Publicystyka filmowa
MIKE JUDGE. Człowiek, który wymyślił Beavisa i Butt-Heada
MIKE JUDGE to twórca, który zrewolucjonizował animację lat 90., wprowadzając humor pełen ironii i absurdów w świat Beavisa i Butt-Heada.
Groening? Wiadomo – Simpsonowie. Parker i Stone? Miasteczko South Park! Nawet MacFarlane od razu przywodzi na myśl serial Głowa rodziny (Family Guy – nie znam nikogo, kto bez podpowiedzi reagowałby na polski tytuł). Natomiast pierwsze skojarzenie na dźwięk słowa Judge to… Dredd. Cóż, nie każdy bohater nosi pelerynę, podobnie jak nie każde nazwisko mówi przeciętnemu widzowi tyle, ile powinno. I choć Mike Judge przez ostatnie dwadzieścia pięć lat zaserwował nam więcej rozpoznawalnych produkcji niż wspomniana czwórka razem wzięta, wciąż dla wielu jest postacią anonimową.
Lata 90. to okres dużych zmian społecznych. Cyklicznie pojawiające się w poprzednich dekadach subkultury zaczynały się kurczyć, znikać z ulicy, a młodzi ludzie jak gąbki chłonęli treści nadawane przez telewizję. Niespotykane nigdy wcześniej (ani później) rozluźnienie spowodowało, iż niektóre stacje postawiły na humor tak niewybredny, że część odbiorców miała problem z wyznaczeniem granicy między bzdurnym chłamem a ukrytym pod płaszczykiem ordynarności inteligentnym przekazem. To czasy, gdy telewizja była miejscem buntu. Jego synonimem stało się wówczas MTV. Nadawane przez tę stację programy obfitowały w cięte żarty i cechowały się większą niż kiedykolwiek wolnością twórczą – rewolucja dokonywała się na naszych oczach, a nic nie obrazowało jej tak bardzo, jak pozornie kretyńskie kreskówki, których adresatami wcale nie były dzieci.
Bum na amerykańskie seriale animowane dla dorosłych wybuchł w 1987 roku (tuż po premierze Simpsonów) i nieprzerwanie (choć w znacznie okrojonej wersji) trwa po dziś dzień. Rynek stale się rozrastał i w połowie lat 90. zdominowany został przez MTV oraz Comedy Central (obecnie obie stacje należą do koncernu Viacom, jednak wtedy były odrębnymi bytami). Wielu emitowanych wówczas tytułów nikt już nie pamięta, ale wspomniana we wstępie piątka to właśnie osoby, które są największymi beneficjentami owej rewolucji – zbudowali na niej swoje kariery, jednak zupełnie inną drogę niż pozostali przebył wówczas Mike Judge. To zresztą odbiło się na jego twórczości, która odróżnia się od reszty wymienionych animatorów i choć stażem ustępuje on tylko Mattowi Groeningowi, często jego rola jest umniejszana.
Ekwador, fizyka i myśliwce F-18
Mike Judge nie przyjechał do Kalifornii, by zostać sławnym pisarzem (Matt Groening), nie studiował też na filmówce (Trey Parker i Matt Stone), czy wreszcie nie zdobywał pierwszych szlifów, pracując dla topowej wytwórni kreskówek (Seth MacFarlane). Urodził się 17 października 1962 roku w Santiago de Guayaquil – największym mieście Ekwadoru, gdzie pracował jego ojciec Jim.
Rodzina Judge’ów na stałe wróciła do Stanów Zjednoczonych dopiero siedem lat później, osiedlili się w Albuquerque. Tam Mike ukończył liceum, a następnie wyjechał na studia do San Diego – na Uniwersytecie Kalifornijskim zdobył licencjat z fizyki i w roku 1986 rozpoczął pracę w Support Systems Associates, Inc., gdzie został programistą, a jego głównym zadaniem była opieka nad systemami pokładowymi myśliwców McDonnell Douglas F/A-18 Hornet. Po roku przeniósł się jednak do Doliny Krzemowej – programistyczne doświadczenia próbował wykorzystać w spółce Parallax Graphics, zajmującej się produkcją kart graficznych. Wytrzymał zaledwie trzy miesiące.
Judge nie potrafił wpasować się w grupę – koledzy i kultura pracy w firmie mu nie odpowiadały. Wówczas zdecydował się więc na krok dość drastyczny i dobrze płatną pracę zamienił na rolę basisty w zespole bluesowym. Dopiero dwa lata później, w 1989, odkrył swoje powołanie – zafascynowała go animacja. Kupił pierwszą kamerę i zaczął eksperymentować.
Krótki metraż drogą do sukcesu
Jeśli przypomnicie sobie tekst o Miasteczku South Park, utwierdzicie się w przekonaniu, że na początku lat 90. wcale nie trzeba było posiadać wybitnej techniki, by za sprawą krótkometrażówek zdobyć zainteresowanie producentów. Mike Judge swoje pierwsze filmiki zademonstrował światu w roku 1991, z miejsca przykuwając uwagę Comedy Central.
Milton (znany także jako Office Space) oraz The Honky Problem skrywały w swej prostocie to, czego wówczas było potrzeba Amerykanom: nieco prostacki, acz chwytliwy humor i pewne uniwersalne wartości, które każdy widz łatwo mógł zaobserwować na własnym „podwórku”. Kolejne dwa krótkie metraże: Frog Baseball i Peace, Love & Understanding (oba z 1992) przygotowane na potrzeby emitowanego na antenie MTV pasma Liquid Television wprowadziły natomiast postaci, który zna chyba każdy: Beavisa i Butt-Heada.
Widzowie pokochali dwójkę nierozgarniętych nastolatków z Teksasu, pomysł chwycił na tyle dobrze, że już w marcu 1993 wystartował serial Beavis i Butt-Head. Nie miał on tak szerokiego grona odbiorców, jak królujący wówczas na FOX-ie Simpsonowie, ale MTV korzystało z tytułu w sposób dość nieoczywisty. Wiecznie wgapieni w telewizor kumple przybliżali widzom nowe teledyski i muzykę. Koncepcja serialu narodziła się w głowie Judge’a podobno jeszcze za jego licealnych czasów, a zarówno dwaj główni bohaterowie, jak i reszta występujących w serialu postaci wzorowani byli na ludziach, których autor pomysłu na co dzień widywał w rodzinnym Albuquerque. Była to doskonała satyra zwłaszcza na typowych południowców, która na stałe zapisała się w historii telewizji.
Przed dość szybkim zejściem ze sceny dwójka niesfornych licealistów, którzy nieraz przez własną głupotę wpadali w problemy, doczekała się także filmu pełnometrażowego Beavis i Butt-Head zaliczają Amerykę (1996) oraz dwóch gier komputerowych: Beavis and Butt-Head in Virtual Stupidity (1995) i Beavis and Butt-Head Do U. (1998). Serial zdjęto z anteny po siedmiu sezonach, w listopadzie 1997, a jego miejsce zajęła Daria (1997–2002) będąca spin-offem tworzonym przez zupełnie inną ekipę, bazując jedynie na partnerującej Beavisowi i Butt-Headowi postaci. Pod koniec roku 2011 próbowano reaktywować tytuł, jednak skasowano go po dwunastu średnio przyjętych odcinkach (choć autor nie wyklucza, że kiedyś jeszcze powróci).
Życie po śmierci pierworodnego
Mike Judge zupełnie nie przejął się końcem historii o dwóch pustogłowych nastolatkach – jeszcze przed pierwotnym zakończeniem emisji Beavis i Butt-Head, miał już na koncie kolejną perełkę. Choć nadawany w latach 1997–2010 serial Bobby kontra wapniaki, który Judge współtworzył z Gregiem Danielsem (były scenarzysta Simpsonów) nie jest produkcją aż tak kultową, z technicznego punktu widzenia pozostaje tytułem ważniejszym.
To on zapewnił Judge’owi jedyną jak dotąd nagrodę Emmy, jest też najdłużej nadawaną serią jego autorstwa. W roku 2000 serial doczekał się także spin-offu Monsignor Martinez (film telewizyjny).
Przełom ubiegłego wieku to też znaczący zwrot w karierze animatora. W lutym 1999 przypomniał o osobie stary, dobry Milton. Krótkometrażówka opowiadająca o życiu biurowym, od której zaczęła się kariera Mike’a Judge’a, trzykrotnie gościła w latach 1993–1994 w Saturday Night Live (jako jeden z gagów), jednak potencjał był o wiele większy. Na produkcję filmu pełnometrażowego zebrano dziesięć milionów dolarów i stworzono jeden z kamieni milowych amerykańskich komedii – Życie biurowe (1999). Film na stałe zapisał się w popkulturze i zachęcił twórcę do kolejnych prób.
Każda z nich była słabsza od poprzedniej, jednak nie sposób odmówić im oryginalności, na jaką jedynie Mike Judge mógł sobie pozwolić. Mowa oczywiście o Idiokracji (2006) oraz Ekstrakcie (2009) – każdy z tych tytułów zawierał w sobie charakterystyczną ordynarność. Nie raził językiem czy abstrakcyjnymi wizjami – wręcz przeciwnie, stanowił szczere ujęcie największych przywar amerykańskiego społeczeństwa. Nawet Idiokracja, która przecież stanowiła typowe political fiction, garściami czerpała z rzeczywistości.
Mike Judge nie jest jednak maszyną – najdobitniej pokazują to okolice roku 2010. Ewidentny dołek, zupełny spadek formy i kilka dość znaczących klap. Ekstrakt (2009) był przeciętny, Bobby kontra wapniaki opuszczał ramówkę FOX, by ustąpić miejsca nowej produkcji Setha MacFarlane’a, a emitowany na ABC nowy serial The Goode Family (ruch wyprzedzający, podobnie jak w 1997, kiedy to wiedząc o zbliżającym się końcu Beavisa i Butt-Heada, Judge rozpoczął pracę nad Bobby kontra wapniaki) zakończył swój żywot po trzynastu odcinkach. Wisienką na tym niesmacznym torcie był wspomniany już powrót przygłupich nastolatków z Teksasu, którzy również wylecieli z ramówki bardzo szybko. Mike Judge ewidentnie potrzebował przerwy.
Powrót w wielkim stylu
Musiało minąć trochę czasu, jednak przerwa doskonale podziałała na wyraźnie zmęczonego nawałem pracy scenarzystę. W roku 2014 Mike Judge w wielkim stylu powrócił do telewizji, tym razem stawiając na serial aktorski, który z miejsca pokochały rzesze abonentów HBO. Dolina Krzemowa, którą współtworzy z szeregiem niezłych scenarzystów, to jeden z największych hitów ostatnich lat i choć po czterech sezonach także można zauważyć pewne oznaki zmęczenia materiału, serial jest jak dotąd najlepiej ocenianą produkcją Judge’a. W lutym 2018 powinniśmy się spodziewać kolejnej serii – moim zdaniem finałowej, choć kto wie, co przyniesie los…
Ostatnim punktem w portfolio 55-letniego scenarzysty jest serial Mike Judge Presents: Tales from the Tour Bus, którego emisję na antenie Cinemax rozpoczęto pod koniec września. To powrót do animacji po sześciu latach przerwy i jak na razie wygląda on bardzo solidnie. Co prawda zaserwowano nam póki co tylko kilka odcinków, ale serial wygląda tak, jak gdyby powstawał za czasów świetności Judge’a. Ponownie zmienili się bohaterowie, jednak wciąż mają oni ten sam cel: diagnozować bolączki Amerykanów w sposób, jaki nie robi tego nikt inny.
Mike Judge nie ucieka się do prostych analogii, obśmiewających rodzime patologie i głupawe zachowania, jakich nie brak w amerykańskim społeczeństwie. Od tego są inni. On natomiast czujnie diagnozuje obserwowany świat i pod pozornie prostą otoczką, jakby oderwaną od rzeczywistości (także politycznej!), doskonale punktuje wszelkie przywary swoich rodaków, wbijając szpilę tam, gdzie nikt inny tego nie robi. Jest bezkompromisowy, co z kolei sprawia, że jego humor trafia do znacznie węższego grona, niż ma to miejsce w przypadku Simpsonów, Miasteczka South Park czy Głowy rodziny. Jego wizje i innowacyjne podejście nie każdemu przypadają do gustu, jednak czemu tu się dziwić, skoro facet non stop dokumentuje wszechobecną ignorancję, punktując ją w niebanalny sposób? Mimo że w ostatnich latach rysunkowy boom zdaje się odżywać, o czym niech świadczą sukcesy takich tytułów jak BoJack Horseman czy Rick and Morty, nikt jak na razie nawet nie zbliżył się do działki, jaką Mike Judge ćwierć wieku temu zagospodarował dla własnej twórczości.
Nadmiar udanych tytułów sprawia jednak, że jego rozpoznawalność nie jest aż tak oczywista, jak ma to miejsce w przypadku innych twórców, którzy przez większość kariery skupiali się na jednym czy dwóch projektach.
korekta: Kornelia Farynowska
