviesa, cenionego twórcy między innymi Końca długiego lata i Dalekich głosów, spokojnego życia, Sunset Song staje się jednak filmem, w którym trudno się nie zadurzyć – nie tylko ze względu na przepiękne, malarskie zdjęcia Michaela McDonougha i cudowną, czerpiącą z tradycyjnych szkockich utworów muzykę Gasta Waltzinga.

Advertisement

Największą wartością filmu Daviesa jest bowiem konsekwentna reżyseria, dzięki której ta opowieść staje się jednocześnie niezwykle epicka i bardzo intymna. Główna bohaterka – którą poznajemy w wieku lat piętnastu, a później śledzimy jej losy przez dekadę z okładem – doskonale sprawdza się w roli przewodnika po świecie spętanym jeszcze więzami tradycji i patriarchatu, ale już nękanym niepokojami współczesności. Ostatecznie Sunset Song trudno wrzucić do jakiejkolwiek szufladki (bo to i melodramat, i opowieść emancypacyjna, i coming-of-age story), co tylko dodaje filmowi siły.

Jakby tego było mało, była modelka, Agyness Deyn, którą Davies obsadził w roli głównej, niezwykle umiejętnie wpasowuje się w ten świat i doskonale odgrywa hartowanie się charakteru swojej bohaterki. [Grzegorz Fortuna]

Advertisement

8. Wiener-Dog

Pierwszy od pięciu lat film Todda Solondza nie bierze jeńców – Wiener-Dog to odarta z jakichkolwiek przejawów łagodności diagnoza współczesnych relacji społecznych, sprowadzona do kilku epizodów, powiązanych ze sobą postacią tytułowego jamnika. Zwierzę często zmienia właścicieli, a każdy nowy dom to nowe problemy, kompleksy i wewnętrzne tragedie. Solondz jak żaden inny reżyser opowiada o erozji związków międzyludzkich, swym błyskotliwym i bardzo spostrzegawczym humorem wywołując śmiech przez łzy.

Advertisement

Wiener-Dog udało się zebrać całą plejadę znakomitych aktorów, z Gretą Gerwig, Julie Delpy, Dannym De Vito i Ellen Burstyn na czele. Każde z nich uosabia inne społeczne upośledzenie, inną porażkę, inne kompleksy. Przegrany scenarzysta i wykładowca, ślepo zakochana pracownica kliniki weterynaryjnej, bogata starsza pani – każde z nich zmaga się na swój sposób z samotnością i odrzuceniem. Solondz nie daje nadziei, ale raz jeszcze pokazuje, że po mistrzowsku potrafi punktować choroby toczące współczesne społeczeństwo. [Dawid Myśliwiec]

9. Aktor Martinez

Advertisement

Ponoć zaczęło się to tak, że Arthur Martinez – informatyk marzący o zostaniu sławnym aktorem – poprosił Nathana Silvera, żeby ten nakręcił film, który pomoże mu rozwinąć karierę. Pomysł na krótkometrażówkę szybko przerodził się jednak w większy projekt, który na etapie produkcji ciągle ewoluował. Efektem jest dziwaczne połączenie dokumentu i fabuły, które trochę fascynuje, a trochę przeraża. Ale przede wszystkim nie wiadomo, co o nim myśleć.

Im dalej w Aktora Martineza, tym trudniej orzec, co tu jest prawdą, a co fikcją – kiedy Arthur gra, a kiedy pokazuje prawdziwe emocje; czy manipuluje reżyserami, czy może to on jest ofiarą manipulacji; które sceny mają dokumentalny rodowód, a które zostały spreparowane przez ekipę. Nathan Silver i Mike Otts wykorzystują metody znane z thrillera i horroru, by cały czas trzymać widzów w niepewności odnośnie do statusu przedstawianych wydarzeń. Wychodzi z tego absolutny, że tak to określę, mindfuck i jednocześnie intrygująca autorefleksja nad ekranową prawdą.

Advertisement

I choć twórcy nie odpowiadają ostatecznie na żadne z miliona pytań, które kołaczą się w głowie w trakcie seansu, największą wartością Aktora Martineza pozostaje właśnie odbiorcza konieczność ciągłego dostosowywania aparatu poznawczego do zmieniających się warunków. To w dziwny sposób frustrujące, ale też zarazem wciągające. [Grzegorz Fortuna]

10. Sieranevada

Advertisement

W słynącym ze swej wizualnej i strukturalnej surowości kinie rumuńskim Cristi Puiu jawi się jako twórca szczególnie surowy – Śmierć pana Lazarescu Aurora były filmami niełatwymi w odbiorze i zwyczajnie przygnębiającymi. W Sieranevadzie wielokrotnie nagradzany reżyser zmienia tonację – dialogi nasycone są czarnym humorem, a rozgrywająca się w większości w niewielkim mieszkaniu historia niejednokrotnie bardziej przypomina komedię niż rodzinny dramat.

Ale mimo bardziej humorystycznej otoczki Puiu ponownie ma dla nas gorzki morał o tym, że wszystkie, nawet najbliższe relacje oparte są na kłamstwie, nieufności i przemocy. W trakcie stypy po pogrzebie nestora rodziny żałobnicy spotykają się w jego mieszkaniu, ale zamiast ze wzruszeniem wspominać zmarłego, kłócą się, wypominają i doprowadzają wzajemnie do łez. W tych awanturach pojawiają się opinie na temat kondycji współczesnej Rumunii, historii kraju, a nawet kwestii militarnych. Wszystko jednak obraca się wokół moralności poszczególnych uczestników stypy – każdy z nich ma coś na sumieniu, lecz – zgodnie z sentencją o belce i drzazdze – wolą skupiać się na wadach innych niż przyznać do własnych słabości.

Advertisement

Sieranevadę ogląda się wyśmienicie – pozornie lekka konwencja ułatwia przyswajanie kolejnych scen, jednak przekaz zawarty w rodzinnych kłótniach jest wystarczająco czytelny, by skłonić widza do refleksji. Bo choć kino rumuńskie może wydawać się hermetyczne, na poziomie treści jest zjawiskiem niezwykle uniwersalnym. [Dawid Myśliwiec]

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *