Publicystyka filmowa
MARTWY I POGRZEBANY (1981). Trupi oddech
MARTWY I POGRZEBANY to mrożący krew w żyłach horror, który bada strach przed śmiercią, ukazując brutalne zgony w sennej mieścinie.
Strach przed śmiercią jest jednym z najważniejszych tematów poruszanych w kinie grozy, a można postawić również tezę, że istota horroru jako gatunku opiera się na próbie oswojenia odbiorcy z nieuchronnością końca naszego żywota. Nakręcony w 1980, a wypuszczony do kin rok później Martwy i pogrzebany Gary’ego Shermana czyni z tej obawy swój motyw przewodni, prezentując nie tylko okrutne zgony, ale przede wszystkim strasząc możliwością, że po śmierci nasze ciała i tak nie zaznają spokoju. Dla tych wszystkich, którzy zastanawiają się nad kremacją, film Shermana stanowić będzie potwierdzenie, że pochówek w trumnie może nie być dobrym pomysłem.
Fabuła obraca się wokół serii morderstw dokonanych na turystach, którzy mieli nieszczęście zawitać do małego, sennego miasteczka, Potter’s Bluff. W pierwszej scenie pewien przyjezdny fotograf poznaje na plaży młodą kobietę (Lisa Blount, Książę ciemności, Ślepa furia), która zaczyna pozować mu do zdjęć. Te są coraz śmielsze – dziewczyna nie pozostawia złudzeń co do charakteru dalszej relacji – ale erotyczna atmosfera zostaje szybko przerwana, kiedy grupka ludzi rzuca się na mężczyznę, bije go, dźga, a w końcu podpala.
Kim są? Dlaczego robili zdjęcia tej makabrycznej zbrodni? Czemu właściwie miał służyć brutalny atak na fotografa? Na te pytania stara się znaleźć odpowiedź miejscowy szeryf, Dan Gillis (popularny w latach 70. i 80. aktor telewizyjny James Farentino), który z przerażeniem odkrywa, że liczba ofiar rośnie w zastraszającym tempie, ale nade wszystko, że społeczność miasteczka powiększa się o nie tak dawno zamordowanych, a obecnie bardzo żywych ludzi.
W centrum Martwego i pogrzebanego tkwi zagadka nieśmiertelności, choć już pierwsze minuty horroru każą nam spojrzeć na Potter’s Bluff jak na miejsce, gdzie czas się zatrzymał i być może nie ma tu większej różnicy między życiem a śmiercią. Sugeruje to już otwierająca film fotografia miasta w kolorze sepii, która nagle ożywa, ukazując nam wcale nie dawny, ale obecny obraz rybackiej mieściny. Zdjęcia autorstwa Stevena Postera – w późniejszym czasie stałego operatora filmów Richarda Kelly’ego – odznaczają się ograniczoną paletą kolorystyczną, gdzie barwy są wyblakłe, a czerwień prawie nieobecna (decyzja reżysera, aby kolor ten pojawił się wyłącznie w krwawych momentach), ale ich najbardziej charakterystyczną cechą jest wywołana przez mgiełkę, a w niektórych scenach faktyczną mgłę, miękkość. Dzięki temu Potter’s Bluff wydaje się reliktem przeszłości, wspomnieniem, zanim jeszcze zobaczymy, że miasto to zasiedlają w dużej mierze umarli.
Czy to oznacza, że podjęta przez szeryfa Gillisa walka jest z góry skazana na przegraną? Poniekąd tak, gdyż bez względu na wynik nie ocali on miasta od zapomnienia, od tego, że jedną nogą jest ono już w grobie. Morderstwa czynią z miejscowego koronera, wiekowego już Dobbsa (Jack Albertson, Willy Wonka i fabryka czekolady, Tragedia Posejdona), centralną postać w Potter’s Bluff, co mogłoby wydać się ironicznie, gdyby nie fakt, że umacnia to jeszcze bardziej myślenie o miasteczku jako pozbawionym życia i przyszłości.
Ale również ci, którzy zabijają (wśród nich przyszły koszmar z ulicy Wiązów – Robert Englund), robią to w sposób obojętny, czysto mechaniczny, a w swym okrucieństwie nieludzki. Często pojawiają się znikąd, niczym jakieś zjawy, a nie byty materialne, a gdy później widzimy ich w normalnym wcieleniu, jako rybaków, kelnerki czy pracowników stacji benzynowej, wyzbyci są jakichkolwiek oznak zła, co więcej, doskonale funkcjonują jako wspólnota z tymi, których wcześniej zamordowali. W tym wszystkim dostrzec można metaforę małomiasteczkowego porządku, który wchłania nowo przybyłych, dając im miejsce w nowej społeczności za cenę dawnego życia. Slogan na tablicy powitalnej przy wjeździe do miasta jest wystarczająco wymowny – „a new way of life”.
Scenariusz Ronalda Shusetta i Dana O’Bannona, którzy zasłynęli tekstem do pierwszego Obcego, mnoży akty okrucieństwa, przerywając je kolejnymi odkryciami szeryfa. Z jednej strony morderstwa są wyjątkowo brutalne, a z każdym kolejnym coraz bardziej makabryczne, z drugiej śledztwo głównego bohatera nierzadko zahacza o rejony czarnego humoru. Jest to najbardziej widoczne w wątku żony Dana, Janet (w tej roli znana z Flasha Gordona Melody Anderson), która od samego początku wydaje się podejrzana, choć nawet jej mąż nie potrafi sprecyzować swoich obaw.
Czy podejrzewa ją o zdradę, współuczestnictwo w morderstwach, a może coś gorszego? Jedną z lepszych scen jest ta, w której Dan przychodzi odwiedzić żonę w szkole, ale wycofuje się, kiedy widzi, że Janet uczy dzieci… historii czarnej magii.
Nie zdradzę, czy właśnie ten trop służy wyjaśnieniu tego, co dzieje się w Potter’s Bluff, gdyż ani to najważniejsze, ani nawet jasne. Dla Shermana, który jest również autorem Linii śmierci, horroru o mieszkających w londyńskim metrze kanibalach, liczy się posępna atmosfera rozkładu miasteczka – jak na ironię – znajdującego w tym procesie szansę dalszego trwania. Na długo przed wyjawieniem, kto stoi za morderstwami (bo choć widzimy twarze tych, którzy uczestniczą w zabójstwach, mamy świadomość, że ktoś inny pociąga za sznurki), domyślamy się jego tożsamości, ale ważniejsza od niej jest pełna niepokoju świadomość, że po śmierci nie będziemy mieli żadnego wpływu na to, co się stanie z naszymi ciałami.
Te okazują się materią wielokrotnego użytku, niezwykle plastycznym tworzywem, zbyt doskonałym, aby je grzebać. Mieszkańcy Potter’s Bluff mogą mieć tylko nadzieję, że nie będą pamiętać swojej śmierci i tego, że powinni już leżeć sześć stóp pod ziemią.
Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić w tym bardzo solidnym kawałku amerykańskiego gotyku, byłoby to zakończenie. Dosłownie ostatnie sekundy, które zamieniają autentyczną tragedię w ponury żart, na dodatek czyniąc to w bardzo telewizyjnej manierze. Do tego momentu Martwy i pogrzebany doskonale nawiązuje do klasycznych opowieści grozy, proponując makabryczną zagadkę, ale bez nadmiernego epatowania gore. Podobnie jak powstałe nieco wcześniej Phantasm i Mgła, ukazuje małe amerykańskie miasto jako miejsce skażone złem i trupim oddechem, w którym zagrażający bohaterom element nadprzyrodzony ma ostatnie słowo. U Shermana, bardziej nawet niż u Coscarellego i Carpentera, czuć beznadziejność sytuacji i daremny wysiłek głównego bohatera siłującego się z własnym przeznaczeniem.
