Connect with us

Publicystyka filmowa

Latający RoboCop, czyli 20 ŻENUJĄCYCH SCEN vol. 2

W filmie LATAJĄCY ROBOCOP, CZYLI 20 ŻENUJĄCYCH SCEN VOL. 2 poznasz absurdalne momenty, które przechodzą ludzkie pojęcie. Humor i szok w jednym!

Published

on

Latający RoboCop, czyli 20 ŻENUJĄCYCH SCEN vol. 2

Kino musi przesadzać, naciągać, wyolbrzymiać i przekłamywać rzeczywistość, żeby dostarczyć konkretnej rozrywki, a nie nudnego reportażu z szarej rzeczywistości, którą widzimy codziennie za oknem. Musi zaskakiwać, szokować i zadziwiać, ale wszystko, nawet najbardziej zwariowane i nierealne historie, powinny zachowywać pewne, choćby umowne granice zdrowego rozsądku. Kupuję fakt, że The Rock w Szybcy i wściekli: Hobbs i Shaw bez namysłu (i bez spadochronu) skacze z okna wieżowca w pogoni za złoczyńcą, ale już mierzwi mnie, że zjeżdża po linie pełną prędkością, trzymając ją gołymi rękoma.

Advertisement

Kupuję Toma Cruise’a uczepionego drzwi samolotu w prologu M:I – Rogue Nation, ale już Cruise jadący na butach obok motoru w M:I 2 to czysta żenada. Gdy widzę profanację ikonicznych postaci, jak np. surfującego i grającego w kosza Snake’a Plisskena w Ucieczce z L.A., mój żenometr wywala poza skalę. Najciekawsze przypadki przekraczające normę opisałem rok temu w zestawieniu ZABIĆ NIEŚMIERTELNEGO, czyli 20 ŻENUJĄCYCH SCEN. Dziś z przykrością przedstawiam kolejną dwudziestkę. 

WYSIADANIE Z AUTA: LEVEL MASTER (Terminator: Genisys, 2015)

Usiadł scenarzysta Terminatora: Genisys nad kartką papieru i zaczął myśleć, jak by tu jeszcze sprofanować kultową postać Terminatora T-800 i/lub samego Arnolda Schwarzeneggera. Okulary w kształcie gwiazdek już były, końskie uśmiechy T-800 też były, a i kobieta (Terminatrix) już Arnolda biła. Może więc tym razem niech T-800 wysiądzie z radiowozu łamiąc (nie, nie nogę) prawa fizyki. No i dostaliśmy scenę, w której hamujący bokiem radiowóz sunie w jedną, a T-800 wysiada i idzie w drugą stronę. Zabrakło tylko znanych z memów ciemnych okularów, skręta w ustach Arniego, i podpisu LIKE A BOSS.

Advertisement

STARS ON ICE! (Długi pocałunek na dobranoc, 1996)

Żeby dogonić pędzący samochód, Geena Davis wsiada do pierwszego lepszego auta, odpala je na krótko i z piskiem opon rusza za bandytami… Nie no, żartuję.

Wszyscy zabójcy na zlecenie wiedzą, że znacznie szybciej goni się samochód, przywdziewając łyżwy! Oczywiście cięciem montażowym pomija się mało znaczący fakt, że w łyżwy nie wskakuje się ot tak łatwo, jak w rozmemłane klapki idąc do piwnicy po ziemniaki, tylko łyżwy trzeba zawiązać, w dodatku dość mocno, żeby nie skręcić kostki. No i złoczyńcy muszą pędzić autem wzdłuż zamarzniętego jeziora, przecież Geena Davis nie będzie po asfalcie szorować łyżwami. Po rozwaleniu złych ludzi (z pistoletu, sunąc po lodzie), Geena widowiskowo hamuje, a kamera robi najazd na wzniecające chmurkę szronu łyżwy. Zabrakło tylko aplauzu publiczności i ocen jury.

Advertisement

STALLONE & STONE vs PRYSZNIC (Specjalista, 1994)

Miłosne zapasy pod prysznicem między symbolem seksu Sharon Stone, a symbolem koksu Sylvestrem Stallone’em, to jedna z najbardziej pokracznych scen miłosnych w historii kina, podbudowana jakimiś seks-rozmowami przez telefon, obmacywaniem w kościele i narastającym (chyba tylko w scenariuszu) napięciem erotycznym między słynnymi nazwiskami.

Scenie łóżkowej na podłodze kabiny prysznicowej (przewrócili się, czy jak?) towarzyszy smętny podkład muzyczny ciśnięty na saksofonie, jakbyśmy zaraz zza kadru mieli usłyszeć Franka Drebina wygłaszającego absurdalną kwestię pokroju: Odkąd rozstaliśmy się z Jane, wszystko wokół mi ją przypomina. Stallone i Stone kompletnie do siebie nie pasują. Gdy myją się nawzajem pod prysznicem (po seksie pod prysznicem), ich spojrzenia i mowa ciała rażą sztucznością, jakby każde z nich skupiało się na eksponowaniu walorów własnego wyglądu. Choć próbują grać, ich relacja wygląda fałszywie, a chemia między nimi byłaby tylko wtedy, gdyby wspólnie jedli zupkę chińską.

Advertisement

MASKOTKA vs BRAMKARZ (Nagła śmierć, 1996)

Jak już wiecie z poprzedniej odsłony 20 żenujących scen (tam dostało się Tommy’emu Lee Jonesowi przebranemu za Wielkiego Ptaka), nie trawię przebierania znanych i cenionych aktorów/postaci w durne stroje. Tutaj akurat JCVD nie dał się wcisnąć w żaden kolorowy strój, ale dał się wmanewrować w bójkę z bandziorem przebranym za maskotkę drużyny hokejowej. I choć wiem, że to zły człowiek w przebraniu, to nie kupuję tej bójki, która wygląda po prostu pokracznie i komicznie, jak jakaś parodia kina akcji, a nie kino akcji.

Scena z zabójczą maskotką to nie jedyna żenująca scena z Nagłej śmierci. Mowa o Jeanie Claude’ie Vanie Damme’ie (hmm… Scorsesego się zdecydowanie łatwiej odmienia) przebranym za hokejowego bramkarza, przypadkiem wziętego za prawdziwego bramkarza, postawionego w trakcie ucieczki/pogoni przed terrorystami/za terrorystami (sorry, nie pamiętam kto tam kogo gonił) na bramce, której z sukcesem i ku uciesze córki broni. A stąd już tylko krok do parodii w stylu Nagiej broni, gdzie Frank Drebin jako Enrico Palazzo odśpiewał publicznie hymn USA.

Advertisement

 NIE BYĆ JAK JOHN MALKOVICH (Transformers 3, 2011)

O ile występy takich gwiazd kina, jak John Turturro czy Jon Voight w pierwszej części Transformers, da się jakoś zrozumieć (wszak nie wiedzieli jeszcze, w jak miałką merytorycznie, infantylną baję się ładują), tak udział w kolejnych częściach, takich tuzów jak John Malkovich, Frances McDormand czy Sir Anthony Hopkins, może już niepokoić. TAKIE nazwiska znalazły się bowiem w filmach, w których między walkami robotów Shia Labeouf piszczał jak dziewczynka, a Mark Wahlberg grał tak, jakby zastanawiał się, co on tu w ogóle robi. Spośród wszystkich żenujących scen z serii (sikanie olejem, moszna Dewastatora, bąki sadzone przez JetFire’a itd.), na szczególne wyróżnienie zasługuje Bumblebee łaskoczący – technicznie rzecz biorąc – kawałkiem samochodu, Johna Malkovicha, najpierw idiotycznie imitującego atak karate, a następnie radośnie turlającego się po podłodze, jakby za chwilę miał przerwać zabawę, wstać i powiedzieć z kamienną twarzą wprost do kamery: Nie świruj, idź na wybory.

TYŁEM DO PRZODU (Wybuchowa para, 2010)

Tom Cruise ma na swoim koncie kilka świetnych sekwencji motocyklowych, że wspomnę tylko kultową scenę z Top Gun (Cruise ścigający się ze startującym F-14), ale i kilka motocyklowych wtop. Pierwszą z nich była jazda na butach obok ścigacza w M:I 2 Johna Woo, a drugą właśnie czytacie.

Advertisement

W filmie Jamesa Mangolda Tom Cruise kierujący motorem, wraz z Cameron Diaz za plecami, uciekając przed złymi ludźmi dokonują numeru wręcz cyrkowego! Uważajcie, bo sam się pogubiłem opisując tę scenę: Najpierw Diaz, nie wiadomo technicznie jak, przenosi się zza Toma przed Toma, aby móc strzelać do ścigających ich bandytów, będących wcześniej za Diaz i za Tomem, a teraz za Tomem, a przed Diaz, po czym Tom stawia motocykl na tylnym kole, żeby uniknąć ostrzału bandytów znajdujących się przed Tomem, a w obecnym układzie za Diaz. Po całej akcji, Diaz, za pomocą szybkiego ujęcia kamery, na którym znów nie widać jak to robi, sprzed Toma wraca z powrotem za Toma i teraz jest już normalnie; jak coś jest za nimi, to za obojgiem, a jak przed nimi, to tak samo. .. Przejdźmy może lepiej do następnego opisu.

KROKODYL vs KLAUN (007: Ośmiorniczka, 1983)

Bond zjeżdżał już po stoku na futerale od wiolonczeli, i jeździł(!) gondolą po Wenecji, ale chyba w żadnym innym filmie cyklu, nie zakpiono sobie z Agenta Jej Królewskiej Mości tak mocno, jak właśnie w Ośmiorniczce. I to nie raz. Scena pierwsza, to płynący na powierzchni wody krokodyl, ok, nic żenującego na pierwszy rzut oka. Tymczasem paszcza krokodyla otwiera się, a tam coś, czego nikt się nie spodziewał, i bynajmniej nie jest to Hiszpańska Inkwizycja, lecz James Bond (Roger Moore) we własnej osobie, to znaczy w krokodylu.

Advertisement

 A ten okazuje się – uwaga – pojazdem/przebraniem, wyposażonym w dodatku w szybkę jak w motocyklu, zamontowaną w paszczy, chyba w razie gdyby Bond miał tym krokodylem rozwijać jakieś zawrotne prędkości, i żeby mu owady do oczu nie wpadały. Cały ten infantylny zestaw z Rogerem Moore’em w krokodylu, wygląda po prostu komicznie.

Scena druga, to Bond udający Jokera zanim to było modne. Jest jeszcze trzecia żenująca scena w Ośmiorniczce – Bond bujający się na lianach w dżungli, i wydający z siebie okrzyki Tarzana… Trzy tak dużego kalibru ciosy w kultową postać w jednym filmie, sprawiają wrażenie, jakby twórcy chcieli – wyręczając czarne charaktery – własnoręcznie zamordować Agenta Jej Królewskiej Mości! Chyba tylko 007 mógł z tego wyjść obronną ręką.

Advertisement

DRĄŻKI ZNIKĄD (Zaginiony Świat: Jurassic Park, 1997)

Powiedzcie szczerze, w ilu szopach / graciarniach / garażach, widzieliście podwieszone u sufitu (sznurki / linki / druty do wieszania prania się nie liczą) drążki gimnastyczne? No, ja też nigdy nie spotkałem drążków gimnastycznych w graciarni. Tymczasem takowa (jedna na milion przyznacie) znalazła się w drugiej części Parku Jurajskiego. I niesamowitym zbiegiem okoliczności, do tejże graciarni trafia dziewczyna ćwicząca akurat na takich drążkach, która robi na nich pokaz życia godny występu na olimpiadzie, w finale kopiąc Raptora w łeb. Noty jury: 9/10 – 9/10 – 8/10

HAMOWANIE NA ŚCIANIE (Mroczny rycerz, 2008)

Stare chińskie porzekadło mówi, że „to nie prędkość zabija, tylko jej gwałtowna utrata”. Nie wyobrażam sobie gwałtowniejszej utraty prędkości od najechania na betonową ścianę – co też czyni Batman, najeżdżając na takąż przeszkodę.

Advertisement

Oglądam tę scenę pod mikroskopem i nie mogę dociec, jakie siły i/lub mechanizmy tam zadziałały na przednie koło Batpoda, jego konstrukcję, i konstrukcję samego Batmana, żeby tak momentalnie wytracić pęd, a mimo to Batpod nie trafił na złom, a Batman w gips. Ale żeby nie było, że tylko ja nie kupuję tego żenującego motywu, oto cytat ze strony whatculture.com, z rankingu 10 Stunning Movies With One Awful CGI Moment. Cytat przedstawiam w postaci niezamierzenie zabawnego, bo pełnego błędów tłumaczenia (przez Translator Google), które zupełnym przypadkiem trafnie opisuje abstrakcyjność tej nieszczęsnej sceny: Niemniej jednak Nolan pozwolił sobie na jeden okropny rytm CGI, który wystaje jak obolały, odpychający kciuk.

 Natychmiast po tym, jak Batman przerzucił ciężarówkę Jokera, wjeżdża Batpoda w ścianę i wykonuje 180-stopniowe odwrócenie od ściany, odwracając się w stronę publiczności i Jokera. Problem polega na tym, że fizyka CGI wygląda zupełnie nie tak, co sprawia, że ​​scena wyraźnie zaprojektowana jako fajny wygląda absolutnie śmiesznie – koniec cytata, tzn. cytatu.

Advertisement

TAKI DUŻY, A BAWI SIĘ LALKAMI (Snajper, 2014)

Ten ambitny wojenny dramat biograficzny w reżyserii Clinta Eastwooda, zamienia się na krótką chwilę w komedię. Chodzi oczywiście o słynna scenę, w której tytułowy bohater nieudolnie udaje, że trzyma w rękach dziecko, choć widać wyraźnie nieruchomą, sztywną lalkę. Doprawdy, skoro już musieli użyć lalki (producenci tłumaczyli się ponoć trudnościami w pracy z prawdziwymi dziećmi na planie), to czy nikt na planie nie widział, jak sztywno i nienaturalnie wygląda trzymana przez Bradleya Coopera, powleczona błyszczącym plastikiem zabawka, i jak kuriozalną scenę właśnie nakręcono? Od tego żenującego momentu, Snajpera ogląda się niestety, mając w pamięci to jedno niefortunne ujęcie, mogące śmiało rywalizować ze śmiercią Hanki w kartonach, o miano najtandetniejszej sceny wszech czasów.

PIOSENKA… ZAMIAST ZEGARKA (Hudson Hawk, 1991)

Generalnie rzecz biorąc, cały ten film jest o kant dupy potłuc, a żenujących scen jest w nim bez liku (lik – za słownikiem PWN: I daw. stan liczbowy, liczba, ilość II «specjalnie wzmocniony brzeg żagla» «lina rybacka»). W jednej scenie piesek trzyma w zębach kulki Bruce’a Willisa, w innej Andie McDowell udaje delfina, w jeszcze innej David Caruso udaje mima, a pozostali aktorzy (James Coburn, Danny Aiello) udają, że są zabawni. Musiałem jednak wybrać jedną żenującą scenę, i moim numerem jeden została sekwencja pierwszego włamania, podczas której Bruce Willis i Danny Aiello, zamiast zegarka, do odliczania czasu używają… piosenki Franka Sinatry.

Advertisement

Nie byłoby w tym może nic żenującego, gdyby nie to, że na kilka minut ten komedio-akcyjniak zamienia się w… musical? Willis przemierzający na deskorolce korytarze muzeum i śpiewający dość głośno Swinging on a Star (co tam, że strażnicy mogą go usłyszeć) i Aiello tańczący do rytmu, robią to w tak wymuszony sposób, że przykro się na to patrzy i jeszcze gorzej słucha. O tyle dobrze, że w finale piosenki, do śpiewających włamywaczy nie dołączają zorganizowani w chór strażnicy.

ZABÓJSTWO Z NIECIERPLIWOŚCI? (Mgła, 2007)

W konkursie na Nagrodę Darwina, ekipa z Mgły Franka Darabonta miałaby zagwarantowane podium. Rozumiem założenie, że bohaterowie znaleźli się w beznadziejnej sytuacji, że osnuta mgłą rzeczywistość wokół nich roiła się od potworów, że strach wysiąść z samochodu. Człowiek posiada jednak coś takiego, jak wrodzony instynkt i wolę przeżycia za wszelką cenę, przysłowiowy strzał w łeb pozostawiając sobie jako ostateczność. Bohaterowie nie są ranni, ani nie umierają z głodu, tymczasem gdy tylko kończy im się paliwo, Thomas Jane podejmuje decyzję o zastrzeleniu wszystkich w samochodzie.

Advertisement

A że źle policzył ilość kul (przy sześciostrzałowym rewolwerze faktycznie nietrudno o pomyłkę), to dla niego zabrakło, więc wysiada z auta, mgła się rozwiewa i widzi uzbrojone po zęby wojsko rozprawiające się z potworami. I zaczyna rozpaczać, że kilka sekund wcześniej zrobił w samochodzie teksańską masakrę rewolwerem. Nie kupuję tego sztucznie i niewiarygodnie dramatyzowanego finału, tej tragedii głównego bohatera, jego histerii i płaczu. Płakał to scenarzysta, jak pisał to żenująco naciągane zakończenie, mające tanim i naciąganym chwytem wywołać w widzach wstrząs emocjonalny. We mnie wzbudziło jedynie śmiech politowania i skojarzenie z jednym z odcinków South Park, w którym zasypani śniegiem w budynku szkolnym bohaterowie, po niecałej godzinie zaczynają zastanawiać się kogo zabiją i zjedzą, żeby nie umrzeć z głodu.

TO ŻYJE!… I MA TWARZ UŚMIECHNIĘTEGO T-800! (Junior, 1994)

Nie lubię komedii ze Schwarzeneggerem, bo to aktor stworzony do strzelania, wysadzania w powietrze i miażdżenia przeciwników, a nie do śmieszkowania. O ile jeszcze Bliźniacy byli w miarę strawni, stanowiąc ciekawostkę i całkiem sympatyczny wyjątek w filmografii Austriackiego Dębu, tak Junior, z zachodzącym w ciążę Mister Universum, zdecydowanie mi nie podszedł. Ale mieliśmy tu mówić o żenujących scenach. Takową jest sen Arnolda, w którym pielęgniarka przynosi mu jego latorośl, a ta okazuje się mieć miniaturową twarz T-800 próbującego się uśmiechać.

Advertisement

 Arnold wygląda po prostu brzydko, przerażająco, i niewiele mniej odpychająco niż w horrorze To żyje! Co jednak warte uwagi, ta żenująca scena z niemowlakiem-Arnoldem jest wciąż mimo wszystko bardziej wiarygodna od Bradleya Coopera kołyszącego do snu lalkę w Snajperze.

ZABÓJCZE INSTRUMENTY (Desperado, 1995)

Wiecie, dlaczego wolę El Mariachi, od jego sequelo-remake’a(?) Desperado? Bo w El Mariachi czuje się prawdziwą pasję reżysera i aktorów-amatorów, którzy świetny pomysł wyjściowy (broń w futerale od gitary i związane z tym pomyłki) ograniczany niskim budżetem, przekuli w naprawdę dobry film, z pomysłowymi ujęciami, i fajnymi, a przy tym nieprzekombinowanymi scenami akcji. Gdy Rodriguez otrzymał złoty bilet do Hollywood, a co za tym szło, większy budżet oraz gwiazdy w postaci Banderasa i Hayek w obsadzie, coś się zepsuło. Owszem, cały film, a zwłaszcza strzelanina w barze robi świetne wrażenie pod względem realizacyjnym.

Advertisement

Owszem, wybuchów jest dużo i są widowiskowe, ale odnosiłem wrażenie, że wraz z rosnącą ilością akcji i jej spektakularnością, gdzieś zatraca się to, co świadczyło o klasie El Mariachi, gdzie mniej znaczyło więcej. O ile jeszcze wątek nożownika granego przez Danny’ego Trejo, był naprawdę kozacki i wnosił trochę nadziei na to, że Rodriguez jednak zna umiar, a film pójdzie nieco skromniejszą ścieżką, nagle na ekranie pojawiają się oni, cali na czarno: przyjaciele głównego bohatera, z wielkimi futerałami na instrumenty pod pachami. Już gdy pierwszy z nich (oryginalny odtwórca postaci Banderasa w El Mariachi tak na marginesie), zaczyna strzelać z futerałów ciągłym ogniem karabinu maszynowego, coś we mnie powiedziało: Oj nie! Ale najgorsze miało dopiero nadejść, albowiem drugi z przybyłych na odsiecz Banderasowi Mariachi, zrobił nagle dziwny przykuc (coś jak słowiański, tylko z jedną nogą w bok, widocznie jakieś problemy z kolanem), zarzucił futerał na ramię i strzelił z bazooki ukrytej w środku. Szczerze? Czekałem tylko, aż w następnej scenie Banderas wjedzie w kadr prowadząc ostrzał z Katiuszy skitranej w fortepianie.

JEDŹ SPOKOJNIE MOTORKU (Nieuchwytny cel, 1993)

Czy możliwe jest jechanie na motocyklu bez trzymanki, stojąc na siodełku? Tak, trzeba tylko balansować ciałem, uspokoić narowisty motor ruchem ręki, i można jechać, w dodatku strzelając, w dodatku celnie. Niemożliwe? A jednak! Van Damme potrafi prowadzić jadące na wstecznym dwie ciężarówki Volvo z naczepami, trzymając je stopami za lusterka, więc z jakimś tam motorem bez naczepy, jadącym do przodu, miałby mieć problem?

Advertisement

YOU ARE UGLY MOTHER… (Pamięć absolutna, 1990)

Gdy jako 13-latek po raz pierwszy oglądałem Pamięć absolutną, pogubiłem się w scenie na lotnisku. Oto bowiem na arenie zdarzeń pojawia się dość rosła kobieta, można z tego wnioskować, że to Arnold Schwarzenegger kryjący się pod tak specyficznym przebraniem. I tak było w istocie, ale gdy z głowy kobiety zaczął wychodzić wielki tłok/rdzeń (whatever), zacząłem się zastanawiać, gdzie tam zostało miejsce na głowę Arnolda? Ale najgorsze było przede mną, oto bowiem w otwartej głowie wyglądającej dość realistycznie kobiety, ukazała się… sztuczna głowa dość nierealistycznie wyglądającego wyrobu Arnoldopodobnego.

To już nawet w kiczowatych gabinetach figur woskowych nad polskim morzem, można spotkać Arnolda bardziej podobnego do Arnolda. No więc zacząłem się zastanawiać, kto to w ogóle jest ten dziwny pan w głowie kobiety, dlaczego ma na sobie paskudną maskę zamiast twarzy, i dlaczego do fabuły wprowadzono nagle jakąś nową postać o urodzie ugniecionego naprędce plastelinowego ludka? Na szczęście po cięciu montażowym, pojawił się już prawdziwy Arnold. Uff. Czy zatem ekipa techniczna (ta sama, która kilkadziesiąt minut wcześniej zaprezentowała przełomowe efekty wizualne w postaci skanera ciała w metrze) próbowała sabotować film? Już sztuczny Arnold wyciągający sobie z nosa wielką kulkę (hmm.

Advertisement

..) w tym samym filmie, pozostawiał wiele do życzenia względem podobieństwa do aktora, ale fatalnie odwzorowana twarz Schwarzeneggera w scenie na lotnisku (prawdopodobnie jeden z najgorszych efektów charakteryzatorskich wszech czasów), naprawdę mogła mocno pokiereszować psychikę widzów.

LATAJĄCY ROBOCOP (RoboCop 3, 1993)

Ten film nic a nic się nie zestarzał, wciąż jest tak samo beznadziejny (chciałem napisać chu…wy, ale korekta by nie puściła), jak w dniu premiery. No, więc trzeba zmęczyć cały seans RoboCopa 3, powoli zajeżdżającego jego legendę, żeby dojść do naprawdę żenującej sceny, która po prostu depcze kultową postać Supergliny. Jak bym nie zobaczył, to bym nie uwierzył, otóż RoboCop lata za pomocą rakietowego plecaka, prawie jak Iron-Man. I prawie robi tu kolosalną różnicę. Tak koszmarnych, sztucznie i tanio wyglądających efektów specjalnych, oraz topornie nakręconej sceny akcji, nie widziałem od czasów Pana Kleksa w kosmosie; RoboCopowi zabrakło tylko rury od odkurzacza owiniętej wokół szyi.

Advertisement

 Co ciekawe, Fred Dekker – reżyser tego nędznego przedstawienia, po premierze RoboCopa 3, przez 25 lat pozostawał na wygnaniu z Hollywood i dopiero w 2018 roku zatrudnił go… Shane Black do pomocy (!) przy scenariuszu The Predator – źle zrobił.

ZABAWA ŻOŁNIERZYKAMI (X-Men: Mroczna Phoenix, 2019)

Jesteś Magneto (Magnetem?) i siłujesz się z Mroczną Phoenix, próbując jej wyszarpać śmigłowiec, którym dziewczyna miota jak szatan. W śmigłowcu jest tylko dwóch pilotów, którzy, jeśli nie dasz rady pokonać Mrocznej Phoenix (a nie idzie ci najlepiej), mogą zginąć. Co robisz w tej trudnej, wręcz beznadziejnej sytuacji? Chcąc zwiększyć liczbę potencjalnych ofiar i dociążyć o jakieś 600 kg maszynę, z której przejęciem już teraz masz problem, krzyczysz do pozostających poza śmigłowcem żołnierzy, na razie względnie bezpiecznych (!), żeby… get tu de czopa, który to czop stanowi śmiertelną pułapkę.

Advertisement

Ja bym za cholerę nie wsiadł, widząc co chwilę wcześniej stało się z pierwszym czop… tzn. helikopterem. Żołnierze jednak bez chwili namysłu wykonują twoje polecenie, jakby byli Oddziałem samobójczym z montypythonowskiego Żywotu Briana. Jakimś cudem udaje ci się wyrwać śmigłowiec spod władzy Mrocznej Phoenix, i ciskasz nim w dal, jak workiem z ziemniakami. Logiki w tej scenie tyle, co prawdziwego kina w filmach Marvela (to nie ja powiedziałem, to Scorsese!).

BLACK HAWK NA SMYCZY (Szybcy i wściekli: Hobbs i Shaw, 2019)

Sporo jest w Hobbs & Shaw scen… dyskusyjnych. O jednej z nich wspomniałem zresztą we wstępniaku. W filmie aż roi się od głupotek mniejszych i większych, ale niczego innego się nie spodziewałem, znając szybki i wściekły rodowód tego nikomu niepotrzebnego spin-offu. Jakoś nawet łyknąłem nagłą zmianę konwencji filmu z wypchanego nowoczesnością techno-akcyjniaka, w potyczkę wyposażonych w widły rednecków z gołymi torsami vs rozbrojone siły wroga, którym… przełączono karabiny w tryb OFF-LINE. Mój żenometr wywaliło jednak poza skalę w momencie, gdy główni bohaterowie postanowili, podczepiając samochód do śmigłowca, wyprowadzić na spacer ważącego ponad 5 ton Black Hawka.

Advertisement

 Ten, mimo udźwigu ponad 4 ton, nie mógł się biedny poderwać do lotu, choć powinien potraktować uczepione auto jak worek ziemniaków (co ja mam dziś z tymi ziemniakami, trzeci raz o nich wspominam, choć nawet ich szczególnie nie lubię), i odlecieć z nim, nie odczuwając zbytnio wagi intruza. Ale wcale nie to jest w tej sekwencji najgorsze/najgłupsze. To nadchodzi wraz z kolejnymi samochodami, które podczepiają się pod samochód Hobbsa i Shawa, i następne pod te poprzednie – a każdy kolejny łączy się z poprzednim za pomocą… magicznie zapinających się linek, klamer i połączeń, trafiających w swoje miejsce w równie wiarygodny sposób, jak w kreskówkach Looney Tunes Kojot utrzymywał się w powietrzu, dopóki nie spojrzał w dół.

A już cztery szczepione ze sobą samochody, ciągnące biednego Black Hawka, wyglądają jak ta rodzina ciągnąca rzepkę w czołówce Familiady. Ale i nawet nie to jest najgłupsze w tej sekwencji, bo już za chwilę Black Hawka trzyma na łańcuchu… sam The Rock, siłą własnych mięśni i grymasem bólu na twarzy! Dobra, dosyć, przechodzimy do następnego opisu. A nie, to już koniec.

Advertisement

Od chwili obejrzenia "Łowcy androidów” pasjonat kina (uwielbia "Akirę”, "Drive”, "Ucieczkę z Nowego Jorku", "Północ, północny zachód", i niedocenioną "Nienawistną ósemkę”). Wielbiciel Szekspira, Lema i literatury rosyjskiej (Bułhakow, Tołstoj i Dostojewski ponad wszystko). Ukończył studia w Wyższej Szkole Dziennikarstwa im. Melchiora Wańkowicza w Warszawie na kierunku realizacji filmowo-telewizyjnej. Autor książki "Frankenstein 100 lat w kinie". Założyciel, i w latach 1999 – 2012 redaktor naczelny portalu FILM.ORG.PL. Współpracownik miesięczników CINEMA oraz FILM, publikował w Newsweek Polska, CKM i kwartalniku LŚNIENIE. Od 2016 roku zawodowo zajmuje się fotografią reportażową.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *