Publicystyka filmowa
DOLINA KRZEMOWA. Do pięciu razy sztuka?
W serii DOLINA KRZEMOWA Mike Judge śmieje się z absurdów Silicon Valley, ukazując geniuszy i ich szalone dążenie do sukcesu.
Kiedy Mike Judge zabiera się za satyrę, pewne jest tylko to, że jeńców nie weźmie. Twórca kultowego serialu Beavis i Butt-head nieraz już udowadniał, że na równie przerysowane, co boleśnie prawdziwe przytyki wobec współczesnego świata jedynym sprawdzonym lekarstwem jest śmiech przez łzy, i tak właśnie zabrał się za swój kolejny, wielki projekt demaskatorski. Po świetnym Życiu biurowym i nieco mniej udanej, acz równie treściwej Idiokracji przyszła pora na wbicie szpili współczesnemu El Dorado, które ukazał w serialu Dolina Krzemowa, stworzonym dla HBO. Za nami cztery sezony, przed nami zaś wiele pytań o przyszłość produkcji.
Dobrodziejstwa XXI wieku płyną do nas szerokim pasmem, a ludzie odpowiedzialni za ich powstanie to niejednokrotnie genialne młokosy, których kiedyś nikt nie chciał słuchać, przez co tylko zwielokrotnili starania, by ostatecznie udowodnić swoją wartość. Tak zrodziło się wielu technologicznych potentatów, powoli pracujących na łatkę nowej władzy, przyćmiewając tym samym parających się nią dotąd polityków. A skoro tych ostatnich obśmiewano już wielokrotnie, aż dziw bierze, że na satyryczne ujęcie branży technologicznej zdecydowano się tak późno. Tylko czy aby na pewno należy się z tego śmiać? Dolina Krzemowa anonsowana jest jako prześmiewcza wizja kalifornijskiej Silicon Valley i rzeczywiście elementów komediowych w serialu nie brakuje, jednak to, z czego się śmiejemy, dla wielu jest niestety chlebem powszednim.
Właśnie dlatego twórcy postanowili, że śledzić będziemy poczynania maluczkich – młodych programistów, typowych nerdów, których królem jest niejaki Richard Hendricks (Thomas Middleditch, co uważam za genialne posunięcie obsadowe!). Warto bowiem pamiętać, że tych kilku czy kilkunastu wartych miliardy gigantów stanowi zaledwie promil wśród rzeczywistej liczby osób, które próbowały na to miejsce wskoczyć. Jaka jest cena sukcesu? Co spotyka przegranych? Dlaczego branżowi wizjonerzy tak łatwo popadają w samozachwyt i czemu tak łatwo wejść w ich buty, gdy zachłyśniemy się sukcesem bądź usilnie próbujemy go osiągnąć kosztem moralności? To wszystko stanowi sedno pozornie żartobliwej wizji Mike’a Judge’a.
Po tym (nieco przydługim) wstępie pora przejść do rzeczy, czyli recenzji. Za nami cztery sezony serialu, który szturmem zdobył serca widzów oraz krytyków, dzięki czemu dwa lata z rzędu nominowany był do Złotych Globów oraz dwudziestojednokrotnie do nagród Emmy. Pierwszy sezon był majstersztykiem, niemal doskonałą kombinacją niezbyt wyszukanych żartów przeplatających się z genialnymi aluzjami do rzeczywistości, co w nader naturalny sposób uzupełniała świetnie dobrana ekipa nerdów tak dziwacznych, że mogliby konkurować nawet z wesołą kompanią Sheldona Coopera (Teoria wielkiego podrywu).
Stereotypowi młodzi programiści, marzący – jak przecież każdy w branży – o uczynieniu świata lepszym, to zgraja indywiduów, pracujących nad swoimi rewolucyjnymi apkami w „inkubatorze” niejakiego Erlicha Bachmana (T.J. Miller) – faceta, który lata temu sam osiągnął sukces, a zarobione na nim pieniądze próbuje pomnożyć (co czyni z opłakanym skutkiem) za sprawą inwestycji w młodych. To typowy nikt, mający się za króla życia, przez co jego paplanina w pierwszych dwóch-trzech odcinkach jest niemal nie do zniesienia, ale tym większą sympatię zaczyna on budzić w momencie, gdy rzeczywiście angażuje się w pracę zespołu.
Głównym bohaterem jest tu jednak wspomniany już wcześniej Richard, który przez przypadek pisze genialny kod, mogący zrewolucjonizować całą branżę. Towarzyszą mu mroczny spec od zabezpieczeń Bertram Gilfoyle (Martin Starr), jego zaciekły oponent (w myśl zasady kto się czubi, ten się lubi) Dinesh Chugtai (Kumail Nanjiani) oraz sprawiający wrażenie upośledzonego umysłowo Nelson „Big Head” Bighetti (Josh Brener), którego dość szybko zastąpił Donald „Jared” Dunn (Zach Woods). Gdy potencjał kodu Richarda dostrzega największa z technologicznych korporacji, Hooli, rozpoczyna się niekończąca seria wzlotów i upadków stworzonej przez chłopaków firmy Pied Piper, na której przykładzie zobaczyć możemy niemal wszystkie biznesowe grzechy żółtodziobów, ale i twardą, momentami nieczystą walkę o wpływy w Dolinie Krzemowej.
Scenarzyści dołożyli wszelkich starań, by każdy z wyśmiewanych aspektów tego swoistego ekosystemu przedstawić jak najbardziej autentycznie. Futurystyczne samochody, wszechobecne gadżety, nowoczesne sposoby zarządzania, dziwaczne i przesadnie umilające pracę biura, pseudointelektualne cytaty motywacyjne i cały ten przerost formy nad treścią, którego zwieńczeniem jest zarządzający Hooli CEO-guru Gavin Belson (Matt Ross). Swego czasu nawet pracujący dla Business Insider Matt Weinberger, na co dzień śledzący wydarzenia z Doliny Krzemowej, pokusił się o wyliczenie zasług serialu w demaskowaniu tamtejszego środowiska. To wszystko robiło wrażenie, także za sprawą olbrzymiej dozy goryczy, jaką Judge i spółka zafundowali walczącym o swoje technologiczne „ja” chłopakom.
Wszystko to grało także w drugim sezonie, gdzie żywot twórców Pied Pipera skomplikował się jeszcze bardziej, jednak już wówczas zauważalna stała się sinusoidalna konstrukcja fabuły. Raz na wozie, raz pod wozem! Kwintesencją był tu mistrzowski cliffhanger, jaki zaserwowano nam w finale… coś się jednak zepsuło, gdy wystartował sezon trzeci. Ekipa ta sama, sytuacja firmy wciąż dynamiczna, ale ciągłe wzloty i upadki stały się nie tylko nudne, ale niemal wymuszone coraz wyraźniejszą (a przy tym mocno naciąganą) niekompetencją Richarda. Zarówno biznesowe poczynania, wyglądające momentami na celowy sabotaż własnej kariery, jak i sploty wydarzeń w trakcie całej trzeciej serii poskutkowały nie tylko niesmakiem, jaki po jej obejrzeniu pozostał, ale i znacznym odpływem widzów.
Wyglądało na to, że Dolina Krzemowa zaczęła zjadać swój własny ogon. Najwyraźniej ten zimny prysznic podziałał jednak bardzo motywująco na twórców, ponieważ przy oglądaniu zakończonej w poniedziałek czwartej serii ponownie można było solidnie się uśmiać, a przecież o to w tym wszystkim chodzi!
https://www.youtube.com/watch?v=60f26wvQPWA
Po trzech sezonach w końcu zdecydowano, że znane nam postaci powinny na naszych oczach przeżywać metamorfozy. Niby nic niezwykłego, ale prawdopodobnie właśnie tego zabrakło w sezonie trzecim, który zdawał się powielać pierwsze dwie, świetne serie. Tym razem jednak obsypano nas całą gamą przemian: dobry chłopiec Richard, zirytowany ciągłymi niepowodzeniami, zaczął skłaniać się ku ciemnej stronie mocy, tłumacząc to oczywiście klasycznym „cel uświęca środki. z kolei jego największy oponent, Belson, nagle przeżył duchowe oczyszczenie. Cała reszta dołączyła do ciągnących fabułę postaci, ukazując swoje nowe oblicza, co zaowocowało swoistym powrotem z zaświatów. Problemem może być jednak oglądalność, która spadła tak nisko, że jeszcze w połowie zeszłego miesiąca nie było pewne, czy serial w ogóle powróci na antenę HBO.
Stacja potwierdziła to już oficjalnie: czeka nas piąty sezon, choć trudno mi nie odnieść wrażenia, że zrobiła to na podobnej zasadzie, jak w przypadku Pozostawionych, którzy po bardzo słabym wyniku drugiej odsłony otrzymali krótszą od standardowej trzecią serię, by godnie zamknąć historię i pożegnać się z fanami. W jakimś sensie potwierdzeniem tej tezy może być odejście T.J. Millera, któremu zaproponowano pojawienie się tylko w trzech bądź pięciu odcinkach, na co ten zareagował odmową.
W późniejszych wywiadach tłumaczył, że woli skupić się na promocji The Emoji Movie (polski tytuł: Emotki. Film), co brzmi niedorzecznie. Posiadacze HBO mogą go zobaczyć także w nowym programie T.J. Miller: Meticulously Ridiculous.
Czy jego odejście będzie ostatnim gwoździem do trumny serialu? Przekonamy się za rok. Niezależnie od tego, jak dalej potoczą się losy Richarda, Gilfoyle’a, Dinesha i Jareda, liczę, że Judge załatwi ewentualny finał serii z takim rozmachem, że jeszcze zatęsknimy za chłopakami.
korekta: Kornelia Farynowska
