search
REKLAMA
Biografie ludzi filmu

LARS VON TRIER. Wszystkie filmy, czyli nie tylko fobie i perwersje.

Filip Jalowski

3 lutego 2014

REKLAMA

fale

Przełamując fale

Breaking the Waves, 1996 (pierwsza część Trylogii Złote Serce)

Przełamując fale to przełomowy film dla kariery Larsa von Triera. Z jednej strony został doceniony przez całe rzesze krytyków i zdobył wiele nagród na najbardziej prestiżowych festiwalach (w tym Grand Prix w Cannes). Sam Rogert Ebert nazwał go jednym z najważniejszych filmów lat dziewięćdziesiątych. Stał się on dla Duńczyka przepustką do pokoju zarezerwowanego dla twórców, z którymi zdecydowanie należy się liczyć. Z drugiej strony, stał się jednak również początkiem tworzenia stereotypu kina Larsa von Triera. To od tego momentu coraz większe rzesze widzów zaczęły widzieć w filmach Duńczyka jedynie chęć taniego grania na emocjach, szokowania widza dosłownością nawet najbardziej wstrząsających i intymnych scen. Czy słusznie?

I tak, i nie. Trylogia Złotego Serca, a przede wszystkim jej dwa segmenty – Przełamując fale oraz Tańcząc w ciemnościach – w istocie były bardzo świadomą grą na emocjach widza. Wiele osób do dziś leczy kinowe traumy spowodowane ich obejrzeniem. Nie zmienia to jednak faktu, że owa „gra na emocjach” została przeprowadzona w sposób mistrzowski. Widz dawał złapać się w pułapkę, Trier okazał się być świetnym myśliwym. Inną sprawą jest to, że za emocjonalnym szantażem reżysera zawsze kryje się refleksja, która w stereotypowym ujęciu jego twórczości spychana jest gdzieś poza margines. Jeszcze inną, że poza wspominanymi tytułami Trier wcale nie czyni z pastwienia się nad wrażliwością widza jednej z głównych części składowych tworzonych filmów.

Przełamując fale igra z publicznością, ale robi to w sposób niezwykle inteligentny. Cała ta zabawa w maksymalne zaangażowanie w losy bohaterki ma zresztą bardzo klarowny sens. Trier chce, aby widz zaczął stawiać sobie pytania, które nurtują jego samego. Jaki jest sens poświęcenia? Czy natura człowieka w jakiś tajemniczy sposób predenstynuje go do zła i samodestrukcji? Jak działa społeczeństwo? Czy istnieje Bóg, który czuwa nad tym całym cyrkiem? Trier wie, że nawet, gdyby spędził w książkach całe życie, to i tak nie odpowie ze stuprocentową pewnością. Przełamując fale rozpoczyna u niego okres poszukiwań, który – jak wskazuje dalszy rozwój jego twórczości – zapewne nigdy się nie skończy.

Historia żony poświęcającej się dla męża, ślepo wierzącej w sprawczą moc Boga, to dla Larsa von Triera początek twórczej dojrzałości. Mieszanie poważnej, na wskroś humanistycznej refleksji z czarnym jak smoła humorem oraz bolesną ironią stanie się wyznacznikiem jego kina. Na Przełamując fale można patrzeć przez palce, ale nawet wtedy nie sposób nie zauważyć, że mamy do czynienia z doskonałym kinem. [7/10]

idioci

Idioci

Idioterne, 1998 (druga część Trylogii Złote Serce)

Idioci to jedyny film Larsa von Triera, który w stu procentach realizuje zasady postulowane przez Dogmę 95 (TUTAJ o Manifeście DOGMA 95). Mamy zatem kręcenie z ręki, rezygnację z jakichkolwiek przyrządów optycznych, brak specjalnie budowanej scenografii czy też fabularnych urozmaiceń, które mogłyby odciągać uwagę widza od tego, o czym chce opowiadać reżyser. Ze względu na przestrzeganie tych restrykcyjnych zasad, Idiotów można rozpatrywać w kontekście filmowego eksperymentu. Film jest również policzkiem wymierzonym w oblicze nastawionego na mnożenie atrakcji kina komercyjnego. Podobno…

Podobno, bo ciężko rozpatrywać Dogmę zupełnie poważnie. Zostańmy przy samym Trierze, jednym z ojców założycieli ruchu. Za maksymalne oczyszczanie języka filmowego bierze się reżyser, który ma na swoim koncie takie tytuły jak Element zbrodni czy Europa. Filmy, w których wizualna ekstrawagancja częstokroć wydaje się być ważniejsza, aniżeli sama historia. Zresztą, forma jest dla Triera zawsze jednym z centralnych elementów dzieła filmowego i w takim kontekście spoglądałbym również na przygodę z Dogmą oraz Idiotami. To kolejny eksperyment z tworzywem. Jego konstytuowanie za pomocą manifestów jest dla mnie nieco cyniczne. Myślę, że w domowym zaciszu Trier czy też Vinterberg mieli z tego całego zamieszania dobry ubaw.

Jacy są jednak sami Idioci? Czy Duńczykowi udała się opowieść o ludziach próbujących odnaleźć się w społeczeństwie, które nie do końca im pasuje? Moim zdaniem nie do końca. Doceniam oryginalny i śmiały pomysł stojący u podstawy filmu. Udawaj szaleńca, aby zrozumieć całe szaleństwo, które otacza cię na co dzień. Odrzuć normy społeczne po to, aby odnaleźć samego siebie, przez lata tłamszonego przez wszelakiego typu zakazy, nakazy, tradycje. Pomysł Trier miał doskonały.

Idioci, nie wiedzieć czemu, jednak mnie nie poruszają. Nie potrafię sympatyzować z bohaterami, nie wywołują we mnie również awersji. Od początku do końca są mi zupełnie obojętni. Spoglądam na nich tak, jak na laboratoryjne myszy uczestniczące w dziwnym eksperymencie. Może to po prostu film nie dla mnie? [6/10]

P.S. Warto wspomnieć również o tym, że ostatnimi laty pomysł Triera podchwycił Giorgos Lanthimos. Kieł czy Alpy to zdecydowanie duchowi następcy Idiotów. Niestety, jeszcze mniej udani.

dancer

Tańcząc w ciemnościach

Dancer in the Dark, 2000 (trzecia część Trylogii Złote Serce)

Tańcząc w ciemnościach było moim pierwszym zetknięciem z trierowską trylogią Złotego Serca. Do dziś pamiętam, jak po zakończeniu oglądania wypłakiwałem oczy w kuchni. Nie wstydzę się tego, że dałem złapać się w emocjonalne sidła zastawione przez Duńczyka, ponieważ ciężko wskazać mi w najnowszej historii kina film, który w sposób tak przemyślany i rzemieślniczo sprawny manipuluje wrażliwością swojego widza. W Tańcząc w ciemnościach nic nie dzieje się przypadkiem. Wszystko dopracowane jest z iście zegarmistrzowską precyzją.

Strzałem w dziesiątkę jest obsadzenie w głównej roli Björk, która automatycznie kojarzy się widzowi z muzyką oraz śpiewem. Dzięki temu od pierwszych minut filmu wierzymy w to, że dźwięki są dla Selmy treścią życia. Z tego samego powodu ostatnia scena filmu jest dla widza tak szalenie traumatycznym przeżyciem. Zresztą, piosenkarka odgrywa rolę ślepnącej i zaszczutej matki z wyczuciem, którego nie powstydziliby się najwięksi aktorscy fachowcy. Całkowicie zasłużona Złota Palma za najlepszy występ kobiecy.

Gdy emocje związane z pierwszym seansem opadną, to właśnie Björk i warsztatowa sprawność Larsa von Triera pozostają w głowie widza najdłużej. Z perspektywy czasu nie sposób nie zauważyć bowiem tego, że sama historia jest nieco sztampowa – skrojona tak, aby oddziaływać a nie pobudzać do refleksji. Właśnie dlatego Tańcząc w ciemnościach jest chyba najbardziej perfidnym filmem Larsa von Triera, kwintesencją stereotypowej „vontrierowatości” (ramię w ramię z Antychrystem, który dopełnił stereotyp obrazem reżysera-dewianta). Nie zmienia to jednak faktu, że opowieść o Selmie to aktorsko-warsztatowe mistrzostwo świata, które można wykładać na uniwersytetach, aby uzmysłowić w jak dalekim stopniu dobrze zrealizowane kino może wpłynąć na ludzkie emocje. [8/10]

DOGVILLE

Dogville

2003 (część pierwsza “trylogii amerykańskiej”)

Kolejny film i kolejna trylogia, tym razem zatytułowana przez Triera USA – Land of Opportunities (USA – Kraina Możliwości). Trylogia nieskończona, ponieważ ostatecznie zakończona na stworzeniu dwóch tytułów – Dogville oraz Manderlay.

Akcja przenosi się zatem za wielką wodę, do lat trzydziestych XX wieku, czyli okresu ikonicznego dla kultury Stanów Zjednoczonych. Prohibicja, Wielki Kryzys, gangsterzy, samochody Forda, budowa drapaczy chmur – to tło dla niezliczonej liczby filmów amerykańskich, w tym dla nieśmiertelnych klasyków kina noir. Trier wybiera ten okres bardzo świadomie, bo od czego zacząć polemikę z mitem, jeśli nie od uderzania w jego najmocniejsze punkty?

Na etapie Dogville asceza Dogmy 95 jest już dla Duńczyka przeszłością. To kolejna zabawa z formą. Tym razem w trakcie realizacji filmu Trier odwołuje się do stylistyki, która stoi w jawnej opozycji do klasycznego kina amerykańskiego. Kręci film o latach trzydziestych na zasadzie elżbietańskiego przedstawienia, w którym świat przedstawiony pozostaje umowny, musi zostać stworzony w wyobraźni widza.

To, co ograne na deskach teatrów, na filmowym planie okazuje się być niezwykle świeże i odkrywcze. Mimo niemal całkowitego braku dekoracji widz szybko przestaje zwracać uwagę na to, że w istocie obserwuje grupkę ludzi krzątających się po pomazanym białą farbą parkingu. Co więcej, możliwość nieustannej obserwacji wszystkich mieszkańców tytułowej wioski intensyfikuje doznania i poszerza perspektywę, która – przy zrealizowaniu filmu w klasyczny sposób – byłałby ograniczona ścianami oraz wymuszanymi przez nie sposobami montażu i kadrowania. Dogville nie ma przed widzem tajemnic, niedostępnych kuluarów. Widz od początku do końca widzi wszystko, dlatego moralny upadek mieszkańców niewielkiej mieściny jest tak wstrząsający. Dostrzegamy, że zbrodni nie popełniają potwory, które pojawiają się znikąd i znikają zaraz po akcie przemocy. W Dogville potwory odpoczywają po pracy, siedzą przy stołach, kąpią się, przebierają, rozmawiają z bliskimi, posilają się miską zupy – są na wskroś ludzkie. [9/10]

 

CZYTAJ DALEJ (Manderlay, Pięć nieczystych zagrań, Szef wszystkich szefów, Antychryst, Melancholia, Nimfomanka)

 

REKLAMA