Publicystyka filmowa
NAJCIEKAWSZE filmowe KREACJE BOGA
W filmie NAJCIEKAWSZE KREACJE BOGA odkrywamy nieznane oblicza Boskości, które burzą utarte schematy i zachwycają kreatywnością twórców.
Nie ma w tym nic dziwnego, że bohaterowie światowego bestsellera, jakim jest Biblia, przekroczyli jego granice. Bóg i Jezus szybko stali się postaciami kultowymi, interpretowanymi na wiele sposobów przez różne postaci kultury oraz sztuki. Przez literackie wyobrażenia Goethego, malarskie wizerunki autorstwa Michała Anioła i Williama Blake’a aż po filmowe oraz popkulturowe przedstawienia. Zaznaczmy jednak, że w poniższym zestawieniu znajdziecie kreacje Boga podparte klasycznymi chrześcijańskimi wzorcami. Każda z nich burzy jednak, bardziej lub mniej, utarty wizerunek sędziwego mędrca o srogim spojrzeniu i bujnej, siwej brodzie. Jak się okazuje, fantazja niżej wymienionych filmowców nie zna granic. Wszyscy w unikatowy sposób zmierzyli się z postacią tak wyjątkową, intrygującą, skomplikowaną oraz nieznaną, jaką jest Bóg.
Dajcie znać w komentarzach, które przedstawienie podoba wam się najbardziej.
Bóg jako wszystko oraz nic. Mind Game
Anime Mind Game opowiada historię Nishiego, który skrywaną miłość do przyjaciółki z dzieciństwa przypłaca życiem. Film śledzi podróż bohatera do nieba i z powrotem, wykorzystując przy tym szereg odmiennych stylów wizualnych. Bohater o tym, że umarł, dowiaduje się z ust przedziwnej postaci spotkanej w miejscu spowitym bezkresną bielą. Postać ta okaże się nikim innym jak Bogiem. Nie ukrywam, wizja reżysera Masaakiego Yuasy jest mi szczególnie bliska i to nie tylko przez ubranie jej w barwną, ekstrawagancką szatę. Bo kim jest Bóg, jeśli nie wszystkim i niczym równocześnie? Postać żartobliwego, boleśnie bezpośredniego stwórcy jawi się przerażonemu bohaterowi jako bezkształtne, wyimaginowane stworzenie, co sekundę zmieniające wygląd, wchodzące w skóry coraz to dziwniejszych, bardziej fantazyjnych kreatur.
Wydaje się czymś, czego zwykły śmiertelnik nie jest nawet w stanie objąć swoim umysłem ani zmysłem percepcji. „Ciągle się zmieniam, co? Ale to ty nie możesz się zdecydować, jak mam wyglądać”, odzywa się Bóg. Co więcej, stwórca nie ma czasu odpowiedzieć bohaterowi na nurtujące go pytania dotyczące życia po śmierci, gdyż… spieszy się na randkę. Wizja Japończyka, choć jest mocno fantastyczna, wręcz narkotyczna czy psychodeliczna, prezentuje naprawdę ciekawy, przede wszystkim nietypowy obraz Boga. Boga podanego na filmowej tacy w typowo ekscentrycznym japońskim sosie.
Bóg jako pijaczyna. Na kwasie
W swoim sprośnym zbiorze opowiadań The Acid House Irvine Welsh, szkocki pisarz, ku przerażeniu wielu chrześcijan powołał do życia postać Boga, który okazał się niechlujnym edynburskim pijakiem, mającym po stokroć dosyć nachalnych ludzi obciążających go wszystkimi swoimi problemami. Choć, co nie jest zaskakujące, opis ten wywołał sporo kontrowersji, w 1998 roku reżyser Paul McGuigan zdecydował się przenieść literackie dzieło Welsha na ekran. Film Na kwasie został podzielony na krótkie nowelki, z których jedna opowiada historię Boaba, amatorskiego piłkarza wyrzuconego właśnie z drużyny.
Szukając pocieszenia w pobliskim barze, chłopak natrafia na coś zupełnie odwrotnego, a mianowicie bezpretensjonalnego, zawadiackiego pijaka o nieokrzesanym, kłującym zaroście i nieprzyjemnym usposobieniu. Mężczyzna przysiada się do bohatera, tytułując się mianem Boga, co udowadnia, zdradzając intymne informacje z życia chłopaka, w tym położenie specyficznego znamienia. Postać ta, zagrana przez Maurice’a Roëvesa, w niczym nie przypomina miłosiernego, wzbudzającego postrach i autorytet stwórcy. Szkocki Bóg to lubujący się w przeklinaniu zapuszczony obdartus, który zamiast dzielić się miłością i pocieszeniem odpala fajkę za fajką i wyznaje Boabowi: „Dlatego właśnie ty mnie interesujesz. Jesteś taki jak ja – leniwą, apatyczną, niechlujną cipą”. Nic dziwnego, że postać wykreowana przez Roëvesa została okrzyknięta obrazoburczą.
Bóg jako miły pan z sąsiedztwa. O mój Boże!
Zupełnie odmienny obraz Boga od tego zaprezentowanego w filmie Na kwasie proponuje Carl Reiner w swojej komedii O mój Boże!. Film nakręcony na podstawie powieści Avery’ego Cormana opowiada o życzliwym, nieco apatycznym staruszku w tenisówkach, który poczciwość oraz skromność ma wymalowaną na twarzy. Taki się również wydaje, ukrywając swoje łagodne spojrzenie za grubymi szkłami okularów w grubej oprawie.
Ów staruszek okazuje się Bogiem, a żeby to udowodnić, nosi ze sobą odpowiednie wizytówki. Tytułowy stwórca, choć zauważa, że ludzie nie szanują już jego słowa, nie emanuje wrogością, nie okazuje też żalu. Wygląda raczej jak podekscytowany, świeżo upieczony emeryt, który planuje resztę swojego życia przesiedzieć na rozkładanym krzesełku na brzegu jakiegoś rozłożystego jeziora, z dala od ludzi, łowiąc ryby i rozkoszując się zasłużonym spokojem. Dlatego właśnie zstąpił na ziemię. Wśród śmiertelników znalazł nowego Mojżesza, który ma głosić jego słowo wśród niedowiarków. Wybrańcem zostaje Jerry Landers, menadżer supermarketu, który w skrzynce na listy znajduje zaproszenie na ekskluzywną rozmowę o pracę z Bogiem.
Film Reinera jest pełen ciepłego humoru, którego źródłem jest rzecz jasna postać czarującego Wszechmogącego, który udowadnia swoją boskość poprzez między innymi imponujące sztuczki karciane. Postać wykreowana przez George’a Burnsa ma w sobie wiele ojcowskiej mądrości oraz łagodności, którą chcielibyśmy utożsamiać z postacią stwórcy. Takiego Boga naprawdę da się lubić.
Bóg jako surowy urzędnik. Bandyci czasu
Terry Gilliam serwuje nam kolejny pocieszający obraz Boga, tak niepodobny do surowych starotestamentowych opisów. Przynajmniej możemy mieć pewność, że nasz los jest w dobrych, solidnych rękach. Zdaniem Gilliama Bóg, czy bardziej Najwyższa Istota, grana przez Ralpha Richardsona, to uporządkowany starszy pan z dokładnie zaczesanymi włosami, odziany w schludny, szary garnitur. Ma w sobie coś z biurokraty, przede wszystkim jednak jest rozsądny i staranny niczym angielski urzędnik.
Stanowczo, ale cierpliwie, z matematyczną precyzją próbuje uporządkować oraz logicznie sformułować zasady rządzące światem, w czym przeszkadza mu grupa nierozgarniętych karłów, która skradła Bogu mapę z oznaczonymi dziurami czasoprzestrzennymi umożliwiającymi podróże. Jako że występek ten mocno nadwyręża porządek świata, o swoją zgubę upomina się sam Najwyższy, architekt i główny wykonawca wszechświata. W filmie, którego solidnymi fundamentami są elementy charakterystyczne dla baśni i fantasy, postać Boga Urzędnika wydaje się dziwnie niepasująca. Niemniej właśnie na tym polega wyjątkowość tej kreacji – kreator świata tak chaotycznego czy fantastycznego musiał być szczególnie precyzyjny i umieć objąć wszystko ramami sztywnej logiki.
Bóg jako kobieta. Dogma
https://www.youtube.com/watch?v=tA3dzBrXYtc
Nie ma chyba większego odstępstwa od klasycznej postaci siwobrodego mędrca niż urodziwa, młoda kobieta. Na taki odważny krok zdecydował się reżyser filmu Dogma – znany z ról Cichego Boba Kevin Smith. Odważny, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że film pełen jest nawiązań do tradycji chrześcijańskich, mających swoje źródło w Piśmie Świętym. Upadłe anioły, demony, prorocy, a pośrodku tego wszystkiego – Alanis Morissette, cała na biało. W tym świecie Bóg nie ma groźnego spojrzenia, postać wykreowana przez Morissette ma w sobie coś z hippisowskiej łagodności, ma również dystans do rzeczywistości.
Jej Bóg nosi długie suknie, a brązowe włosy, zastępujące siwą brodę, opadają swobodnie na szczupłe ramiona. Choć kobieta ma łagodne lico, sprawia wrażenie postaci potężnej, wzbudzającej szacunek oraz strach, co tym bardziej podkreśla jej tajemnicza małomówność. Potrafi wskrzeszać oraz zabija jednego ze zbuntowanych aniołów pojedynczym okrzykiem. Jednak przed wykonaniem wyroku patrzy w oczy anioła z łagodnością oraz współczuciem matki.
Bóg jako Morgan Freeman i Whoopi Goldberg. Bruce Wszechmogący oraz Odrobina nieba
Morgan Freeman oraz Whoopi Goldberg, ubrani na biało od stóp do głów, o twarzach spowitych łagodnością i dobrodusznością to być może najbardziej popularne interpretacje Boga w historii filmu. Kiedy Marley, bohaterka filmu Odrobina nieba, trafia do nieba, na powitanie wychodzi jej zrelaksowana Whoopi Goldberg, która wypowiadając słowa „zgadnij co – umierasz”, prezentuje uśmiech tak serdeczny i wesoły, jakby gorąco gratulowała bohaterce zachorowania na raka.
„Niezupełnie. To jest po prostu wygląd, w jakim chcesz mnie zobaczyć”, odpowiada na pytanie, czy jest Bogiem. „Kocham Whoopi, więc to ma sens”, mówi bohaterka. Miło jest sądzić, że gdy nadejdzie moment wymeldowania się z tego świata, czas w niebie minie nam na popijaniu szampana z samą Whoopi Goldberg. Wszystko zależy od nas i naszych oczekiwań względem stwórcy.
Co do Morgana Freemana – chyba każdy z nas czuł kiedyś respekt, oglądając tego aktora na ekranie. Decyzja obsadowa reżysera Bruce’a Wszechmogącego, Toma Shadyaca, była więc strzałem w dziesiątkę. W osobie aktora jest coś dostojnego, poważnego, królewskiego, jednym słowem – boskiego. Tym bardziej, gdy prezentuje się on w schludnym, białym garniturze. Podczas gdy Jim Carrey robił to, co zwykł robić od dawna w komediach, Freeman był jego cierpliwym, rozpływającym się w małżowinie usznej głosem rozsądku (wszystkim przydałby się taki osobisty Morgan Freeman).
Bóg w wydaniu czarnoskórego aktora jest na tyle mądry i skromny, by wysłuchać prośbę Bruce’a, ucząc go tym samym pokory, a także równie dobroduszny, by pomóc mężczyźnie, gdy ten upadnie pod ciężarem boskiej władzy. Z drugiej strony jednak przyznaje się do pewnej słabości, tłumacząc, że nawet Bóg potrzebuje wakacji. Długich, kilkusetletnich, trwających od V do X wieku. „Słyszałeś kiedyś o wiekach ciemnych?”. Tak, nie było go wtedy na stanowisku.
