Connect with us

Publicystyka filmowa

LUDZIE HONORU. Sądowy dramat w doborowej obsadzie

LUDZIE HONORU to emocjonujący dramat sądowy, w którym stawka jest wysoka, a zasady honoru wystawione na próbę. Zobacz, co się wydarzy!

Published

on

LUDZIE HONORU. Sądowy dramat w doborowej obsadzie

Jadam śniadania 300 metrów od 4000 Kubańczyków, wyszkolonych do zabicia mnie. Niestraszne mi pociski, bomby i krew. Nie chcę za to pieniędzy ani orderów. Chcę tylko, byś w tym pedalskim mundurze i z tą harvardzką gębą, okazał mi trochę zasranego szacunku. – płk Nathan R. Jessep

W świecie zwierząt sprawa jest prosta. Najsłabszy osobnik ginie, zostają tylko najsilniejsze sztuki, najmniej zagrażające bezpieczeństwu stada. Wśród ludzi ta zasada również czasami obowiązuje, choć ci, którym natura poskąpiła zdrowia, talentu czy intelektu, mogą liczyć na ludzki odruch otoczenia, lub ratunek instytucji pomocowych.

Advertisement

Istnieje również podział na wyższym szczeblu, podział na broniących i bronionych w dosłownym tego słowa znaczeniu. Armia. Struktura zrzeszająca najsilniejsze fizycznie i psychicznie jednostki ludzkie, wyszkolone do obrony własnego terytorium i wszystkiego co się na nim znajduje. Lecz co zrobić, gdy nawet w takiej formacji znajdzie się ktoś, kto ewidentnie nadaje się do ochrony, nie zaś do jej udzielania?

TEKST ZAWIERA SPOILERY!

Advertisement

Taki los spotkał starszego szeregowego Williama T. Santiago, odbywającego służbę w oddziale piechoty morskiej armii Stanów Zjednoczonych. Jego pobyt w strategicznej jednostce Guantanamo na Kubie był pasmem nieszczęść, znaczonym słabymi wynikami w szkoleniu, nauce i dyscyplinie. Kiedy jeden żołnierz odstaje od reszty oddziału, współkompani mają do dyspozycji szereg oficjalnie zabronionych metod, umożliwiających postawienie nieudacznika do pionu. Pewnej nocy kapral Harold Dawson i st. szer. Louden Downey zakneblowali i związali szer. Santiago, w ramach tzw. Czerwonego Kodeksu, niepisanej zasady brutalnego i skutecznego karcenia za przewinienia. Nie wiedzieli, że knebel w ustach chorego na kwasicę mleczanową Santiago, wywoła reakcję łańcuchową ze skutkiem śmiertelnym…

– To twój podpis?

Advertisement

– Tak jest, sir!

– Nie mów do mnie sir. A czy ten podpis jest twój?

Advertisement

– Sir, tak jest, sir!

– A zwłaszcza nie rób tego dwa razy w jednym zdaniu…

Advertisement

Sprawę przejął sąd marynarki wojennej USA. Pozornie rzecz wydawała się łatwa do zatuszowania – szybki wyrok dla dwóch oskarżonych o morderstwo żołnierzy ma załatwić spec od takich paragrafów, błyskotliwy prawniczy lekkoduch z zaledwie rocznym doświadczeniem, porucznik Daniel Alistair Kaffee (Tom Cruise), słynący z umiejętności finalizowania wojskowych spraw karnych z pominięciem ławy przysięgłych. Lecz ta, nad wyraz pożądana przez chcące uniknąć rozgłosu dowództwo metoda, zostanie zastopowana przez młodą, ambitną komandor porucznik JoAnne Galloway (Demi Moore). Dzięki jej niezłomnemu uporowi, Daniel Kaffee będzie musiał zmierzyć się nie tylko z machiną sądowniczą marynarki wojennej, ciemnymi sprawami, rządzącymi oddziałami piechoty morskiej, ale przede wszystkim z demonicznym pułkownikiem Nathanem R. Jessepem (Jack Nicholson), dowódcą bazy w Guantanamo. Pozornie rutynowa procedura zamieni się w zażartą walkę o honor dwóch żołnierzy, wykonujących brzemienny w skutki rozkaz. ..

Pomysł na Ludzi honoru podsunęło samo życie. Deborah, siostra dramaturga Aarona Sorkina pracowała w sądownictwie Amerykańskiej Marynarki Wojennej. Pewnego dnia poleciała na Kubę, do bazy wojskowej Guantanamo, by uczestniczyć w dochodzeniu przeciw dziesięciu żołnierzom piechoty morskiej. Chodziło o falowy samosąd, polegający na związaniu niechcianego towarzysza broni, zakleblowaniu go i ciężkim pobiciu. Delikwent przeżył, ale jego oprawcy w toku dochodzenia obciążyli swoich przełożonych, którzy wydali rozkaz zastosowania Czerwonego Kodeksu.

Advertisement

Sprawa karna została powierzona kilku młodym, niedoświadczonym procesowo prawnikom, w oczywistym celu szybkiego skazania żołnierzy bez szkodliwego rozgłosu. Lecz jeden z nich stanął w poprzek oficerskich układów i doprowadził do procesu, zakończonego uniewinnieniem żołnierzy. Była połowa lat 80. Aaron Sorkin miał zamiar zostać aktorem. Odebrał stosowne wykształcenie, lecz coraz bardziej pochłaniało go scenopisarstwo. Historia usłyszana od siostry, przerodziła się w jego pierwszy scenariusz, pisany z myślą o deskach teatralnych. W 1989 roku Ludzie honoru przebojem zdobyli publiczność i prestiżowe wyróżnienie Outer Critics Circle Award.

Producentem sztuki był słynny producent filmowy David Brown (Żądło, Szczęki), który kupił prawa do ekranizacji Ludzi honoru jeszcze przed ich premierą teatralną na Broadwayu.

Advertisement

Opierający się przede wszystkim na błyskotliwych dialogach w jednej i tej samej scenerii dramat sądowy, pozornie gatunek afilmowy z niewielkim dorobkiem (Męczeństwo Joanny d’Arc Carla Theodora Dryera, 1928), urósł do rangi sztuki bardzo filmowej dzięki 12 gniewnym ludziom, debiutanckiemu filmowi Sidneya Lumeta (1957) wg telewizyjnej sztuki teatralnej Reginalda Rose’a.

Lumet zrealizował arcydzieło na przekór wszystkim ograniczeniom i uprzedzeniom, wynikającym z umieszczenia w jednym miejscu dwunastu spoconych i tylko rozmawiających ze sobą facetów. Cała pasjonująca dramaturgia zyskała olśniewający walor dzięki fantastycznym dialogom, wybitnym kreacjom, nagłym zwrotom akcji i fenomenalnej pracy autora zdjęć Borisa Kaufmana. Prozaiczna sala posiedzeń sędziów przysięgłych, stała się areną walki nie mniejszej, niż ta, która była udziałem Judy Ben-Hura, powożącego kwadrygę w filmie Williama Wylera.

Advertisement

Ścieranie się obrony z oskarżeniem, mozolne wywlekanie kolejnych zeznań od coraz bardziej wpływowych świadków wobec ślepej Temidy, przerzucanie się fachowym słownictwem adwokatów, śmiertelna powaga obu stron – dramat sądowy był gatunkowym samograjem nawet w kilkunastu odcinkach Dynastii oglądanych za zapartym tchem w zamierzchłym przełomie lat 80. i 90., o genialnym serialu Ally McBeal nie wspominając.

Ludzie honoru Roba Reinera to mistrzowski, nagrodzony czterema nominacjami do Oscara (także w najważniejszej kategorii) spektakl filmowy, z jednej strony czerpiący pełnymi garściami z najlepszych tradycji dramatów sądowych, a jednocześnie stanowiący przykład na ożywienie tej formuły, chociażby poprzez nietypową wobec scenicznego pierwowzoru mnogość plenerowych miejsc akcji, oraz rozwiewające dramatyczne jądro scenariusza lekkie epizody komediowe. Przełożenie rozgrywającej się wyłącznie na płaszczyźnie dialogów sztuki teatralnej na pełnowartościowy film fabularny, wymagało dopisania i przerobienia kilku ważnych scen i wątków.

Advertisement

I nie chodzi tu oczywiście o sekwencje ewidentnie plenerowe. Według reżysera, sztuka miała zbyt wiele słabych punktów (wynikających chociażby z podzielenia fabuły na akty), których powielenie w filmie skutkowałoby nieuchronnymi dziurami w intrydze. Poprawek w adaptacji sztuki na film dokonali Rob Reiner i współproducent Andrew Scheinman. Wcześniej Reiner dał się poznać jako specjalista od gatunków wszelakich, reżyserując zarówno młodzieżowy dramat Stand by me, komedię romantyczną wszechczasów Kiedy Harry poznał Sally, jak i pełen najczystszego napięcia thriller Misery. Za wyjątkiem urokliwej baśni Narzeczona dla księcia, jego największe dzieła można sprowadzić do wspólnego mianownika kameralności. Reinerowi wystarczy kilku aktorów, przerzucających się wspaniale napisanymi dialogami. W Ludziach honoru jego kunszt zyskał oparcie w obu tych elementach. Jak na tak wypracowaną i usankcjonowaną formułę dramatu sądowego, zadziwia tu swoboda spójności poszczególnych, bardzo odmiennych nieraz klimatycznie scen. Poważna rozmowa prawników nagle zyskuje komediową puentę, jak w rozmowie JoAnne i Danielem na treningu baseballowym (ona z zaciętą twarzą recytuje życiorys Kaffeey’a, który podsumowuje wyliczankę „Wow! Podnieciłem się!”); czytany zza kadru dramatyczny list szer.

Santiago, nagle zostaje skomentowany jedyną w swoim rodzaju, kwaśną miną płk. Jessepa („Kim kurwa jest st. szer. William T. Santiago?”); wesoła pogawędka prawników z Jessepem w Guantanamo, nieoczekiwanie przeradza się w bezwzględne sprowadzanie do parteru pewnego siebie Kaffeey’a („Musisz mnie ładnie poprosić”); podczas poważnego przesłuchania kpr. Barnesa, Kaffee nagle wyrywa Regulamin Piechoty Morskiej z ręki oskarżyciela, granego przez Kevina Bacona, prosząc zbaraniałego kaprala o znalezienie nieistniejącego opisu lokalizacji stołówki, itd. Dzięki tym zabiegom, Ludzie honoru zyskali temperaturę dramaturgii bliską wrzenia. Każda scena, nawet najbardziej banalny dialog, ani na chwilę nie jest w stanie odciągnąć wzroku od ekranu.

Advertisement

Dialogi i reżyseria to jedno. Film Roba Reinera swą wielkość zawdzięcza przede wszystkim aktorskiemu koncertowi gwiazd. Tom Cruise doskonale wypośrodkował humorystyczne kwestie swego bohatera, ślizgającego się lekko przez wypełnione baseballem życie, z budzącym się w nim dramatycznym zaangażowaniem o los drugiego człowieka. Roba Reinera zafascynowała w sztuce Sorkina specyficzna więź, łączącą postać Kaffeey’a z pułkownikiem Jessepem. Bohater Cruise’a nosi co prawda w sobie piętno nieżyjącego prawdziwego ojca, niegdyś mistrza sali sądowej, tłamszącego nawet zza grobu talenty adwokackie syna.

Lecz dopiero Jessep, zacięty przeciwnik Kaffeey’a, jest w stanie ukarać pychę i zniszczyć dobre samopoczucie prawniczego młokosa, pokazując mu na czym polega prawdziwa walka z paragrafami w tle. Paradoksalnie, dzięki diabelskim zagrywkom Jessepa, Kaffee nieoczekiwanie dla samego siebie zyskuje nad nim przewagę. Jessep to nosiciel wartości, które Kaffeey’owi były obce przez większość życia. Dopiero swego rodzaju oficerska odmiana Czerwonego Kodeksu, stawiająca młodego, bezczelnego prawnika na baczność, będzie mieć dla Kaffeey’a rangę Wielkiej Tajemnicy, przekazywanej z ojca na syna, choć ojciec pochodzi z ciemnej strony Mocy.

Advertisement

Jeden drobny epizod bardzo wyraźnie ukazuje stosunki służbowe, panujące w piechocie morskiej. Płk Jessep ironicznie wpada na pomysł wycofania bazy z Kuby. W tym celu woła swego podwładnego, by ten niezwłocznie połączył go telefonicznie z prezydentem USA. Młody żołnierz bez mrugnięcia okiem mówi „yes, sir”, choć w normalnym świecie, świecie Kaffeey’a, tak absurdalny rozkaz zostałby wyśmiany. Zderzenie dwóch umundurowanych rzeczywistości jest dla młodego prawnika szokiem. Walcząc ze spiskiem, mającym źródło w brutalnej obyczajowości marines, Kaffey dzięki niej dojrzewa jako człowiek i jako prawnik.

Jeśli Jessepa można uznać za pewnego rodzaju surowego ojca Daniela, to jego „matką” jest bez wątpienia postać JoAnne Galloway. To ona jest katalizatorem wszystkich działań Kaffeey’a. Jako wyższa stopniem i determinacją, zmusza go do zrewidowania własnej filozofii życiowej, inicjuje i prowokuje kolejne dramatyczne konfrontacje. Nawet w obliczu procesowej klęski (samobójstwo ppłk. Markinsona) i pijackiego ataku furii Kaffeeya, potrafi postawić na swoim. Sekunduje jej w tym asystent Kaffeeya, por. Weinberg, w wyciszonej, choć emanującej wewnętrzną siłą kreacji Kevina Pollaka.

Advertisement

Rob Reiner dokonał wyjątkowo skutecznego mariażu tylu aktorskich indywidualności, bez gwiazdorzenia i zawłaszczania dla siebie poszczególnych scen, nawet wobec zaludnionego sławnymi nazwiskami drugiego planu (Kevin Bacon, J.T. Walsh, znakomity Kiefer Sutherland). Gwiazdorski, wzorcowy „a’la mission impossible” uśmiech Toma Cruise’a, nie gra tu na szczęście głównej roli. Tak jak w nadzianym gwiazdami arcydziele To właśnie miłość Richarda Curtisa, tutaj mamy po prostu fantastycznych aktorów w równorzędnych, popisowych rolach.

Jedyny i chciałoby się powiedzieć oczywisty wyjątek, Reiner uczynił wobec Jacka Nicholsona, który jako pułkownik Nathan Jessep, przebywał łącznie na ekranie zaledwie nieco ponad 20 minut, lecz to wystarczyło, by dać popis wirtuozerii, jakiej tylko można od tego aktora oczekiwać. Jeszcze raz przytoczę pierwszą scenę z jego udziałem, którą rozegrano wspaniale – najpierw słychać głos pułkownika Jessepa, czytającego list szer. Santiago, a po chwili kartka opada, pojawia się uroczo demoniczna twarz Jacka, żądającego proste pytanie „Kim kurwa jest st. szer. William T. Santiago?”. Wg Roba Reinera, nie ma aktora amerykańskiego (może za wyjątkiem Roberta DeNiro), który potrafiłby tak jak Jack Nicholson, wygłosić z ekranu skromne słówko „fuck”.

Advertisement

Jack w swoim gwiazdorskim stylu wygrał wszystko to, za co kochamy tego aktora w wybitnych rolach psychopatów. Ten szatański uśmieszek, malowniczo wygięte brwi, brawurowe operowanie głosem, zachowanie tej niezwykłej równowagi pomiędzy zwykłym odgrywaniem postaci i tłumionym pod skórą szaleństwem. Nicholson posiadł rzadką sztukę uskuteczniania swego legendarnego wizerunku, który jednoczy się z graną postacią. Za jednym zamachem mamy Jacka grającego Jessepa i Jessepa zachowującego się jak Jack. Wspaniała kreacja, nagrodzona nominacją do Oscara za rolę drugoplanową.

Temperatura filmu niezawodnie rośnie, wraz z rozpoczęciem procesu. Wspaniała finałowa wymiana werbalnych ciosów między Kaffeey’em i Jessepem, została napisana wspólnie przez Aarona Sorkina, Roba Reinera i producenta Andrew Scheinmana. Jej punkt ciężkości ustawiony został na fenomenalnym monologu Jacka Nicholsona. Reżyser dość ciekawie zrealizował tę scenę. Najpierw nakręcił wszystkie przebitki na ludzi w sali sądowej, podczas których Jack poza kamerą kilkadziesiąt razy podawał swój monolog, by słuchające go osoby miały emocjonalny kontrapunkt. Dopiero kilka ostatnich, z ponad 40 powtórzeń, zostało zarejestrowanych jako finałowe ujęcie główne z nabrzmiałą od wściekłości twarzą płk. Jessepa. Nicholson był bardzo zadowolony z takiego sposobu pracy i wielokrotnego wykrzykiwania tak doskonale napisanego monologu.

Advertisement

– Chcesz odpowiedzi?

– Mam do tego prawo.

Advertisement

– Naprawdę chcesz odpowiedzi?

– Chcę prawdy!

Advertisement

– Nie zniesiesz prawdy! Synu, żyjemy w świecie ograniczonym murem, którego muszą strzec dobrze uzbrojeni żołnierze. Kto nimi będzie? Ty? Porucznik Weinberg? Dźwigam odpowiedzialność, której nie pojmujesz. Żal ci Santiago i potępiasz żołnierzy. Masz szczęście nie wiedzieć tego co ja. Tragiczna śmierć Santiago oszczędziła życia, tak samo jak moja, groteskowa i niepojęta dla ciebie postawa. Lecz w głębi duszy chcesz bym strzegł tego muru. Nasze życie opiera się o honor, kodeks i lojalność, które definiują życie poświęcone obronie czegoś. Dla ciebie to tylko puste frazesy.

Nie mam czasu ani ochoty tłumaczyć się człowiekowi, którego bronię, a który później podważa sposób w jaki to robię. Wolałbym raczej, żebyś mi podziękował i poszedł sobie. A jeśli nie, to chwyć za broń i stań na posterunku. Tak czy inaczej, gówno mnie obchodzi, do czego masz prawo!

Advertisement

Dla pełniejszego odbioru filmu w kontekście dramatycznego finału na sali sądowej, Aaron Sorkin dopisał m.in. scenę wizyty prawników w pokoju szer. Santiago w Guantanamo. Dodano także sekwencję kolacji JoAnne i Daniela w restauracji. Rob Reiner chciał zasygnalizować seksualne napięcie między tymi postaciami, lecz zdecydowanie odrzucił jakiekolwiek scenariuszowe próby romansu między nimi. W sztuce teatralnej w ogóle nie było fizycznego powrotu postaci ppłk. Markinsona na arenę wydarzeń. Sorkin wymyślił tylko notkę Markinsona, przekazaną Kaffeey’owi, który reszty musiał się domyślić samodzielnie.

W oryginale nie było również samobójstwa Markinsona. Adaptując dramat sceniczny na scenariusz filmowy, Reiner zdecydował o fabularnym wypełnieniu tego wątku i fizycznym powrocie Markinsona, który osobiście podaje Kaffeey’owi wszystkie zatajone fakty na tacy, a następnie strzela sobie w łeb. W scenicznym pierwowzorze nie było także dwóch żołnierzy z bazy Andrews, których obecność w finałowej sekwencji miała zbić Jessepa z pantałyku.

Advertisement

Jak na kameralny dramat, opierający się praktycznie tylko na aktorstwie i dialogach, wybitny autor zdjęć, nadworny operator Olivera Stone’a, Robert Richardson, zdecydował o zastosowaniu pełnej panoramy 2,35:1, ze wszystkim aspektami sztuki operatorskiej, zarezerwowanej dla wielkich widowisk. To rozwiązanie jeszcze bardziej oddaliło teatralny charakter pierwowzoru, wyciskając z niej całą „filmowość”. Pod nią został podporządkowany wyśmienity montaż Roberta Leightona, nominowanego za ten film do Oscara, stałego montażysty filmów Reinera.

Tradycyjnie garść ciekawostek:

Advertisement

Scenarzysta Aaron Sorkin (który anonimowo poprawiał scenariusze Listy Schindlera i Twierdzy) zagrał epizod w scenie w barze, tuż po kłótni Daniela z JoAnne. Rob Reiner osobiście odwiedził bazę Guantanamo, lecz w filmie musiało ją zagrać odpowiednio ucharakteryzowane wybrzeże Kalifornii. Część plenerów nakręcono w waszyngtońskiej dzielnicy Georgetown. W tym samym miejscu Tom Cruise 10 lat później nakręcił ze Spielbergiem sekwencję przechwycenia niedoszłego żonobójcy Howarda Marksa w Raporcie mniejszości.

Rob Reiner nie przepada za efektami specjalnymi w swoich filmach, stosując je (w przeciwieństwie do Roberta Zemeckisa) wyłącznie tam, gdzie jest to absolutnie konieczne. W Ludziach honoru mamy jeden efekt wizualny w sekwencji jazdy Hummera do siedziby Jessepa na Guantanamo. Chodzi o szerokie ujęcie zatoki, na której powierzchni cyfrowo dołożono statki. Natomiast w montażowej sekwencji przygotowań do pierwszej rozprawy, widać pięć następujących po sobie przez przenikanie, najazdów kamery na okno, za którym, pomimo różnych pór dnia, ciągle trwa ciężka praca prawnicza. Robert Richardson nie skorzystał tu z dobrodziejstw motion control i nakręcił te bliźniaczo podobne, uzupełniające się fabularnie ujęcia w tradycyjny sposób.

Advertisement

Kilka epizodycznych ról żołnierzy Marines, zagrali nieznani wtedy aktorzy. 24-letni Cuba Gooding Jr, znany wówczas tylko z Chłopaków z sąsiedztwa, pojawił się w jednej scenie jako kpr. Hammaker. Nikt wówczas nie przypuszczał, że Cuba sześć lat później za fenomenalną kreację futbolisty Roda Tidwella (notabene u boku Cruise’a) otrzyma Oscara, za którego podziękowanie również przeszło do historii. Natomiast pojawiający się w kilku scenach Noah Wyle, dwa lata później rozpoczął jedenastoletni podbój ekranów telewizyjnych całego świata, wraz z serialem Ostry dyżur. Małą rólkę ciotki szer.

Dawney’a, zagrała Maud Winchester, bratowa Roba Reinera, która później zagrała jeszcze w dwóch filmach swego szwagra. Jako dr Stone, epizodycznie pojawił się na ekranie Christopher Guest, aktor, reżyser, a prywatnie przyjaciel Reinera i jednocześnie mąż Jamie Lee Curtis. Dość ironicznie, na tle całej, brudnej problematyki wojskowej, wygląda czołówka filmu, prezentująca czystą, precyzyjną, bezbłędnie zaprezentowaną i niecodziennie widowiskową musztrę paradną. Ze względu na niewygodną tematykę filmu, reżyser nie mógł liczyć na szeroko zakrojoną kooperację z władzami wojskowymi, musiał więc skorzystać ze studentów szkoły wojskowej Uniwersytetu Północnej Kalifornii, a nie prawdziwej kompanii reprezentacyjnej piechoty morskiej.

Advertisement

W wspomnianej scenie samochodowej jazdy, Kiefer Sutherland osobiście kierował Hummerem, przejeżdżającym wąską drogą obok maszerującego wojska. Aktor przy tej okazji niechcący potrącił kilku statystów, grających żołnierzy.

Ciekawa historia wiąże się z obsadą roli oskarżonego kaprala Dawsona. Rob Reiner długo nie mógł znaleźć odpowiednio postawnego, czarnoskórego aktora. Wreszcie pewnego dnia stwierdził, że tę rolę powinien zagrać ktoś, wyglądający jak jego (przechodzący właśnie nieopodal) asystent Wolfgang Bodison (z którym pracował już na planie Misery). Dla Wolfganga był to aktorski debiut, dlatego też Rob Reiner niemal do ostatniej chwili zwlekał z nakręceniem pamiętnej sceny, w której Dawson krzykiem oznajmia Danielowi trzymanie się zasad Marines.

Advertisement

– „Wstąpiliśmy do Marines, by żyć wg zasad, a pan chce, byśmy podpisali kawałek papieru i zrzekli się kodeksu Marines. Jeśli zbłądziliśmy, poniosę karę. Lecz wierzę, że postąpiłem słusznie. Nie okryję hańbą siebie, oddziału, ani Korpusu, tylko po to, bym mógł za sześć miesięcy wyjść na wolność! Sir!” – st. kpr. Harold W. Dawson

Ludzi honoru po raz pierwszy widziałem w kinie w pierwszej połowie lat 90. Od tamtego czasu oglądałem go niezliczoną ilość razy w wydaniu VHS, którego dodatkowym walorem była lista dialogowa, przeczytana przez niezawodnego Jarosława Łukomskiego (tak na marginesie, to szkoda go do żałosnych Oscarów na żywo w TVP, gdzie jego wspaniały głos plącze się, jak nie przymierzając, Żyd w pustym sklepie).

Wracając do dzieła Reinera w celu napisania niniejszego tekstu, nadal nie jestem w stanie wypunktować słabych stron Ludzi honoru. Każdy element scenariuszowej układanki, każda rola, scena, dialog, kadr, światło, znakomita muzyka Marca Shaimana, wszystko znajduje się na swoim miejscu. Tak po prostu, jak przy każdym wielkim filmie. I choć Reinerowi nie udało się uniknąć sceny salutowania (na szczęście bez jednocześnie powiewającej flagi i patetycznych przemów w tle, w czym specjalizują się Bay i Emmerich), to jego spójne w każdym szczególe dzieło, nadal emanuje czymś, co można prozaicznie nazwać magią kina. Magią w starym, dobrym stylu, jak kończący film oldskulowy napis „The End”.

Advertisement

tekst z archiwum film.org.pl

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *