Publicystyka filmowa
Najbardziej OBRZYDLIWE sceny w HORRORACH
Nie chodzi o sceny straszne typowo z filmów grozy – bazujące na duchach, trupach i innych zjawiskach nadprzyrodzonych.
Nie chodzi o sceny straszne typowo z filmów grozy – bazujące na duchach, trupach i innych zjawiskach nadprzyrodzonych. To zestawienie wychodzi daleko poza gatunek horroru, chociaż potocznie przyjęło się wszystko, co powoduje strach w kinie, klasyfikować jako horror. Dla filmoznawcy ma to znaczenie, ale dla widza już mniejsze, bo rzeczownik horror ma ogromny zbiór desygnatów w codziennym życiu. Chodzi więc o sceny odarte z wszelkiej transcendencji, ludzkie do bólu, cielesne, eksploatacyjne, zboczone, kontrowersyjne, takie, których samo wyobrażanie sobie można traktować już jako objaw dewiacji.
Zdrowy człowiek nie może dokonywać takich wyobrażeń i w praktyce tak nie myśli, nawet jeśli nienawidzi i chce sprawić ból najgorszemu wrogowi. To nie ten poziom agresji, skrzywienia, dewiacji. A jednak w filmach się takie sceny pojawiły. Ktoś o nich specjalnie pomyślał, żeby sprawdzić, gdzie leżą granice widza. Jeśli traktować poniższe filmy w charakterze eksperymentu, to można taką brutalność zaakceptować, jeśli w długofalowej perspektywie posłużą one do czerpania przyjemności, taka sztuka filmowa powinna być zakazana. Jest wśród tych produkcji jeden wyjątek – horror oparty na faktach, co jest niewyobrażalne. Film jednak powstał, żebyśmy pamiętali. Zrobiony został również specyficznie, nad wyraz realistycznie, żebyśmy pamiętali. Nie będziemy, to jest pewne.
Ciała, ciała i jeszcze raz martwe ciała („Oddział 731”, 1988, reż. Tun Fei Mou)
Niekwestionowany zwycięzca, oparty na faktach. Lekcja historii, której nie odrobimy. Jesteśmy na to zbyt głupim gatunkiem. Niech więc zamiast mnie sam reżyser zachęci was do podjęcia tego wyzwania i nauczenia się czegoś o człowieku.
Japończycy kupili prawa autorskie i wyświetlili film tylko raz. Dystrybutorzy otrzymali telefon od prawicowej partii z informacją, że jeśli puszczą film jeszcze raz, spalą wszystkie kina. Kiedy byłem w Tokio, powiedzieli mi, że muszę natychmiast opuścić Japonię, bo zostanę zastrzelony! Potem zostałem z przyjaciółmi. Wyświetliłem Oddział 731 dla studentów tokijskiego uniwersytetu. Wszyscy studenci w kinie zrozumieli, co za chwilę zobaczą. Kiedy film się skończył, niektórzy studenci płakali, ale większość była całkowicie zszokowana i siedziała w ciszy.
Pięć minut później ludzie podchodzili do mnie i mówili, że fakty przedstawione w filmie nie mogą być prawdziwe. Inni mówili, że Japończycy nigdy nie zrobiliby czegoś takiego, a za eksperymentami na ludziach musiał stać inny kraj. Wszyscy studenci mieli po 20 lat. Podczas drugiego pokazu zaprosiłem starych członków Oddziału 731, aby przyszli i obejrzeli film na uniwersytecie wraz ze studentami. Po filmie jeden z nich stanął na scenie i powiedział, że to prawda, a on sam był tam podczas wojny jako japoński żołnierz. Następnie powiedział, że robili ludziom straszniejsze rzeczy, niż udokumentowano w filmie.
Scena autopsji dziecka składa się z pięciu różnych części, a jej kręcenie zajęło dwa miesiące. Tak, to prawda, użyliśmy prawdziwych zwłok młodego chłopca. Zapytaliśmy policję na pobliskim posterunku, czy wiedzą coś o chłopcu, który zmarł w wyniku wypadku lub śmiertelnej choroby. Czekaliśmy dwa miesiące i nie mieliśmy żadnych wiadomości od policji. Pewnego dnia policja zadzwoniła do mnie i powiedziała, że mają ciało. Powiedzieli, że jeśli chcę ciało chłopca, musimy je odebrać w mniej niż godzinę. Zapytałem, dlaczego narzucili termin jednej godziny, a oni powiedzieli, że lekarze zamierzają przygotować sekcję zwłok i sprawdzić, co spowodowało śmierć tego chłopca.
Zdjęcia do
Wiem, że na Zachodzie ludzie kochają zwierzęta – ja również je lubię. Jednak dla mnie, jako reżysera, scena, w której żywy kot jest zjadany przez setki wygłodniałych szczurów, ma znaczenie – od was zależy jej odkrycie.
Wyrywanie języka, kolorowa kupa i gwałt („Ludzka stonoga 2”, 2011, reż. Tom Six)
Wszystkie te okropności dzieją się w finale produkcji, kiedy Martin Lomax dopiął już swego, stworzył stonogę i ma zamiar zaspokoić za jej pomocą swoje żądze. Stonoga jest jednak niezbyt posłuszna. Metodą jej okiełznania jest więc wyrwanie języka krnąbrnej dziewczynie, która jest na początku. Wygląda to brutalnie. Kamera nie pomija niczego. Widza przed szokującym realizmem chroni jednak brak koloru, chociaż pojawia się on czasami. Kolor w tej produkcji jest czymś w rodzaju złowrogiego chichotu reżysera. Otóż niedługo po wyrwanym języku ostatnia z postaci tworzących stonogę nie wytrzymuje i wypuszcza z siebie na ścianę trochę rzadkiego kału.
I właśnie on jest pokazany w kolorze. Jest elementem podniecającym. Martin Lomax nie wytrzymuje i wykorzystuje ten moment. Podchodzi do ściany i smaruje swoje ciało rzadką kupą. To gra wstępna. Potem zaczyna gwałcić ostatnią ofiarę. Zapach gwałtu ma zapach krwi, kału i śmierci. Tak więc koprofilia i koprofagia łączą się z typową psychopatią, nekrofilią, erotofonofilią, urofilią, worarefilią, amaurofilią oraz saliromanią.
Erekcja Pinokia („964 Pinokio”, 1991, reż. Shozin Fukui)
Japońska klasyka podejścia do tematu przemocy z surrealistycznym zacięciem, a na dodatek oparta o znaną nam wszystkim bajkę. Może dzięki temu będziemy bardziej skłonni współczuć głównemu bohaterowi. Obrzydliwych scen w filmie jest sporo. Zacznijmy od niezbyt przyjemnych scen seksu, potem lizanie, przemiana bohatera. Finał zaś, gdy Pinokio dokonuje zemsty na swoich twórcach, jest kwintesencją ohydy. Zbliżenia ust pełnych śliny i krwi. Szalony wizerunek Pinokia, który również krwawi. Wsadzenie ręki w ciało wroga i wyciągnięcie mu wnętrzności. Samej erekcji zaś brak, a reżyser mógł jednak na koniec zaprezentować więcej kontrowersyjnej ohydy. Niemniej warto zobaczyć, na co stać japońskie gore, które nie wyczerpuje się tylko w ciągle wspominanym Tetsuo.
Piła tarczowa („Kanibale”, 2007, reż. Xavier Gens)
W tym towarzystwie scena w Kanibalach jest wręcz delikatna, co nie znaczy, że słaba. Dla wielu widzów może okazać się nie do przejścia. Koncept jest zaś pomysłowy i jak na europejskie warunki dobrze wykorzystuje naszą kontynentalną historię XX wieku. Naziści to kanibale, ale gdyby tylko chodziło o jedzenie mięsa, fabuła byłaby nazbyt płytka. Jedna z głównych bohaterek trafia do tajemniczego hostelu nie tyle w roli mięsa na wystawny obiad, ile inkubatora, który umożliwiłby prokreację i stworzenie nowego pokolenia doskonałych nazistów i kanibali w jednym. Scena z rozcinaniem ciała napastnika na pile tarczowej jest tak naprawdę jedną z dwóch wartych tu uwagi, jeśli chodzi o powodowanie obrzydzenia.
Na stole z obracającą się tarczą Yasmine zręcznie umieszcza na wpół żywego już napastnika, uderzonego przez nią siekierą. Tarcza piły wchodzi w okolicach obojczyka i tnie w dół. Krew tryska na kobietę, ale nie pozwala ona swojej ofierze uciec, aż do strasznej śmierci. Drugą sceną wartą uwagi jest finałowe starcie z kanibalką i oddaną nazistką o wdzięcznym imieniu Gilberte. Tym razem za narzędzie wybebeszania nie posłużyła piła tarczowa, a ofiara nie przypomina chleba na krajalnicy. Każdy z nas ma to coś, czym może wygryźć innemu człowiekowi kawałek szyi wraz ze ścięgnami i tętnicą. W sam raz rozrywka dla kanibali.
Finałowy gwałt, a potem śmierć („Srpski film”, 2010, reż. Srdjan Spasojević)
Co zobaczył bohater po ściągnięciu czerwonych zasłon na twarzach dwójki ofiar? Zobaczył śmierć, chociaż tego akurat główny bohater sobie nie uświadomił, tylko „rżnął” aż do utraty tchu, jak kiedyś w pornofilmach, kiedy był gwiazdą. Tyle że każde takie rżnięcie ma swoją cenę. Długo się zastanawiałem, czy spojlerować wam ten finał. Zdecydowałem, że akurat w tym przypadku lepiej nie, bo są jeszcze czytelnicy, którzy dopiero wchodzą w tematykę snuff, a Srpski film jest w tym podgatunku obowiązkowy. To swoisty rodzaj testu osobowości, testu reakcji na bodziec, z którego można wyciągnąć racjonalne wnioski – lub nieracjonalne, ale wtedy lepiej się trzymać z daleko od snuff i gore.
Plan zdjęciowy („Snuff”, 1976, reż. Michael Findlay, Horacio Fredriksson)
Jak na tamte lata jest odważnie i z mnóstwem wnętrzności. Zachowanie mordercy przypomina nieco parafilię znanego w historii kina mordercy Jeffreya Dahmera, który czerpał podniecenie seksualne z obcowania z wnętrznościami ofiar, które wpierw zabił. W produkcji Snuff morderca, grzebiąc w brzuchu ofiary, również wykazuje cechy podniecenia. Wiem, że trudno skupić się w czasie tej sceny na jego zachowaniu. Bardziej patrzy się na jeszcze żywą ofiarę, która ma z brzucha wydzierane jelita. Zaczyna się jednak od przygotowania, czyli poranienia ofiary, odcięcia jej ręki, a dopiero potem następuje wybebeszenie. Jak na lata 70. scena wciąż wygląda zaskakująco dobrze.
Zabijanie zwierząt („Cannibal Holocaust”, 1980, reż. Ruggero Deodato)
Ruggero Deodato chciał nami, widzami, wstrząsnąć. Chciał, żebyśmy nie byli pewni, czy oglądamy prawdę, czy może zwodzącą nasze zmysły fikcję. Krzyk rozcinanego żywcem koati działa jeszcze długo po zakończeniu sceny. Maluch długo się bronił przed ostrzem. Walczył, bo czuł i ból, i śmierć. To był pokaz niepotrzebnego okrucieństwa, dokładnie jak znęcanie się nad Indianami w wykonaniu szukających sensacyjnego materiału zaginionych reporterów. Sytuacja zwierząt w Cannibal Holocaust jest paralelna z losem mieszkańców dżungli.
Oto genialność zabiegu Deodato. Kolejna ofiara, żółw, nie mogła nic powiedzieć, chociaż jeszcze po odcięciu głowy jego łapy długo się poruszały. Świnia zginęła szybciej, lecz najpierw została skopana, bo trzeba było pokazać wyższość białej skóry. Rozcinanie czaszki małpki także robi wrażenie, chociaż akurat w tym przypadku kamera ukrywa się w zaroślach, a dodatkowo mocno trzęsie. Ten zabieg zwany found footage ma zwiększyć realistyczny dramatyzm w całym filmie poprzez symulację dokumentalnej formy produkcji. The Blair Witch Project to przy tym jak paradowanie po plaży nudystów w kitlu z długimi rękawami i w kalesonach, podczas gdy cała reszta nie ma na sobie zupełnie nic, a niektórzy w bardziej odludnych zakątkach plaży uprawiają przynajmniej petting.
Wycinanie ciała z pośladków i defekacja („Ludzka stonoga”, 2009, reż. Tom Six)
I w takich warunkach ludzie potrafią zachować godność, a przynajmniej spróbować. Chodzi o postawę Katsuro, który powstrzymuje się z oddaniem kału najdłużej, jak tylko potrafi, gdyż wie, że do jego odbytu zostały przyszyte usta Lindsay. Niestety, fizjologia jest nieubłagana, a kamera jest bardzo blisko wtedy, gdy się to dzieje. Lindsay się krztusi, ale nie może nawet zwymiotować. Musi wszystko połknąć, tym samym podporządkowując się chorej wizji doktora Heitera. Zanim jednak widz doświadczy tego zwieńczenia dzieła naukowca, musi dowiedzieć się, na jakiej zasadzie działa ludzka stonoga i zobaczyć jej tworzenie.
Reżyser przedstawiam nam to dokładnie. Usta zostają połączone nie z samymi pośladkami, ale szczelnie z odbytem, poprzez zszycie ich z wcześniej wyciętymi kawałkami ciała wypreparowanymi z pośladków tzw. karmiciela. Konstrukcja wydaje się przemyślana, ale wkrótce zaczyna się zakażenie i zmiany martwicze, co tak genialny naukowiec jak Heiter powinien był przewidzieć.
Wąchanie krocza („Ichi zabójca”, 2001, reż. Takashi Miike)
Nawet japońskie kino eksploatacji i gore ma granice, chociaż reżyser zapewne chciał iść dalej. Wyobraźcie więc sobie leżącą kobietę półprzytomną z bólu. Oprawca uciął jej uszy. Na jej ciele widoczne są krwawiące rany. Rajstopy ma porwane, ale majtki wciąż nietknięte. Jej oprawca rzuca gdzieś poza kadr skrwawioną małżowiną, a potem staje nad nią, rozszerza jej nogi i wącha krocze. Co chce poczuć? Zapach strachu w postaci niekontrolowanego oddania moczu i kału? A może podnieca go zapach krwi, potu i damskich narządów płciowych? Odpowiedź jest w filmie, który obejrzą jedynie wytrawni miłośnicy gore. Obrzydliwość tej sceny nie polega na doświadczeniu przez widza obrazu krwi, lecz na zestawieniu jej z seksualnością, z podnieceniem seksualnym.
Zbawienna stomia („Ludzka stonoga 3”, 2015, reż. Tom Six)
Zadziwiające, że właśnie w 3. części sagi o „zmuszaniu ludzi do jedzenia kupy” Tom Six przegrał sam ze sobą. O ile część 2. była naprawdę poruszająca i wręcz chora, to zamknięcie trylogii jest miejscami nawet nudne, prócz jednej sceny, którą chciałbym zamknąć to zestawienie. Marzenie naczelnika więzienia nie zawsze się spełniają, a on nie za bardzo chce zaakceptować ten stan rzeczy. Otóż, kiedy Bill dowiaduje się, że w sali chorych leży więzień, który nie kwalifikuje się do operacji połączenia odbytu z ustami, najpierw zakłada, że więzień udaje, bo jest „meksykańcem”.
Pacjent nie „kwalifikuje” się do wzięcia udziału w wizjonerskim projekcie naczelnika, bo ma stomię, a więc nie posiada odbytu. Bill jednak nie wierzy, mimo tłumaczeń lekarza. Odsłania więc brzuch chorego i wyrywa mu worek z kałem. W powietrzu rozchodzi się odór gazów wydostających się z otworu stomijnego. Naczelnik otwiera oczy ze zdumienia. „Meksykaniec” nie kłamał. Nie chce tego zaakceptować. Nie mieści mu się w głowie, że jakiś więzień mógłby być tak nieużyteczny. Każe więc lekarzowi zlikwidować skazańca. Lekarz odmawia. Bill wyciąga więc swój wielki pistolet i strzela pacjentowi prosto w ujście jelita w brzuchu.
Kał miesza się z krwią, czyli następuje to, o co chodziło reżyserowi – czujemy obrzydzenie, szok, lecz co ciekawe, za trzecim razem to już aż tak nie działa. Czy więc reżyser zobojętnił nas na swoją „legendarną” już w kinie stonogę?
