Publicystyka filmowa
Najbardziej IRYTUJĄCE postaci w FILMACH AKCJI
Większość z wybranych tu postaci jest irytująca już na poziomie scenariusza, więc to, że zostali zagrani przez tego, a nie innego aktora, ma marginalne znaczenie.
Większość z wybranych tu postaci jest irytująca już na poziomie scenariusza, więc to, że zostali zagrani przez tego, a nie innego aktora, ma marginalne znaczenie. Są jednak wyjątki (np. Jason Bourne). W takich przypadkach to aktor miał kluczowy udział w nadaniu odtwarzanemu bohaterowi cech irytujących. Znajdzie się również i trzecia możliwość – czyli na okropnie denerwującą postać złożyła się i gra aktorska, i konstrukcja bohatera wynikająca ze scenariusza. Wszystkie wybrane przykłady natomiast mają jedną wspólną cechę – powinny zostać usunięte (lub zastąpione innymi) z filmów.
Zaznaczam to dlatego, że da się znaleźć w kinematografii wiele irytujących postaci, u których zdolność wywoływania takich emocji u widza jest bardzo potrzebna. Są one po prostu znakomicie zagrane i napisane, a to, że są irytujące, jest już celowym zabiegiem twórców.
„Obcy – decydujące starcie” – Szeregowi Jenette Vasquez i Mark Drake (Jenette Goldstein, Mark Rolston)
Do samej akcji nic nie wnoszą, a ich przekonanie o własnej wielkości wypływa z ekranu ogromną falą testosteronu, zalewając widzów po czubek głów. Reprezentują tzw. militaryzm, radykalnie irracjonalne przekonanie, że siła fizyczna i wielkość broni decydują o sukcesie na polu bitwy. Ksenomorf szybko wskazuje im, że w starciu z nim nikt nie ma szans, prócz Ripley. Nawet jednak w jej przypadku ostatecznie śmierć jest jedynym ratunkiem i sposobem poradzenia sobie w tej nierównej walce. Wracając do Vasquez i Drake’a, rozumiem, że takie postaci czasem muszą pojawiać się na ekranie, ale mogłyby ginąć wcześniej. Ich jedyną siłą jest charakterystyczność, bo niewątpliwie spośród wszystkich marines wysłanych do walki z obcym oni zapisali się w pamięci najdłużej.
„Zabójcza broń” – Leo Getz (Joe Pesci)
Nie byłoby w tym nic denerwującego, a już z pewnością dyskwalifikującego, że Leo jest głośny, specyficznie wygadany czy nawet mały, z głosikiem przypominającym przydeptaną przez bociana żabę, która prosi o jeszcze jedną szansę. Problem jednak polega na takim napisaniu jego roli, że pojawia się w scenach nazbyt często, a liczba wypowiadanych przez niego słów na minutę męczy – nie tylko głównych bohaterów, ale również widza. Seria Zabójcza broń stworzyła bardzo charakterystyczny styl komedii sensacyjnej, bazujący na mieszance powagi i prawdziwego dramatu psychologicznego bohaterów z lekkością i żartem, który zaprezentował w serii głównie Mel Gibson. Slapstikowość Leo Getza burzy ten rytm. Jest zbyt podobna do zachowania klauna na arenie cyrkowej, nachalna, rozcinająca sceny relacji głównych bohaterów ze sobą jak tasak, do żywego mięsa, na dwie niemożliwe do ponownego złączenia części. Może gdyby Leo pojawiał się rzadziej, mniej mówił, to jego rozkrzyczana osobowość byłaby łatwiej strawna.
„Uncharted” – Nathan Drake (Tom Holland)
Jak to ująć, żeby Tom Holland się nie obraził. Nathan Drake jest taką postacią, którą zapamiętuje się od razu. Jego wizerunek zaprojektowany przez Naughty Dog bardzo różni się od tego, co zobaczyliśmy na ekranach w 2022 roku. W nowym Nathanie Drake’u irytujące jest wszystko, począwszy od fizjonomii, bardzo dziecięcej w porównaniu z oryginałem, a skończywszy na banalnych tekstach, które mógłby z powodzeniem wygłaszać nastolatek, i to taki mniej dojrzały, a nie łowca przygód.
Przypomnę tylko, że postać Drake’a była wzorowana na Johnnym Knoxvillu i Harrisonie Fordzie. Jak więc można się nie zirytować, kiedy widzi się Toma Hollanda? Oczywiście to tylko wygląd. Niestety to, co reprezentuje swoją osobowością Drake w produkcji Rubena Fleishera, godne jest kina dla dzieci, a nie dojrzałego gatunku przygodowego.
„Day Shift” – Audrey San Fernando (Karla Souza)
Pojawia się czasem na ekranie, szczerzy kły i syczy, a potem znika. I znów to samo. Jedna z najgorszych antagonistek, jakie widziałem, wliczając w to również mężczyzn. Postać źle napisana i zagrana bez polotu, pretensjonalna i męcząca, a z pewnością ani straszna, ani śmieszna. Przecież Day Shift miał był w założeniu horrorem komediowym. Audrey San Fernando zbytnio chyba jako postać zachłysnęła się swoją szlachetną wampirzą krwią. Gdyby tak usunąć ją z produkcji, nic by się nie stało. Jeśli kiedykolwiek wpadniecie na ten film, przyjrzyjcie się jej ochroniarzowi – Klausowi (Oliver Masucci) – czy to nie on zasługiwałby na angaż jako główny czarny charakter w filmie?
„Szklana pułapka 5” – Jack McClane (Jai Courtney)
Poziom męskości czy też tzw. testosteronu w filmach z tej serii zawsze był niebotycznie wysoki. Bruce Willis doskonale zadbał o to, żeby tak było. Wszyscy jego antagoniści jedynie go uzupełniali, no, może prócz pierwszego i najbardziej idealnego, czyli Hansa Grubera (Alan Rickman).
Harmonia była zachowana, nawet w przypadku części trzeciej, gdzie Willis musiał się nieco podzielić akcją z Samuelem L. Jacksonem. Niestety, nakręcono piątą odsłonę serii i pojawił się syn McClane’a. Wtedy cała równowaga runęła jak domek z kart, a widz został zmuszony do słuchania rodzinnych potyczek między niedowartościowanym dzieckiem a introwertycznym, ojcem samotnikiem, który gdzieś przegapił swoją wychowawczą rolę. Wyglądało to dość słabo, a sam Jai Courtney pokazał mistrzowsko, jak potrafi być drewniany zarówno pod względem mimiki, jak i wypowiadanych kwestii.
„Tożsamość Bourne’a” – Jason Bourne (Matt Damon)
Oglądając najnowszą odsłonę prozy Roberta Ludluma i znając książkę, poczułem się, jakby mnie ktoś oszukał albo tylko wydawało mi się, że nakręcił ekranizację tej jednej z lepszych sensacyjnych powieści XX wieku. Zaangażowanie Matta Damona, jakże przecież dobrego aktora, akurat tutaj okazało się porażką. Jason Bourne stracił całą swoją moc, dwulicowość moralną i dystyngowanie mimo zawodu, które można było przyrównać z zacięciem niemal Bondowskim.
Praca Richarda Chamberlaina została stracona. W wydaniu Matta Damona Jason Bourne stał się leszczem, który przez większość fabuły efekciarsko uciekał. Zdaję sobie sprawę, że ogromną winę za ten stan rzeczy ponoszą scenarzyści. Spłycili literacki pierwowzór, jak tylko się dało, żeby tylko zrobić z historii film akcji, a nie opowieść wymagającą chociaż trochę refleksji. Może gdyby Damon był starszy o około 15–20 lat, wypadły lepiej, a tak, mam nadzieję, dla każdego miłośnika literatury i kina szpiegowsko-sensacyjnego okazuje się postacią nieudaną i irytującą.
„Weekend” – Max (Paweł Małaszyński) i Gula (Michał Lewandowski)
Generalnie mógłbym powiedzieć, że wszystkie postaci w tym produkcie filmopodobnym są irytujące, jednak dwie wybijają się szczególnie. Gdyby polskie kino akcji tego typu było znane na całym świecie, Max i Gula mieliby szansę zostać najgorszymi postaciami w historii kinematografii. A tak dzierżą to zaszczytne miano w ramach polskiej sztuki wizualnej. Nic więcej nie napiszę, bo to oczywiste, dlaczego główne postaci Weekendu szorują po dnie i dla wszystkich inteligentnych ludzi są irytujące – chociaż to za słabe określenie, o wiele za słabe.
„Prey” – Predator (Dane DiLiegro)
Jedyne wytłumaczenie dla Predatora z XVIII wieku w Prey jest takie, że to jego pierwsza, inicjacyjna podróż na inną planetę po trofea. Jeśli natomiast jest to doświadczony łowca z kolosalną przewagą technologiczną nad ludźmi, to można go jedynie nazwać partaczem, i to jednym z największych w gatunku science fiction.
Aż żal patrzeć, jak w finale daje się nabrać na podstęp Naru z hełmem ustawionym tak, żeby namierzył jego głowę. Pomyślcie, gdybyście dysponowali technologią naprowadzanych strzał, w której to hełm byłby centrum systemu naprowadzającego, to nie wiedząc, gdzie on jest, w toku walki z niebezpiecznym przeciwnikiem mielibyście odwagę wypuszczać strzały, zdając sobie chyba sprawę, że polecą nie tam, gdzie patrzycie, ale tam, gdzie jest ustawiony celownik hełmu, który wam gdzieś przepadł? I ta głupota najbardziej denerwuje, chociaż znalazłoby się i kilka innych przyczynków do irytacji oraz wytknięcia Predatorowi kosmicznej amatorszczyzny w jego fachu.
„Piąty element” – Ruby Rhod (Chris Tucker)
Opinię tę zapewne podziela wielu widzów. Ruby z założenia miał być postacią przerysowaną, dosłownie kosmicznie. To, co jednak wyszło Chrisowi Tuckerowi, przerosło tolerancję nawet najbardziej wyrozumiałych widzów. I tu nie chodzi o tzw. androgeniczność Ruby’ego, chociaż z pewnością ogromna grupa widzów właśnie za to go nie lubi, za tzw. niemęskość, nieokreślenie płciowe albo mówiąc wprost, za upodobnienie cech męskich do cech kobiecych.
A lepiej i trafniej by było zdefiniować jego zdolność do irytowania za pomocą głosu i tego, co mówi. Ten bezpośredni komunikat dźwiękowy wysyłany do widza świadomie i podświadomie wpływa na odbiór jego wyglądu.
„Pamięć absolutna” – Lori Quaid (Kate Beckinsale)
Czasami w kinie niektóre rzeczy widać bardziej dopiero wtedy, gdy jakiś szaleniec zdecyduje się zrobić sequel. A trzeba było być naprawdę szalonym i irracjonalnie przekonanym o swojej wielkości, żeby ponownie nakręcić Pamięć absolutną. Paul Verhoeven wykonał to zadanie ikonicznie i nawet angaż Sharon Stone wypadł dobrze, chociaż do genialnych aktorek Stone nigdy nie należała.
Kiedy zaś pojawiła się na ekranie Kate Beckinsale jako Lori, tak piękna kobieta, że aż niewiarygodna w swojej idealności fizycznej, zrozumiałem, że Stone była genialna. I to jest właśnie ten przykład irytacji, za której pojawienie się nie ponosi winy konstrukcja postaci w scenariuszu, tylko aktorka ją odgrywająca. Kate Beckinsale irytuje posągowością, brakiem mimiki, szablonowością oraz sztywnością w ruchach. Jest niby piękna, lecz nie ma w niej żadnej sprzeczności, którą dało się zauważyć w jednocześnie słodkiej i morderczej Sharon Stone.
