Connect with us

Publicystyka filmowa

Książka a film #26: W SAMO POŁUDNIE

„W SAMO POŁUDNIE” to klasyczny western, który zyskał uznanie dzięki emocjonującej fabule i niezapomnianemu występowi Gary’ego Coopera.

Published

on

Książka a film #26: W SAMO POŁUDNIE

John Marshall Cunningham był mało znanym amerykańskim pisarzem, który słynął z historii dziejących się na Dzikim Zachodzie. Zmarły w 2002 roku w Oregonie, gdzie spędził większość życia, Cunningham napisał zaledwie trzy powieści oraz kilka opowiadań. Do annałów przeszedł dzięki swojemu debiutowi – The Tin Star (ang. Blaszana gwiazda), który rozsławiła hollywoodzka adaptacja tekstu, czyli klasyczny reprezentant westernu, znany wszem i wobec jako W samo południe.

Film Freda Zinnemanna okazał się sensacją 1952 roku, zgarniając furę siana z kinowych kas i cztery Oscary (plus trzy inne nominacje do tej nagrody, w tym za najlepszy scenariusz) oraz przywracając blask gwieździe Gary’ego Coopera. Był wykorzystywany w wielu politycznych przepychankach swoich czasów, a po latach stał się też symbolem dla polskiej Solidarności. Dziś to klasyka kina przez duże K i jeden z kamieni milowych gatunku. Ale to również ciekawy przypadek produkcji, której związek z oryginałem jest bardzo wątły.

Advertisement

Ba! Na dobrą sprawę nie jest to pełnoprawna adaptacja noweli Cunninghama, mimo iż z pewnością nią zainspirowana i mająca wiele elementów wspólnych. Carl Foreman zaczął jednak pisać swój scenariusz, zanim natrafił na opublikowane w słynnym „Harper’s Magazine” opowiadanie (swoją premierę miało ono przy tym w 1947 roku na łamach pisma „Collier’s”). Dla świętego spokoju producent Stanley Kramer kupił więc prawa do dzieła Cunninghama, tak że w dalszej pracy Foreman miał ułatwione zadanie – mógł bezpośrednio sięgać do opowiadania po konkretne wątki czy nawet kopiować dokładnie poszczególne dialogi bez obaw, że zostanie oskarżony o plagiat. To zresztą on, a nie Kramer, zdołał wynegocjować zaledwie 25 tysięcy dolarów za prawa dla wydawcy The Tin Star.

I tutaj przydałoby się małe wyjaśnienie w kwestii nazewnictwa. W 1957 roku – a więc w pięć lat po premierze W samo południe – powstał film o takim właśnie tytule, u nas przetłumaczonym na Gwiazdę szeryfa, na którą tak właśnie woła się potocznie. Skąd zatem High Noon (oryginalny tytuł filmu Zinnemanna)? Cóż, tak brzmiała robocza nazwa jednej z poprzednich produkcji Kramera – Home of the Brave (1949), do której również skrypt napisał Foreman i gdzie też wystąpił Lloyd Bridges (ekranowy zastępca Harvey, którego swoją drogą próżno szukać w opowiadaniu pod tą samą formą).

Advertisement

Jakby tego było mało, film zawiera też odniesienia do Człowieka, który zdemoralizował Hadleyburg Marka Twaina, z którego równie krótką historyjką ma przecież wspólną tematykę. Są tu też drobne inspiracje wypuszczonym nieco wcześniej westernem Jim Ringo (1950) z Gregorym Peckiem w roli głównej. Oraz samą Biblią (choćby nazwisko głównego bohatera).

Wracając jednak do meritum, film Zinnemanna w starciu ze swoim pierwowzorem przypomina nieco casus Tolkienowskiego Hobbita. Abstrahując od sposobu narracji – rewolucyjnego w filmie, sztampowego i miejscami zwyczajnie słabego w noweli – papierowe W samo południe liczy sobie bowiem zaledwie kilkanaście stron formatu A5, a ruchomy obraz dobija do blisko półtorej godziny seansu. Co za tym idzie, filmowcy rozwinęli wszystkie możliwe wątki jedynie zarysowane w opowiadaniu, czyli głównie ilość mieszkańców miasteczka oraz bardziej złożone relacje między nimi. I tutaj następuje pierwsza wyraźna różnica między oboma dziełami, czyli ich protagonista.

Advertisement

Szeryf Kane w wykonaniu Coopera to szczęśliwy nowożeniec, którego najbliższe plany uwzględniają emeryturę oraz podróż poślubną; wszystko przerywa nagła wiadomość o wypuszczeniu z więzienia i powrocie do miasta niejakiego Franka Millera (w opowiadaniu: Jordan) – bandyty mającego na pieńku z Kane’em. Tymczasem w The Tin Star szeryf nazywa się Doane, jest wdowcem i artretykiem bez większych perspektyw na dalsze życie. To z kolei przekuwa się w inne pobudki nim kierujące. Choć obie wersje stróża prawa decydują się stanąć oko w oko ze swoim nemezis, bo tak nakazuje im etyka zawodowa, to jednak wszelkie okoliczności i uwarunkowania są zgoła inne.

Filmowego szeryfa w końcu nikt, prócz pojawiającej się pod koniec młodej żony, nie wspiera – zostaje sam przeciw czterem rewolwerowcom. Woli wybrać to rozwiązanie, niż uciekać i ukrywać się do końca życia, co niemal kosztuje go miłość świeżo poślubionej kobiety, która nie rozumie takiej postawy.

Advertisement

Książkowy szeryf nie ma natomiast nic do stracenia, bo doskonale wie, że najlepsze lata ma już za sobą (w filmie motyw ten zrzucono na drugoplanową postać mentora Kane’a, który właśnie dlatego odmawia mu wsparcia, bo wie, że tylko by mu przeszkadzał). Broni miasteczka, bo co innego ma do roboty? To w końcu jego miasto – jak tłumaczy zmarłej żonie, a w domyśle sobie. Mimo szansy nie rezygnuje nagle z urzędu szeryfa, gdyż wie, że i tak nikt inny się tego zadania nie podejmie. Jego młodsi zastępcy odchodzą od niego, bo uważają, że źle podszedł do całej sprawy. A pozostałych mieszkańców, którzy w oryginale praktycznie nie istnieją, Doane nawet nie prosi o jakąkolwiek pomoc. Zamiast tego czeka na pierwszy ruch przeciwnika i udaje się na cmentarz, gdzie zresztą zastaje go strzelanina, która oczywiście ma także zupełnie inny, nie tak emocjonujący przebieg.

Głównie z uwagi na upływ czasu, na kartach opowiadania pozostający bez znaczenia. W filmie pociąg ma stawić się o tytułowej godzinie i zanim to nastąpi, otrzymujemy znakomitą podbudowę dramaturgiczną pod jego przyjazd. W noweli tylko raz i w dodatku mimochodem wspomniana jest godzina przybycia Jordana – 16.10, co może przywoływać na myśl inny słynny western, 15.10 do Yumy (1957), kiedy to stanowiący cel bohaterów pociąg… odjeżdżał ze stacji. Stacji tej w dodatku u Cunninghama w ogóle nie odwiedzamy, a obecność stalowej maszyny jest ledwie nadmieniona.

Advertisement

Jednocześnie znamienny jest fakt, iż obie wersje dzieją się w tak zwanym czasie rzeczywistym, choć jego upływ jest, rzecz jasna, o wiele lepiej widoczny i oddziałujący na odbiorcę w filmie. W porównaniu z nim opowiadanie wypada dość blado pod względem stopniowania napięcia. A i stawka rozgrywki jest jakby mniejsza.

Co ciekawe, tu też szeryf nie walczy sam. Oprócz niego za rewolwer pociąga jeszcze Toby, czyli ekwiwalent młodego Bridgesa w filmie i jeden z trzech mieszkańców, którzy odgrywają jakąkolwiek rolę w całej tej kabale. On także musi zrewidować swoje spojrzenie na urząd szeryfa, co udaje mu się pod wpływem działań szefa, z którym początkowo się nie zgadza, ale ostatecznie przejmuje po nim rolę „psa” (między nimi nie dochodzi jednak do żadnych rękoczynów, a nawet większej kłótni). Szybko postrzelony w nogę odpada z pojedynku, wcześniej eliminując jednego z bandytów. Ci biorą go potem za zakładnika, niczym ekranową Grace Kelly.

Advertisement

Lecz o ile w filmie wszystko to kończy się szczęśliwie, a ranny Kane rzuca na ziemię swoją gwiazdę i odjeżdża z ukochaną w siną dal (do zachodu słońca jeszcze kawał czasu, więc przynajmniej ten schemat nie został dopełniony), o tyle na ostatniej stronie The Tin Star, po wyczerpującej walce, ciężko ranny Doane… umiera w ramionach Toby’ego. Mamy zatem klasyczny, acz, mimo wszystko, gorzki motyw całkowitego poświęcenia, który za pomocą innych środków rezonuje w podobny sposób, co w filmie.

Zarówno inaczej rozłożone akcenty, jak i nadanie miejscu oraz jego mieszkańcom odpowiedniej tożsamości zupełnie zmieniają jednakże cały wydźwięk. Dość napisać, że w tej króciutkiej historyjce próżno szukać choćby skomplikowanego trójkąta miłosnego z udziałem pięknej Helen Ramírez (Katy Jurado). Jej obecność dosadnie rozbudowuje też wątek meksykański, który Cunningham tylko zarysowuje w paru zdaniach, swoje dzieło wyzbywając z jakiejkolwiek obecności nie tylko Latynosów, ale i napędzających działania bohaterów miłości i pożądania. Zinnemann i spółka w ożywieniu książkowej społeczności na dużym ekranie zaszli nawet tak daleko, że wprowadzili humorystyczny przerywnik pod postacią drobnego pijaczka (charakterystyczna legenda drugiego planu, Jack Elam), korzystającego z uroków pustego saloonu. Scena ta jednakże wypadła z montażu – podobnie jak cały wątek… drugiego szeryfa, w którego wcielił się James Brown, a którego odpowiednika także próżno szukać w opowiadaniu.

Advertisement

Ostatecznie jest więc W samo południe doskonałym przykładem twórczego podejścia Hollywood do materiału źródłowego. Pomijając fakt, że ten ostatni niejako przypadkiem stał się tu punktem odniesienia, to filmowcy zdołali przekuć tą generalnie niezbyt ekscytującą i mało oryginalną opowiastkę w prawdziwy majstersztyk, który na stałe zmienił nie tylko westernowy krajobraz. Reszta jest historią.

Advertisement

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *