search
REKLAMA
Seriale TV

M*A*S*H. „Abyssinia, Henry”, czyli uderzenie wojny

Pięćdziesiąt lat po premierze, M*A*S*H wciąż pozostaje jednym z najpopularniejszych i ważnych kulturowo sitcomów w historii telewizji.

Tomasz Raczkowski

22 października 2022

henryblakemash
REKLAMA

W poprzednim odcinku #29: M*A*S*H. “Abyssinia, Henry”, czyli uderzenie wojny

Pięćdziesiąt lat po premierze, M*A*S*H wciąż pozostaje jednym z najpopularniejszych i ważnych kulturowo sitcomów w historii telewizji. Satyryczna krytyka amerykańskiego militaryzmu, przede wszystkim trwającej w trakcie produkcji serialu wojny w Wietnamie objęła jedenaście serii emitowanych w latach 1972-1983. Wśród 256 odcinków pokazanych przez stację CBS znalazły się zarówno klasyczne slapstickowe perełki, jak i niemal pozbawione komediowości dramatyczne epizody, a poruszający finał serialu oglądało rekordowe 125 milionów widzów. Jeśli miałbym jednak wskazać najważniejszy epizod serialu, mój wybór padłby na finał trzeciego sezonu, wyemitowany 18 marca 1975 roku odcinek Abyssinia, Henry.

Serialowy M*A*S*H powstał na podstawie kinowego filmu Roberta Altmana z 1970 roku, będącego z kolei ekranizacją powieści Richarda Hookera o chirurgach służących w mobilnym szpitalu polowym podczas wojny w Korei toczącej się w latach 1950-1953. Zarówno książka, jak i film przedstawiały konflikt zbrojny w krzywym zwierciadle groteski, uwypuklającej absurd wojny i dramat konfrontowanych z nim ludzi. Adaptacja Altmana była dodatkowo ostrym komentarzem do klimatu USA w czasie wojny wietnamskiej. Na fali sukcesu nagrodzonego w Cannes dzieła stworzono telewizyjny sitcom, również stanowiący zjadliwy komentarz do wojennej gorączki, jednak już w bardziej stonowanym, familijnie przyjaznym formacie niż ostry i obrazoburczy MASH Altmana. W drodze na mały ekran odchudzono galerię postaci (wyleciał z niej m.in. grany w filmie przez Toma Skerritta Duke Forrest, jeden z oryginalnej trójki głównych bohaterów), w swojej roli na mały ekran powrócił tylko jeden aktor – Gary Burghoff w roli „Radara”, kancelisty jednostki, zmieniono też nieco charaktery postaci, zasadniczo odejmując nieco tragizmu, a podbijając komediowe tropy.

Pomimo, a może właśnie dzięki tym zmianom, M*A*S*H okazał się sukcesem, szybko zyskując popularność. Antywojenny przekaz był wyraźny, ale podany w lżejszej formule, pozwalającej również na niezobowiązujące oglądanie klasycznej komedii opartej grze charakterów i sytuacyjnych żartach. Pierwsze trzy sezony z powodzeniem sformatowały serial na taką modłę, a sukces brał się w znacznej mierze ze świetnej dynamiki postaci w serialowej wersji – podobnie jak w filmie i książce, protagonistami byli kapitanowie „Sokole Oko” Pierce i „Trapper” McIntyre, ich adwersarzami duet majorów-hipokrytów: Burns i Houlihan, a ich przepychanki rozgrywały się pod okiem fajtłapowatego dowódcy Henry’ego Blake’a i wspomnianego już Radara, tworzących fantastyczny slapstickowy duet nieporadnego mentora i dziecinnego logistycznego geniusza.

Po trzech sezonach tak ukształtowana formuła zaczęła jednak napotykać na tarcia wewnątrz obsady. O ile na papierze Sokole Oko i Trapper, podobnie jak w pierwowzorze, byli równorzędnymi postaciami, w serialowym M*A*S*H-u zdecydowanie większy akcent położony został na granego przez Alana Aldę Pierce’a, przejmującego część filmowych cech Trappera i dość szybko dominującego resztę obsady. Na etapie trzeciej serii było jasne, że to Alda jest główną gwiazdą serialu, a reszta w zasadzie mu sekunduje. W trakcie produkcji trzeciego sezonu grający pułkownika Blake’a McLean Stevenson, podobno niezadowolony właśnie z drugorzędnego statusu, ogłosił swoje pożegnanie z serialem po zakończeniu zdjęć, tworząc w ten sposób – po raz pierwszy w trakcie kręcenia M*A*S*H-a – konieczność wypisania głównej postaci z serialu. W efekcie odcinek 72, zamykający sezon nr 3, został poświęcony na pożegnanie sympatycznej postaci dowódcy.

Tytuł epizodu to nieprzetłumaczalny zwrot pożegnalny zaczerpnięty ze slangu lat 20. – „abyssinia” to zniekształcenie słów „I’ll be seeing ya” (do zobaczenia). Fraza została wybrana przed producentów jako pasująca do pociesznie niezręcznego charakteru żegnanej postaci. Fabularnie uzasadnienie zniknięcia Blake’a z jednostki było dość proste. Odcinek otwiera przekazanie przez Radara informacji na temat rozkazu zwolnienia pułkownika ze służby, sytuacja zupełnie prawdopodobna w świecie przedstawionym – zresztą w ten sam sposób kończyły się losy Sokolego Oka i Duke’a w filmie, a w samym sezonie trzecim serialu poświęcono cały odcinek na kwestię ostatecznie niezrealizowanego zwolnienia Trappera. Podobnie nieskomplikowana jest akcja całego odcinka, w którym na przestrzeni 20 minut obserwujemy po prostu przygotowania Blake’a do powrotu do domu. Ma przy tym miejsce ostatnia zakrapiana impreza z Sokolim Okiem i Trapperem, a przede wszystkim emocjonalne pożegnanie dowódcy z Radarem, dla którego był ojcowską figurą, co zresztą pada w dialogu. Równolegle major Burns przygotowuje się do upragnionego przejęcia dowództwa i wprowadzenia wojskowego drylu, czego świadectwem jest prowadzony przezeń z pietyzmem apel pożegnalny odchodzącego dowódcy. Całość jest utrzymana w typowym dla przeważającej większości pierwszych sezonów M*A*S*H-a pogodnym i akcentującym komediowe elementy nastroju. Pierwsze przełamanie tonu następuje w scenie, w której Blake wsiada do helikoptera, mającego przenieść go do Tokio, skąd uda się dalej do Stanów. Pośród powszechnej radości widzimy powstrzymującego łzy, salutującego Radara, dla którego odejście Blake’a jest bolesnym rozstaniem, a jako widzowie zżyci z tym duetem, czujemy wagę ich pożegnania. Melancholijny akcent nie jest jednak tym, z czym zostawiają nas twórcy.

Spotkać można kilka nieco odmiennych wersji tego, jak powstała ostatnia scena Abyssinia, Henry, jednak wszystkie zgodne są co do jednego – finałowego zwrotu akcji nie było pierwotnie w scenariuszu. Ostatnia scena odcinka – tradycyjnie rozgrywająca się już po rozwiązaniu głównego wątku i stanowiąca puentujące outro mininarracji – rozgrywa się podobnie jak pierwsza, na sali operacyjnej. Do pomieszczenia znów wchodzi Radar, tym razem jednak wyraźnie przybity, nie zakładając nawet maski ochronnej, na co zwracają mu uwagę lekarze. Łamiącym się głosem, postać Burghoffa informuje pozostałych bohaterów, że samolot, którym wracał do domu Henry Blake został zestrzelony nad Morzem Japońskim i żaden z pasażerów nie przeżył. Po tej informacji widzimy zbliżenia na zszokowane, nabrzmiałe łzami twarze Pierce’a, McIntyre’a, Burnsa, Houlihan oraz reszty obsady drugoplanowej, po czym następuje montaż scen ze Stevensonem i informacja o pożegnaniu Henry’ego Blake’a przez jednostkę.

Aktorzy grający w serialu dowiedzieli się o śmierci Blake’a słysząc tę informację na planie (sam Burghoff otrzymał linijkę dopiero chwilę przed kręceniem sceny) – podobno reakcja zarejestrowana przez kamerę jest autentyczną reakcją aktorów na wiadomość, choć niektóre źródła twierdzą, że scenę musiano dublować ze względu na gwałtowniejszy odzew części ekipy. Sam McLean Stevenson usłyszał o śmierci swojej postaci czekając na pożegnalną imprezę mającą rozpocząć się po zakończeniu ostatniej sceny i zdruzgotany takim obrotem scenariusza opuścił od razu plan, nie czekając na przyjęcie. Zszokowana była również widownia, która po emisji odcinka zasypała stację i producentów listami pełnymi oburzenia. Medialne wzmożenie spowodowane przez odcinek doprowadziło nawet do pojawienia się Stevensona w programie Cher, gdzie jako postać z M*A*S*H-a wołał „I’m OK, I’m OK!”. Można powiedzieć bez dużej przesady, że śmierć Henry’ego Blake’a zszokowała Amerykę – mimo, że była to przecież postać z serialu o wojnie. Uśmiercenie głównej postaci emitowanego w prime timie sitcomu było jednak precedensem, który zmienił nie tylko oblicze serialu, ale i telewizji.

Z perspektywy czasu Abyssinia, Henry to moment zwrotny dla całego serialu CBS. Choć żegnano w nim Stevensona, był to również ostatni epizod z udziałem Wayne’a Rodgersa w roli Trappera – niezadowolony z marginalizacji swojej postaci aktor odszedł z serialu przed rozpoczęciem zdjęć do kolejnej serii, pozostawiając wolnym wakat drugiego protagonisty u boku Aldy. Jednoczesne zniknięcie z serialu postaci Blake’a i Trappera wymusiło pewnego rodzaju nowe otwarcie dla M*A*S*H-a w sezonie czwartym. Scenarzyści zastąpili ich kolejno Harrym Morganem jako nowym dowódcą, pułkownikiem Potterem oraz Mikiem Farrellem w roli B.J. Hunnicuta. Obydwie postacie były wyraźnie odmienne od poprzedników, wprowadzając do serialowej jednostki więcej moralnego uziemienia i stonowanego charakteru. Co jednak ważniejsze, śmierć Blake’a była punktem, po którym M*A*S*H nie mógł już po prostu być luźną komedią z wojennym dramatem w tle. Wraz z nowym początkiem w 1975 roku, serial podążył w bardziej dramatycznym kierunku, traktując poruszaną tematykę z większą powagą. Choć zachowano komediowy rdzeń, M*A*S*H „po Blake’u” był bardziej gorzki, więcej miejsca zajmowały moralne rozterki, rozwinięto też wiele postaci w pierwszych sezonach będących bardziej karykaturami, w kolejnych nabierających zaś więcej odcieni.

Dla mnie osobiście, Abyssinia, Henry jest wciąż emocjonalnym przeżyciem, jednym z najbardziej dotykających mnie odcinków seriali. Postać Blake’a była jedną z moich ulubionych i przyznam, że oryginalna obsada serialu ma dla mnie najwięcej chemii, dlatego też najchętniej wracam do pierwszych serii M*A*S*H-a. Jednak śmierć pułkownika odegrała ważną rolę – na powrót uziemiła satyrę o szpitalu polowym, sprowadzając ją do sedna, którym było od początku pokazywanie tragizmu wojny, pełnej bezsensownej śmierci i cierpienia. Ten zwrot, przypominający o leżącej u podstaw zabawnego sitcomu tragifarsie Altmana, umożliwił serialowi rozwinięcie w pełni swojego krytycznego potencjału i osiągnięcie kultowego statusu.

Avatar

Tomasz Raczkowski

Antropolog, krytyk, entuzjasta kina społecznego, brytyjskiego humoru i horrorów.

zobacz inne artykuły autora >>>

REKLAMA