Connect with us

Publicystyka filmowa

MR. ROBOT. Śmierć bohatera, kres demokracji i zwycięstwo korporacji

„Mr. Robot” można bez żadnego zawahania nazwać jednym z najważniejszych pod względem intelektualnym seriali, jakie wyemitowano do tej pory w XXI wieku.

Published

on

MR. ROBOT. Śmierć bohatera, kres demokracji i zwycięstwo korporacji

W serialu Mr. Robot doszło do idealnego mariażu formy z treścią. Dzieło Sama Esmaila można bez żadnego zawahania nazwać jednym z najważniejszych pod względem intelektualnym seriali, jakie wyemitowano do tej pory w XXI wieku.

Advertisement

Bogactwo treści zaprezentowanej przez twórcę i reżysera wielu odcinków wręcz domaga się skrupulatnego uporządkowania. Mijają kolejne miesiące od premiery ostatniego odcinka, a w polskojęzycznym internecie nadal brakuje tekstów lub nagrań, których autorzy podejmują próbę zrekonstruowania myśli przyświecającej produkcji stacji USA Network. Choć w Mr. Robot są poruszane niezwykle istotne tematy dotyczące geopolityki, wpływu techniki na ludzkie życie, kondycji ponowoczesnego społeczeństwa, wzrostu znaczenia Chin na arenie międzynarodowej, upadku zachodniej demokracji, ale także rozpadu instytucji rodziny oraz molestowania seksualnego dzieci, nad tytułem rozpostarto aurę milczenia.

Jeszcze pierwszy sezon przyciągnął krytyków, powstało wiele tekstów na temat serialu, ale wraz z pojawianiem się kolejnych sezonów zainteresowanie drastycznie spadało. Owszem, sytuacji nie pomogło znacznie opóźnione pojawianie się kolejnych odsłon przygód Elliota Aldersona względem rynku zza wielkiej wody, niemniej jednak to nie zmienia faktu, że dziełu Esmaila należy się uwaga, a przede wszystkim solidna analiza. 

Advertisement

I

Zacznijmy od rzeczy podstawowej: Sam Esmail na wielu poziomach stara się rozbijać przyzwyczajenia odbiorców, na nowo definiując, czym jest doświadczanie sztuki. Przyjęło się bowiem sądzić, że to, co konsument czyta/słucha/ogląda, dzieje się „naprawdę”, tzn. ma swoje odzwierciedlenie w świecie przedstawionym. Skoro oglądamy bohatera kroczącego przed siebie, oznacza to, że tak się właśnie dzieje. Skoro mężczyzna mówi do kobiety, że ją kocha, to oczywiście wcale nie musi jej kochać, może ją okłamywać, ale na pewno to oznacza, że coś do niej mówi.

Advertisement

Wiąże się to zresztą z niepisaną zasadą, swego rodzaju umową między twórcą a odbiorcami. W ramach owego paktu autor obiecuje, że przedstawia drugiej stronie pewną wizję wydarzeń w dobrej wierze. Chce „wciągnąć” odbiorcę do wykreowanego świata, więc musi być wiarygodny, w końcu chce omówić pewne istotne zagadnienie, poruszyć ważny ze swojego punktu widzenia aspekt ludzkiego doświadczenia. Nie lubimy przecież ludzi, którzy nas okłamują.

Mr. Robot

W sztuce dominują dwie formy narracji, które naturalnie mogą się ze sobą przeplatać: trzecioosobowa oraz pierwszoosobowa. W ramach pierwszej formy kamera lub osoba mówiąca stawia się ponad opisywanymi sprawami. Patrzy z zewnątrz, niczym świadek, zazwyczaj jedynie relacjonując, rzadko kiedy komentując prezentowane perypetie. Oczywiście, sposób patrzenia nigdy nie jest obiektywny w tym sensie, że zawiera w sobie światopogląd lub upodobania estetyczne twórców.

Advertisement

Przykładowo: scena balu może być przedstawiona poprzez trzecioosobową narrację w różny sposób. Kamera może skupiać się na uśmiechach tańczących ze sobą par, swobodnie płynąc razem z podrygującymi nogami, ale może także spoglądać na plotkujących gapiów ulokowanych wokół parkietu, tym samym podkreślając hipokryzję zgromadzonych członków socjety. Jedno wydarzenie można zrelacjonować na wiele sposobów, w obrębie których ujawnia się przede wszystkim intencja twórcy.

Można jednak skorzystać z pośrednika, bohatera-narratora, który w pierwszej osobie opisuje doświadczane przygody i stany emocjonalne. Wtedy to nie chłodny obserwator ani autor ukrywający się za omnipotentnym dystansem, lecz protagonista prowadzi odbiorcę poprzez meandry świata przedstawionego. Wiele osób zapomina wtedy, że to, co zostaje zaprezentowane, nie jest tym, co musi rzeczywiście się wydarzać, lecz jest przefiltrowane przez osobowość osoby mówiącej. Innymi słowy, dochodzi do interpretacji już na podstawowym poziomie, zanim jeszcze słowa i obrazy dotrą do konsumenta dzieła sztuki.

Advertisement

Na wykreowany świat nakłada się wtedy wyobraźnię i doświadczenie pierwszoosobowego narratora, przy czym nadal trzeba pamiętać, że zgodnie z wcześniej wspomnianą umową robi się to wszystko w dobrej wierze. Zakłada się, że autorka chce jeszcze głębiej wniknąć w psychikę postaci, która z jakichś względów jest dla niej ważniejsza aniżeli reszta bohaterów przewijających się na kartach powieści/kolejnych kadrach filmu. Przyjęcie subiektywnego punktu widzenia wcale nie niszczy więzi zaufania, owego paktu wiarygodności.

Elliot Alderson (Rami Malek), główny bohater Mr. Robot, bardzo szybko nawiązuje łączność z potencjalnymi odbiorcami. Już w pierwszej scenie burzy czwartą ścianę, wprost zwracając się do odbiorcy. Witaj, przyjacielu” jest jak podanie ręki na powitanie – od tego momentu będziemy razem z Elliotem przedzierać się przez meandry zgniłej rzeczywistości, kibicując mu w jego walce o odzyskanie kontroli nad własnym życiem. Bo choć kontrola to iluzja, to lepiej, by tą iluzją zarządzało się samodzielnie, a nie oddało władzę nad nią wszechmocnej korporacji, w przypadku serialu: E-Corp.  

Advertisement

Wstęp do całej historii, kilkanaście minut pierwszego odcinka, ustawia w zasadzie cały serial aż do jego zakończenia. Oto młody haker z wieloma fobiami społecznymi rozpoczyna wojnę z wrogami demokracji. Dostrzegłszy pułapkę, w jaką zostali zagonieni ludzie, stara się ich uwolnić od niewidzialnej, acz władczej ręki kapitalizmu, a także destrukcyjnego wpływu technologii, zwłaszcza Internetu, którego przestrzeń stanowi obietnicę nowego raju, choć tak naprawdę niczego nie rekompensuje.

Za dnia informatyk, w nocy zaś superbohater walczący ze złem. Koi zszargane nerwy narkotykami, niszczy go poczucie samotności, ale oddaje się światu. Chce wejść na Olimp i strącić stamtąd samozwańczych bogów. W jego prometejskiej batalii wspiera go siostra Darlene (Carly Chaikin), a także tytułowy Mr. Robot (Christian Slater) zarządzający tajemniczą organizacją fsociety.

Advertisement

Z biegiem czasu okazuje się, że Elliotowi nie można ufać. Mężczyzna nie pamięta wydarzeń z przeszłości, nie rozpoznaje swojej siostry, a przede wszystkim nie zauważa, że towarzyszący mu Mr. Robot to tak naprawdę niewidzialna część jego osobowości, która czasami przejmuje nad nim kontrolę. Na jaw wychodzi, iż widzowie obserwują Elliota w dwóch odsłonach – zalęknionego hakera schowanego za czarnym kapturem, jak również persony o wyglądzie zmarłego ojca Elliota ubranej w znoszoną kurtkę i czapkę z daszkiem, potrafiącą agresywnie reagować na toczące się wydarzenia. Choć to Elliot jest mózgiem operacji polegającej na zniszczeniu E-Corp, odwagi dodaje mu druga strona jego psychiki, napędzająca jego gniew i ukierunkowująca go w odpowiednią stronę. 

Zdarzają się nawet momenty, w których narrator świadomie wprowadza nas w błąd. Mimo że jesteśmy jego „przyjaciółmi”, przez znaczną część drugiego sezonu ukrywa, że specjalnie trafił do więzienia. Zmienia w wyobraźni scenografię – cela staje się pokojem w domu rodzinnym, więzienny strażnik przeobraża się w cichą i srogą matkę – bo nie chce nas przestraszyć. Dba o nas, ale w pokrętny sposób. Kłamie, lecz w dobrej wierze. Zależy mu na naszej obecności, ale nie uważa, że od razu powinniśmy doświadczać wspólnie z nim tych samych emocji. Elliot potrzebuje widowni dla swoich działań, bez niej jest jeszcze bardziej samotny. Bez niej nie istnieje.

Advertisement

II

Sam Esmail stosuje ciekawą taktykę narracyjną, polegającą na ciągłym odwracaniu uwagi widza od tego, co najważniejsze. Po seansie ostatniego odcinka nie ma wątpliwości, że najważniejszym wątkiem serialu jest oczywiście rozszczepiona psychika protagonisty, której cząstki prą ku sobie, dążąca do uzdrowienia poprzez ich syntezę. Poszczególne persony odpowiadają za inne elementy życia Elliota, lecz w ostatecznym rozrachunku chodzi przecież o uratowanie prawdziwego ja przed klęską.

Advertisement

Showrunner gra na dwóch fortepianach: stara się w możliwie jak najbardziej realistyczny sposób przedstawić stronę polityczną telewizyjnego widowiska, ale jednocześnie trudno pozbyć się wrażenia, że cała fabuła to tylko pretekst do skonstruowania przygody bohatera, począwszy od jego psychicznej defragmentacji aż do scalenia wskutek pogodzenia się z traumatycznymi wydarzeniami z dzieciństwa. 

Niezależnie od tego, czy skupimy się na realistycznej stronie serialu, czy potraktujemy Mr. Robota jako freudowską hypnerotomachię albo mityczną podróż bohatera w kierunku wewnętrznego uzdrowienia, Esmail za każdym razem próbuje oddalić widza od tego, co kluczowe. Najlepiej to zresztą widać na przykładzie piątego odcinka trzeciego sezonu, w którym w fenomenalny sposób, w formie pozornego jednego mastershota, zainscenizowano napad na siedzibę E-Corp.

Advertisement

Urzeka forma prowadzenia kamery, zapiera dech w piersi tempo akcji i brawura, z jaką ukazano atak na jedną z najważniejszych instytucji społecznego ładu. Napad jest tematem całego odcinka, lecz gdzie indziej odbywają się najważniejsze wydarzenia, tylko mimochodem ukazywane na ekranach monitorów zamontowanych w budynku. Otóż w siedzibie ONZ toczy się głosowanie nad przyznaniem prawa Chinom do aneksji Konga. 

Mr. Robot

Rzecz znamienita: mówimy o epokowym wydarzeniu. Oto państwowy moloch rości sobie prawo do wykupu innego państwa, jak gdyby terytorialna suwerenność podlegała na wolnym rynku tym samym prawom, co sprzedaż nieruchomości pod budowę domu. Tymczasem widzowie nie mogą bardziej zapoznać się z tą rewolucją, bo inna forma przewrotu, znacznie bardziej widowiskowa i odpowiadająca społecznym oczekiwaniom, jest właśnie relacjonowana przez narratora serialu.

Advertisement

Kogo interesuje jakieś Kongo, skoro właśnie upada cyberlewiatan? Po czasie nawet okazuje się, że niektórzy ze spontanicznie reagującego tłumu są najemnikami Dark Army, których jedynym celem jest sianie zamętu. Podczas gdy widownię znacznie bardziej interesuje „epicka” rozpierducha w siedzibie E-Corp, prawdziwa rewolucja zawsze odbywa się za zamkniętymi drzwiami gabinetów, gdzie możni tego świata dzielą się łupami.

Poprzez odwracanie uwagi showrunner stara się bardzo mocno zaakcentować siłę narracji we współczesnym świecie. Władzy nie posiada ten, kto ma prawdę po swojej stronie albo pieniądze (choć one na pewno się przydają); władzę posiada ten, kto może korzystać ze swojego głosu. Kto może snuć swą opowieść, ten przejmuje kontrolę nad ludem. 

Advertisement

III

Być może również jest tak, że odwracanie uwagi jest konsekwencją konsumenckich wyborów, jakie podejmujemy codziennie w ramach korzystania z dóbr kultury. Poważne potraktowanie pewnych zagadnień odeszło do lamusa, coraz trudniej odnaleźć twórców, którzy pomijaliby popkulturową powierzchowność i porzucaliby znaną wszystkim sieć odniesień na rzecz sięgania po spiżowe teksty. Esmail także bawi się tymi odniesieniami – kto z ręką na sercu przyzna, że w pełni rozumie nawiązanie do Zmartwychwstania Lwa Tołstoja? Kto zaśmiał się po monologu Leona porównującym Frasiera do Knight Ridera albo ze wspomnienia prozy Vonneguta? O Lolicie Nabokova nie wspominam, wszak zekranizował ją choćby Stanley Kubrick, uwieczniając na taśmie filmowej obraz wykorzystywanej młodej dziewczyny schowanej za charakterystycznymi ciemnymi okularami, podobnymi do oprawek noszonych przez Darlene.

W każdym razie pewne tytuły bezpowrotnie odeszły w niepamięć i stały się nierozpoznawalnymi reliktami przeszłości, toteż trzeba wciąż bazować na ogranych motywach i odniesieniach, bo tylko dzięki nim wywód autora jest czytelny dla widowni. Tak na marginesie, postać Leona, poruszająca się jak gdyby ponad fabułą serialu, stanowi niemalże odautorski komentarz „dziadersa” utyskującego na upadek czytelnictwa i brak wiedzy z dziedziny kultury u znajomych. Zjarany ziomek, archetypiczny kumpel z osiedlowej ławki, gawędzi o Seinfeldzie i Trzech dniach Kondora, tylko czasami angażując się w to, co się wokół niego dzieje.

Advertisement

Jego monologi podkreślają fikcyjność świata przedstawionego. Nawet ostatnia wygłoszona przez niego kwestia – „do zobaczenia w następnym odcinku” – wskazuje na to, jak gdyby mężczyzna miał świadomość, że funkcjonuje w obrębie świata symulacji wyobrażonego przez niewidzialnego stwórcę. On jest tylko narzędziem w rękach demiurga.

Wracając jednak do głównego wątku – rozwidlające się wątki, istne wielopłaszczyznowe skrzyżowania tematów, korespondują ze stanem ducha bohaterów. Zasady panujące w labiryncie świata są nieczytelne, bo trudno na czymkolwiek dłużej skupić uwagę. Powyższe zagadnienie zostało znakomicie opisane wcześniej przez Kennetha J. Gergena w pozycji Nasycone Ja.

Advertisement

Dylematy tożsamości w życiu współczesnym. Autor dokonuje wnikliwej analizy stanu ducha ponowoczesnej jednostki uwikłanej w tak wiele sprzecznych ze sobą relacji, od której wymaga się podejmowania tak sprzecznych ze sobą ról, że w pewnym momencie dochodzi do dezintegracji Ja, do podziału osobowości na przykład na Ja-ojca, Ja-pracownika, Ja-kochanka. Rozproszona uwaga, podsycana podnietami docierającymi ze świata zewnętrznego, utrudnia ponowne połączenie cząstek osobowości, co wpływa na jednostkę w sposób szkodliwy.

Na dłuższą metę nie da się z pełnym zaangażowaniem żonglować zakładanymi maskami, w pewnym momencie życie ulega powierzchowności, powstaje poczucie dryfowania po tafli zdarzeń zamiast głębokiego zanurzenia się w doświadczenie egzystencji. Ponadto dezintegracja Ja prowadzi do dwóch istotnych konsekwencji. Współczesny świat wymaga od człowieka, by w każdej roli był perfekcyjny, przez co niedoskonałość sztucznie wytworzonej persony rzutuje na samoocenę. Innymi słowy, często jest tak, że błędy popełniane w pracy determinują nienawiść wobec siebie, bo człowiek wtedy sądzi, że jest istotą wybrakowaną, pustą, wymagającą ciągłej poprawy.

Advertisement

Zamiast jednej pustki, dotykającej jądra osobowości, powstaje niezliczona liczba pustek dotykających rozszczepionych person, bo przecież nie da się być we wszystkim najlepszym. Z kolei takie doznania wzmacniają poczucie słabości jednostki, pogłębiają rany doznawane przez prawdziwe Ja. By te rany zakryć, powstaje narcystyczna potrzeba udowadniania sobie własnej wyjątkowości. Słabość przykrywa się na przykład nałogami albo fantazją, bo tak można najszybciej ukryć lęki. Jednocześnie, skoro człowiek ma być idealny na każdym możliwym polu, musi samodzielnie się rozstrajać i skupiać uwagę symultanicznie na kilku obowiązkach. Nie da się w dzisiejszym świecie wykonywać w jednym momencie tylko jednego zadania bez poczucia, że coś nam bezpowrotnie umyka.

Trzeba także pamiętać o podstawowym mechanizmie, na którym ufundowana jest ponowoczesna rzeczywistość. Wskutek ekspansji nośników cyfrowych ludzie są dosłownie zalewani falą informacji. Jako że media, zanim zaserwują pewną narrację, nie dokonują rozróżnienia faktów na mniej i bardziej istotne, powstaje w odbiorcy poczucie nienadążania za potokiem dziejów. Eksploatacja wyrazistych sformułowań dla opisania błahych wydarzeń, owe SZOKUJĄCE NAGŁÓWKI artykułów pisane wielkimi literami, a dotyczące słownych gaf nikomu nieznanych celebrytów, okraszone dodatkowo fotkami z serii TYLKO U NAS sprawiają, że w pewnym momencie brakuje słownictwa, za pomocą którego można byłoby nazywać doświadczaną rzeczywistość. Świat jest obecnie po prostu za duży, by go w pełni pojąć, a wyczerpał się język, by ów świat opisać.

Advertisement

I tak wracamy do Mr. Robot, gdzie Esmail miesza wszystko ze wszystkim – hakerską rewolucję z rodzinną dramą, a polityczną wojnę z osobistą walką o możliwość samostanowienia na niwie miłosnej. Na plan pierwszy wrzuca najbardziej ekscytujące wątki dotyczące społecznej niezgody na korporacyjny monopol, a w tle przemyca istotniejsze wątki dla samego protagonisty. To tak jak z zakładaniem maski przez członków fsociety – na wizji widać jedynie rolę i wielkie słowa, a za kulisami rozgrywa się krwawa gra między chińskim ministrem a upadającym amerykańskim hegemonem.  

Mr. Robot

Misterna fabuła jest skonstruowana na podstawowym założeniu, które jest znane coraz liczniejszej populacji świata zachodniego. Okazuje się, że w czasach tak skomplikowanych, a to ze względu na politykę, ekonomię albo po prostu technikę wywracającą naszą egzystencję do góry nogami, poszukiwane są jak najprostsze rozwiązania. Jednocześnie szybki rzut oka na facebookowe grupy pozwala przypuszczać, że ludzie nie wierzą w to, że politycy mogą po prostu, tak po ludzku, popełniać błędy.

Advertisement

Jeżeli ważna osoba swoją decyzją doprowadziła do krachu na giełdzie, to zapewne zrobiła to specjalnie, bo miała w tym jakiś ukryty interes. Jeżeli szczepionki nie są w pełni skuteczne, to nie dlatego, że zasadniczo w naszym życiu trudno o rzeczy pewne i nienaruszalne – to pewnie złośliwa farmaceutyczna korporacja uszkadza produkty, bo zdrowy pacjent oznacza utratę klienta. W Mr. Robot ten rodzaj myślenia porządkuje cały świat przedstawiony. Według Elliota ludzie byliby znacznie szczęśliwsi, gdyby nie zostali zniewoleni, a stało się tak w wyniku spisku najbogatszych, osławionego jednego procenta.

Walka rozpoczyna się od hakerskiego ataku na E-Corp, po czym okazuje się, że za wszystkim tak naprawdę stoi tajemnicza Whiterose i prowadzona przez nią grupa Deus

Advertisement

Paranoiczny charakter serialu objawia się w jego konstrukcji porównywalnej do matrioszki. Pod każdą warstwą kryje się kolejna warstwa, czasami znacząca coś przeciwnego wobec górnej powłoki. Najpierw bohater uważa, że anulowanie długu obywatelom doprowadzi do zmaterializowania sprawiedliwości społecznej, potem okazuje się, że to tylko przypieczętowało jeszcze bardziej dynamiczne przejęcie kontroli nad społeczeństwem przez ekonomicznego molocha, a na końcu Elliot zatrudnia się w znienawidzonej korporacji, by ją uratować. Białe staje się czarnym, a czarne białym.

We wspomnianym odcinku piątym trzeciego sezonu, w trakcie „wielkiego skoku” na E-Corp, dochodzi do spotkania Elliota z Angelą, przyjaciółką z dzieciństwa i wielką miłością. Mężczyzna chce zapobiec katastrofie, kobieta współpracuje z Dark Army, ponieważ chce się zrewanżować za utratę matki, która najprawdopodobniej umarła przez machlojki E-Corp. On jest ubrany na czarno, ona na biało; on chce wprowadzić ład, ona dąży do destabilizacji. Komu wierzyć, komu kibicować?

Advertisement

IV

Na początku był chaos, a chaos był w Elliocie, i Elliot był chaosem. Nie da się wprowadzić porządku, gdy nie patrzy się na całokształt sytuacji, tylko działa na podstawie fragmentarycznej wiedzy. Protagonista dopiero z biegiem czasu zaczyna rozumieć, że władza nigdy nie znajduje się na widoku publicznym. Jest raczej zawłaszczona przez ludzi zasiadających na tylnym siedzeniu dziejów. W przypadku Mr. Robot ukrytą władzę uosabia Whiterose, chińska minister mająca wpływ na najważniejsze amerykańskie instytucje.

Advertisement

Jest dosłownie wszędzie, kontroluje wszystkich, dlatego też działania Elliota nigdy nie mogą doprowadzić do pozytywnej zmiany. Haker, wiecznie dobra pragnąc, wiecznie zło czyni. Nie rozumie, że rewolucja nie polega na jednorazowym geście, w ramach którego odwraca się procesy zachodzące na przestrzeni dziesiątek lat. Śni, o czym zresztą mówi w monologu otwierającym serial, że walczy z niesprawiedliwością, a tak naprawdę dokłada cegiełkę do projektu nowego wspaniałego świata, gdzie pieniądz materialny zostaje zastąpiony przez e-coin, a każda transakcja jest dogłębnie prześwietlana przez władzę i korporację.

W dodatku w trakcie owej walki Elliot rani kolejnych ludzi na swojej drodze. Trudno zatem jednoznacznie stwierdzić, czy mamy do czynienia z pozytywnym bohaterem, któremu warto kibicować, skoro sieje li tylko zniszczenie.

Advertisement

V

Komu zatem kibicować, skoro protagonista nie jest godzien zaufania? Na pewno nie fikcji, odpowiada Sam Esmail, jednocześnie perfidnie przeprowadzając widzów przez cały katartyczny cykl. Zaczyna od zasiania w widzu wątpliwości w sensowność mechanizmów odpowiadających za funkcjonowanie świata przedstawionego, dodatkowo tak tworząc ów świat, że jest on bliźniaczo podobny do tego, który znamy w prawdziwej rzeczywistości. Następnie niszczy nić zaufania między odbiorcami a bohaterem-narratorem. Później wprowadza prawdziwą bombę, czyli wątek molestowania w dzieciństwie jako kamienia węgielnego osobowości Elliota, by na końcu odsłonić jokera – główna postać serialu nie istnieje, jest tylko kolejną z odsłon prawdziwego Ja niewidocznego protagonisty.

Advertisement

Następuje symboliczna śmierć bohatera, poprzedzona jeszcze zabójstwem/samobójstwem dokonanym przez Elliota „czarnego” na kolejnej wersji siebie, tym razem szczęśliwej, mającej zaraz wziąć ślub z Angelą.

Okazuje się, że widzowie nie kibicowali prawdziwemu bohaterowi, lecz tylko fantazji. Zresztą, zgodnie ze zdaniem wygłoszonym w trakcie ostatniego odcinka, widzowie to voyeurzy, bierni towarzysze podglądający perypetie Elliota. Mężczyzna nas potrzebował, bo z tego czerpał przyjemność i siłę. Potrzebował, bo nasza obecność potwierdzała jego status ontologiczny, ale my też go potrzebowaliśmy, ponieważ postać grana przez Ramiego Maleka nie realizowała tylko marzeń swojej oryginalnej wersji, zajmowała się też naszymi fantazjami.

Advertisement

Znamienne jest zakończenie trzeciego sezonu, gdy przypadkowi przechodnie stoją przed witryną sklepową i oglądają na ekranach telewizorów przygody Supermana. Wszyscy są zafascynowani sceną, bo heros właśnie podejmuje się próby cofnięcia czasu w celu uratowania ukochanej kobiety. Tego właśnie dotyczy fantazja odbiorców – skoro świat za oknem nas dobija, to chociaż przed ekranem telewizora powinniśmy zasmakować zwycięstwa nad niesprawiedliwym systemem. 

Mr. Robot

Esmail wspaniale bawi się scenografią. Tutaj – plakat zapowiadający dzieło, w którym „zło nigdy nie zwycięża”. Z kolei w pierwszym odcinku pierwszego sezonu pojawia się zajawka serialu Villains z odwrotnym hasłem.

Z tego powodu Mr. Robot można nazwać serialem superbohaterskim.

Mamy „nadludzkie” umiejętności, świadomość bycia wyjątkowym, mesjanistyczną ideę poświęcenia siebie w imię dobra ludzkości, pojawia się także czarny charakter pragnący przejąć kontrolę nad całym światem. Cudowny paradoks polega na tym, że Esmail prowadzi fabułę w sposób odwrotny do przewidywalnego, przez co widzowie tak naprawdę powinni kibicować Whiterose, a nie Elliotowi. Podczas gdy protagonista, fikcyjna postać, symbolicznie zabija siebie, a przedtem niszczy zastany porządek, Whiterose pragnie wymazać istnienie cierpienia w ludzkim życiu. Chce wyzerować płynący czas, cofnąć nasz gatunek do czasów sprzed skosztowania rajskiego jabłka, do krainy niewinności.

Advertisement

Zresztą sama postać jest właśnie tak kreowana – ofiara miłości, z prawdziwym obliczem przystrojonym białą suknią; we flashbacku z młodości pojawiają się jeszcze białe róże zroszone krwią utraconego kochanka. Konstruowana w tajemnicy maszyna, ukryta pod elektrownią atomową, ma pomóc w przeniesieniu się do alternatywnej rzeczywistości, gdzie sprawy będą się toczyć zgodnie z marzeniami, a nie bezdusznymi wyrokami losu. 

Odniesień do Biblii, zwłaszcza do motywu zmartwychwstania, można odnaleźć w Mr. Robot bez liku. Dość tylko wspomnień, ile razy Elliot miał już umrzeć, raz nawet z ręki samego Esmaila w pierwszym odcinku czwartego sezonu, po czym w cudownych okolicznościach zawsze był ratowany. Akcja ostatniej odsłony serialu toczy się w trakcie Bożego Narodzenia, jednocześnie pojawiają się elementy związane ze śmiercią Jezusa (choćby krzyż), ale przyznam szczerze, że mnie bardziej fascynuje oddanie, z jakim Whiterose angażuje się w swoje przedsięwzięcie.

Advertisement

Być może moja sympatia bierze się z poczucia niezwykłego podobieństwa między nią a Kiryłowem, jednym z najbardziej szalonych bohaterów w twórczości Fiodora Dostojewskiego. Kiryłow z Biesów to samotnik, który poczuł, że wolność można osiągnąć tylko w drodze samobójstwa, poprzez oddanie Bogu zgniłego biletu uprawniającego do egzystowania na tym zamordystycznym świecie. Rosjanin ateista wierzy, że po „drugiej stronie” znajduje się wieczna harmonia, przestrzeń gotowa do zagospodarowania przez uwolnioną z fizycznych okowów duszę.

Tak samo przecież kończy Whiterose – wierzy, że zatrzymanie bicia serca jest tylko wyrazem wyzbycia się cierpienia na rzecz alternatywnego świata, gdzie wreszcie będzie sobą bez żadnych negatywnych konsekwencji. Za wolność płaci najwyższą cenę, podczas gdy Elliot prawie do samego końca kurczowo trzyma się życia. Dopiero gdy odpuszcza, tak jak Whiterose, nadchodzi dla niego zbawienie.

Advertisement

Mr. Robot

VI

Oczywiście zbawienie jest fikcyjne, tak jak cały serial jest tylko fikcją. Serial kończy się szczęśliwymi rozwiązaniami wielu wątków, bo tak działają produkcje superbohaterskie ku pokrzepieniu serc, tak działa popkultura. Eskapizm najlepiej można dostrzec w dziesiątym odcinku czwartego sezonu, gdy Darlene próbuje uciec ze Stanów razem z Dom. W tle leci piosenka Run Away with Me, a widz trzyma kciuki, by kobietom udał się wyjazd.

Advertisement

To samo zresztą tyczy się kolejnego poziomu świadomości Elliota, gdzie wreszcie jest szczęśliwy. Bądźmy szczerzy, każdy, kto choć trochę zaangażował się emocjonalnie w trakcie oglądania Mr. Robot, dziecięco radował się z tego, że w końcu bohaterowi się wiedzie i dochodzi do realizacji jego marzenia, czyli stworzenia poważnego związku z Angelą. Jak się jednak okazuje, sztuka jest trucizną. 

Jestem zaskoczony tak pozytywnym i życiowym przesłaniem serialu Sama Esmaila. Na samym końcu okazuje się bowiem, że ukojenie przynosi tylko relacja z drugim człowiekiem, wyzbycie się iluzorycznej kontroli na rzecz szczerego kontaktu. Tylko w miłości innej osoby tkwi zbawienie. Nie fantazja i sztucznie pompowana katartyczna moc, nie dziecięca wiara w istnienie szybkich rozwiązań niezwykle skomplikowanych problemów, lecz miłość i szczerość mogą oderwać od suchego teoretyzowania na temat beznadziejności świata. 

Advertisement

VII

Na zakończenie pozwolę sobie na chwilę szczerości. Zdaję sobie sprawę z chaotyczności wyżej zaprezentowanego wywodu. Mr. Robot ma na tyle zawiłą konstrukcję, a Sam Esmail porusza tak wiele wątków, że w pełni merytoryczny i szczegółowy opis jego serialu stanowi materiał na napisanie wielostronicowej książki. Nie są to patetyczne stwierdzenia, lecz pewność, że w przypadku tej produkcji mamy do czynienia z czymś na wskroś wyjątkowym, dalece wybiegającym poza zwyczajną telewizyjną ramówkę. Mamy do czynienia z serialem rozpiętym między potrzebą opowiedzenia o jednostce a próbą wnikliwej analizy kierunku, w jakim zmierzają współczesne społeczeństwa.

Advertisement

Mimo to pozostawiam ów wywód w takim stanie, bo jest on wyrazem szczerego podziwu dla włożonej pracy, a przede wszystkim dla odwagi i inteligencji twórcy, gdy idzie o sposób prezentowania niektórych zagadnień. Mój esej można porównać do laurki narysowanej przez dziecko z okazji Dnia Matki. Wiadomo, że zielonym listkom i czerwonym płatkom kwiatu brakuje odrobiny polotu, że można byłoby to znacznie lepiej przedstawić, ale cóż z tego – liczy się serce włożone w stworzenie wręczanego prezentu.

Advertisement

Serialoholik poszukujący prawdy w kulturze. Ceni odwagę, bezkompromisowość, ale także otwartość na poglądy innych ludzi. Gdyby nie filmy Michelangelo Antonioniego, nie byłoby go tutaj.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *