publicystyka filmowa

ZABIĆ NIEŚMIERTELNEGO, czyli 20 ŻENUJĄCYCH SCEN

Autor: Rafał Donica
opublikowano

Znacie to uczucie, kiedy wasza ulubiona postać filmowa, ku waszej konsternacji, zachowuje się nagle jak ten Bobik z dowcipu, co to sam nie wiedział co odp…dala? I nie chodzi mi o to, że Ace Ventura nagle zaczął gadać tyłkiem, bo o ile było to faktycznie niesmaczne i po prostu głupie, to w jakiś sposób można się było tego po tej postaci spodziewać. Chodzi mi o takiego rodzaju niespodziewaną żenadę, jakby np. Arnold Schwarzenegger zaszedł w ciążę albo Dwayne Johnson wbił się w obcisłe kalesony i latał niczym wróżka zębuszka… oh, wait… No, więc w moim zestawieniu 20 ŻENUJĄCYCH SCEN chciałbym skupić się na aktorach/postaciach filmowych, które sprofanowały swój wizerunek, podeptały charakter stworzonej przez siebie postaci, zadrwiły z samych siebie i oczekiwań widzów, pozwalając reżyserowi nakręcić… ŻENUJĄCĄ SCENĘ ze swoim udziałem.

SNAKE PLISSKEN SPORTSMENEM I… MASOWYM ZABÓJCĄ? (Ucieczka z Los Angeles, 1996)

Pomyślałem sobie, że gorzej już być nie może. Jakże się myliłem!

Mniej więcej do połowy seansu Ucieczka z Los Angeles jest całkiem spoko. Fabuła bezpiecznie podąża ścieżkami przetartymi w absolutnie kultowej i bezsprzecznie klasycznej Ucieczce z Nowego Jorku. Snake Plissken spaceruje po zniszczonym L.A. w naprawdę kozackim stroju, a w tle przygrywa niezła ścieżka dźwiękowa (choć nie umywa się do genialnego soundtracku z poprzednika). OK, efekty specjalne są tragiczne, wyglądają tanio, sztucznie i tandetnie (choćby podróż łodzią podwodną czy skok Snake’a motorem na samochód), ale na to można przymknąć oko, wszak w Ucieczce z Nowego Jorku kilka scen też miało umowne efekty specjalne. Film Carpentera z 1996 roku zaczyna się psuć (a wręcz gnić) w momencie, gdy Snake zostaje schwytany i postawiony na… bieżni. OK, pomyślałem, to taka wymyślna tortura, będą podkręcać tempo, a Snake będzie musiał biec, aż padnie (no bo pewnie na tej bieżni nie ma tych bocznych paneli, na których można stanąć, jak biec się nie chce, hue hue…). Ale nie, Snake sobie idzie po tej bieżni, służąc za drugi plan podczas telewizyjnej przemowy głównego antagonisty filmu (może chodząc po tej bieżni, produkował prąd do zasilania kamery, nie wiem, w filmie nic o tym nie mówią). I tyle, koniec motywu bieżni, bez puenty. Pomyślałem sobie, że gorzej już być nie może. Jakże się myliłem!

Po chwili bowiem Snake prowadzony jest na boisko, gdzie okazuje się, że daje radę kilka razy z rzędu trafić do kosza, niczym Michael Jordan czy inna gwiazda NBA w szczycie formy. Zrozumiałbym, gdyby Snake okazał się lepszy w jakiejś walce wręcz, jak w pierwszej części, czy mistrzem w strzelaniu do celu z karabinu, ale że w kosza? Czemu, skąd, jak, dlaczego? Pomyślałem, że teraz już na pewno nie może być gorzej.

Och, jak ja się myliłem! Po chwili bowiem dostajemy kolejną konkurencję sportową – surfing! Tu także Snake okazuje się reprezentować mistrzowski poziom, podrywa go bowiem z ubitej ziemi wielka fala, a on bez problemu utrzymuje równowagę i w ogóle, jakby urodził się na desce. Pomyślałem sobie, że teraz to już na 100% nie może być gorzej, no bo przecież nie może być już bardziej żenująco niż Snake na bieżni, Snake w kosza i Snake na desce! I… tym razem się NIE pomyliłem, bo to durne latanie na paralotniach przez pół godziny dwa metry nad ziemią można litościwie wybaczyć i uwierzyć, ze Snake jako były komandos latać czymś takim się naumiał. Ale to wciąż nie koniec żenujących scen z udziałem kultowej postaci Plisskena. Otóż film kończy się wyłączeniem przez niego prądu na całej planecie i cofnięciem ludzkości do czasów Średniowiecza. Snake Plissken, cyniczny antybohater, którego kinomani pokochali za jego pyszałkowaty stosunek do władzy i który genialną Ucieczkę z Nowego Jorku zakończył niezapomnianą sceną, w której niszczył kasetę z przemówieniem prezydenta, w finale sequela staje się… masowym mordercą!

W filmie słyszymy tylko hasło „Wyłączył cały świat!”, i owszem, brzmi to cool, ale pomyślmy tylko; wyłączenie (na stałe!) elektryczności na całym świecie to m.in. wyłączenie prądu w szpitalach (aparatura podtrzymująca życie, inkubatory), na lotniskach, wyłączenie sygnalizacji świetlnej, przestają działać lodówki, sklepowe kasy, przestaje istnieć cala elektronika, samoloty rozbijają się podczas prób lądowania na zaciemnionych lotniskach, ludzie masowo umierają w szpitalach itd., itp. W dłuższej perspektywie Snake po prostu zniszczył ludzkość, a czegoś takiego nawet najfajniejszemu antybohaterowi wybaczyć nie można. Żenada.

OKULARY W KSZTAŁCIE GWIAZDEK (Terminator 3, 2003)

Gdy podczas pierwszego seansu zobaczyłem Arnolda wychodzącego z baru dla gejów z okularami w kształcie gwiazdek na nosie… w jakiś sposób ustawiło mnie to negatywnie do całego filmu, bo choć Arnold zorientowawszy się, że okulary są coś nie teges, szybko je zdjął, to dziwny niesmak u mnie jako widza pozostał. W zamyśle śmiesznym i niewinnym żarcikiem zmasakrowano w moich oczach kultową postać ponurego cyborga z przyszłości i na starcie rozmontowano, dekadencki w zamierzeniu, nastrój filmu. Wiadomo, już Cameron w T2 (w wersji reżyserskiej) puścił oko do widza, każąc się Arnoldowi uśmiechać w drewniany sposób, ale tam zachowano umiar i trafiono z humorem w punkt, niczego powadze sprawy i Terminatora nie ujmując. Aha, wypada jeszcze wspomnieć o Terminatorze: Genisys, gdzie Arnold szczerzy się w kilku scenach. Ale może film, w którym Terminator nazywany jest Dziadkiem, starzeje się oraz siwieje, pomińmy milczeniem, bo to już nie jest żenada, lecz filmowy pogrzeb T-800.

NIKT MNIE NIE SŁUCHA! (Terminator 3, 2003)

W Terminatorze 3 bohaterem żenującej sceny jest też John Connor (fatalna rola Nicka Stahla). Zawsze mam nieziemski ubaw (ale i jest mi też jednocześnie jakoś przykro), gdy John przystawia sobie pistolet do głowy, grożąc, że się zastrzeli, i krzyczy, że gówno wyjdzie z jego walki o ludzkość… ale nikt go nie słucha i każdy olewa fakt, że chłopaczyna stoi z gnatem przystawionym do skroni. No i jeszcze na początku filmu John się wywala na motorze na widok sarny… ehh, starczy tych żenujących scen z Terminatora 3, idziemy dalej.

POPLUŁEM SIĘ (Hulk, 2003)

Kurde, lubię film Anga Lee. Za fajne kombinacje montażowe z latającymi po ekranie komiksowymi kadrami, za świetną ścieżkę dźwiękową Danny’ego Elfmana, za Hulk vs czołgi i Hulk vs śmigłowce i Hulk vs F-22, a scenę, w której wkurzony kolos wybiega na pustynię przez tunel z laboratorium, wywalając z hukiem drzwi, wręcz ubóstwiam! Jednocześnie nie mogę znieść nadmiernej powagi i nadęcia, jakie Ang Lee i aktorzy wnieśli do tego, komiksowego przecież, filmu. Hello! To kino rozrywkowe, Hulk to wielki koleś w gaciach, które z jakiegoś powodu jako jedyna część garderoby nie ulegają popruciu. To nie traktat filozoficzny ani dramat egzystencjalny, tymczasem Eric Bana w scenie, w której opisuje swoje wrażenia związane z przemianą w swoje wkurwione alter-ego, gra chyba pod Oscara, sapiąc i śliniąc się, niczym spastykujący bohaterowie Idiotów Larsa von Triera. Żenada.

WIELKI PTAK (Wydział pościgowy, 1998)

Niech ktoś zatrzyma tę karuzelę śmiechu.

Sequel Ściganego nie miał najmniejszych szans dorównać oryginałowi, ale mógł być całkiem zgrabną kontynuacją losów ekipy pościgowej z filmu Andrew Davisa, wylewając nawet fundament pod trylogię albo i dłuższy cykl. Na czele ekipy wciąż stał nagrodzony (za występ w Ściganym) Oscarem Tommy Lee Jones. Niestety, ktoś postanowił zamordować sequel już w pierwszych minutach, ubierając Samuela Gerarda w strój wielkiego, żółtego ptaka. Nawet jakbym przebolał fakt, że Tommy Lee Jones wygląda w tym wdzianku po prostu żenująco, to jest ono przede wszystkim odrobinę niepraktyczne, ogranicza i spowalnia ruchy, no i mocno poci ukrytego w kostiumie aktora. Przez to Tommy Lee Jones zdecydowanie nie jest tu jak „Tommy Lee Jones w Ściganym„. Pozostali członkowie tytułowego U.S. Marshals poprzebierali się symbolicznie, byleby tylko nie wyglądać jak gliniarze (można? można!), dlatego zachodzę w głowę, kto wpadł na pomysł sabotowania postaci Samuela Gerarda i zrobienia z niego kuzyna postaci z Ulicy Sezamkowej. Być może miał to być ukłon w stronę Francuskiego łącznika, gdzie w prologu Gene Hackman przebrany za świętego Mikołaja ścigał pieszochodem uciekającego bandytę, ale w Wydziale pościgowym to po prostu nie pykło. Właśnie wyobraziłem sobie, jak Samuel Gerard rusza w stroju żółtego ptaka w pieszą pogoń za bandytą… Nie, dość, niech ktoś zatrzyma tę karuzelę śmiechu.

Ostatnio dodane