search
REKLAMA
Seriale TV

DIRTY JOHN. Recenzja drugiego sezonu serialu Netflixa

Jakub Piwoński

6 października 2020

REKLAMA

To dziwne uczucie, gdy po obejrzeniu serialu z ciekawości sprawdza się jego oceny w internecie, a one okazują się w żaden sposób nie pokrywać się z wrażeniami z seansu. Drugi sezon Dirty Johna jest według mnie do bólu przeciętny, a tu zewsząd ochy i achy. 98 procent pozytywnych recenzji na Rotten Tomatoes, wysokie, bo oscylujące między 7 a 8 noty zbiera także na IMDb. Nie zgadzam się.

Zacznijmy od tego, że już pomysł na podpięcie sprawy Betty Broderick do drugiego sezonu Dirty Johna jest według mnie naciągany i stanowi próbę ratowania produkcji historią, która wyrobiła już sobie społeczny posłuch. Może też działać to na odwrót – sprawa raz jeszcze została wywleczona pod pretekstem tworzenia wątpliwej kontynuacji wątpliwej jakości serialu. Jakiekolwiek były właściwe intencje, wieje z nich fałszem.

Nie chcę psuć seansu tym, którzy nie wiedzą, jaka była historia małżeństwa Dana i Betty Broderick. Zdradzę jedynie, że problemem u nich okazała się, a jakże, zazdrość. Jedna strona zdradziła, druga poczuła się oszukana, konflikt narastał, rozwód się ciągnął, pojawiły się oskarżenia o niepoczytalność, a to wszystko na oczach czwórki dzieci. Oczywiście doprowadziło to do tragedii. Szczerze mówiąc, te raptem osiem odcinków było trudnych do przebrnięcia głównie dlatego, że opowiadały historię starą jak świat, a przez to nudną i wyjątkowo mało absorbującą. Nic tu nie wciąga, jak widzą to recenzenci, raczej skutecznie zniechęca.

Na ratunek mieli iść jednak aktorzy. Amanda Peet według mnie egzaminu jednak nie zdała, choć to na niej siłą rzeczy spoczywał ciężar narracyjny tego serialu. Gra bowiem zdradzoną, oszukaną żonę, która nie potrafi pogodzić się z faktem, że jej mąż zdołał na jej oczach ułożyć sobie życie u boku innej, młodszej kobiety. Rezerwując w dodatku dla siebie całą czwórkę dzieci. Jej złość zdaje się zrozumiała, aczkolwiek sposób, w jaki aktorka ją z siebie wydobywa, jest według mnie karykaturalny i dalece nadekspresyjny. Nie mam bladego pojęcia, czy prawdziwa Betty zachowywała się w podobny sposób, wiem jednak, że gdyby tak było, to zdołałaby zrazić do siebie wiele osób już na wstępie, bez względu na to, czy miałaby rację, czy nie. Peet walczy o nasza uwagę pazurami, dwoi się i troi, by nakreślony przez nią portret kobiety upadłej był przejmujący, przez co nieumyślnie popada w skrajną sztuczność. Ta szarża nie wyszła.

O wiele naturalniej wypadł Christian Slater wcielający się w Dana, czyli tytułowego Dirty Johna – uosobienie męskiej, opresyjnej siły wymierzonej przeciwko kobiecie. Aktor wyciągnięty z odmętów kina klasy B, otrzepany z gnoju, ubrany w szykowny garnitur, wraz ze swym szyderczym uśmieszkiem nadal posiada w sobie ten młodzieńczy błysk, który pamiętamy z czasów jego świetności. W roli Dana charakteryzuje go szyk, inteligencja, opanowanie i zabójcza bezwzględność w działaniu, czym ekstremalnie kontrastuje ze swoją żoną. Czy mu kibicowałem? Trudno powiedzieć, bo niewątpliwie przez większość seansu zdawałem sobie sprawę z tego, jak wielkim skurczybykiem okazał się dla swej wybranki, nie potrafiąc przed sądem przyznać faktu, że podczas gdy ona opiekowała się jego dziećmi, on, przy jej wsparciu (materialnym i emocjonalnym), mógł spokojnie wyedukować się i dobrnąć do stanowiska, które zapewniło mu wielkość.

Za każdym razem jednak, gdy patrzyłem na to, w jaki sposób Betty w interpretacji Amandy usilnie stara się zachować męża przy sobie, usilnie stara się mu wyperswadować, że jego sekretarka jest dziwką, zachowując się przy tym poniżej godności szanującej siebie i swoją wartość kobiety, wówczas bliższe stawało mi się uczucie rozczarowania Dana niż ból Betty. Rozwinięcie tego wątku wydaje się klasycznym dowodem na to, że za rozstaniem nigdy nie stoi tylko jedna strona związku. Facet narobił brudu, nie miał honoru przyznać rzeczy, które przyznać powinien, zdecydowanie zbyt długo robił ze swej żony idiotkę. Natomiast ona posługiwała się wypaczonym pojęciem miłości – zapatrzona w męża jak w obrazek, myślała, że trwale skupi jego uwagę na sobie, nieustannie go głaszcząc i przytakując. Tak właśnie traci się atrakcyjność.

.Powyższe wnioski są jednak dla mnie tak dalece trywialne, że tworzenie dla nich przestrzeni serialowej wydaje mi się nieadekwatne do ich potencjału. To jest historyjka nieszczęśliwa, ckliwa i wyświechtana, dobra na artykuł w piśmie dla pań. Po finale moje zażenowanie pogłębiło się jednak przez to, że twórcy mieli czelność w ogóle sugerować, iż zbrodnię, do której doszło, da się w jakikolwiek sposób zrelatywizować. Niby zostawili furtkę dla samodzielnego podjęcia decyzji, ale według mnie wydźwięk serialu to nic innego jak komentarz w rodzaju „zobaczcie, do czego zdolna jest kobieta doprowadzona do ostateczności”. OK, spieszę schować się do piwnicy.

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Kulturoznawca, pasjonat kultury popularnej, w szczególności filmów, seriali, gier komputerowych i komiksów. Lubi odlatywać w nieznane, fantastyczne rejony, za sprawą fascynacji science fiction. Zawodowo jednak częściej spogląda w przeszłość, dzięki pracy jako specjalista od promocji w muzeum, badający tajemnice początków kinematografii. Jego ulubiony film to "Matrix", bo łączy dwie dziedziny bliskie jego sercu – religię i sztuki walki.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA