search
REKLAMA
Książka a film

Książka a film #26: W SAMO POŁUDNIE

Jacek Lubiński

30 maja 2020

REKLAMA

John Marshall Cunningham był mało znanym amerykańskim pisarzem, który słynął z historii dziejących się na Dzikim Zachodzie. Zmarły w 2002 roku w Oregonie, gdzie spędził większość życia, Cunningham napisał zaledwie trzy powieści oraz kilka opowiadań. Do annałów przeszedł dzięki swojemu debiutowi – The Tin Star (ang. Blaszana gwiazda), który rozsławiła hollywoodzka adaptacja tekstu, czyli klasyczny reprezentant westernu, znany wszem i wobec jako W samo południe.

Film Freda Zinnemanna okazał się sensacją 1952 roku, zgarniając furę siana z kinowych kas i cztery Oscary (plus trzy inne nominacje do tej nagrody, w tym za najlepszy scenariusz) oraz przywracając blask gwieździe Gary’ego Coopera. Był wykorzystywany w wielu politycznych przepychankach swoich czasów, a po latach stał się też symbolem dla polskiej Solidarności. Dziś to klasyka kina przez duże K i jeden z kamieni milowych gatunku. Ale to również ciekawy przypadek produkcji, której związek z oryginałem jest bardzo wątły.

Ba! Na dobrą sprawę nie jest to pełnoprawna adaptacja noweli Cunninghama, mimo iż z pewnością nią zainspirowana i mająca wiele elementów wspólnych. Carl Foreman zaczął jednak pisać swój scenariusz, zanim natrafił na opublikowane w słynnym „Harper’s Magazine” opowiadanie (swoją premierę miało ono przy tym w 1947 roku na łamach pisma „Collier’s”). Dla świętego spokoju producent Stanley Kramer kupił więc prawa do dzieła Cunninghama, tak że w dalszej pracy Foreman miał ułatwione zadanie – mógł bezpośrednio sięgać do opowiadania po konkretne wątki czy nawet kopiować dokładnie poszczególne dialogi bez obaw, że zostanie oskarżony o plagiat. To zresztą on, a nie Kramer, zdołał wynegocjować zaledwie 25 tysięcy dolarów za prawa dla wydawcy The Tin Star.

I tutaj przydałoby się małe wyjaśnienie w kwestii nazewnictwa. W 1957 roku – a więc w pięć lat po premierze W samo południe – powstał film o takim właśnie tytule, u nas przetłumaczonym na Gwiazdę szeryfa, na którą tak właśnie woła się potocznie. Skąd zatem High Noon (oryginalny tytuł filmu Zinnemanna)? Cóż, tak brzmiała robocza nazwa jednej z poprzednich produkcji Kramera – Home of the Brave (1949), do której również skrypt napisał Foreman i gdzie też wystąpił Lloyd Bridges (ekranowy zastępca Harvey, którego swoją drogą próżno szukać w opowiadaniu pod tą samą formą). Jakby tego było mało, film zawiera też odniesienia do Człowieka, który zdemoralizował Hadleyburg Marka Twaina, z którego równie krótką historyjką ma przecież wspólną tematykę. Są tu też drobne inspiracje wypuszczonym nieco wcześniej westernem Jim Ringo (1950) z Gregorym Peckiem w roli głównej. Oraz samą Biblią (choćby nazwisko głównego bohatera).

Wracając jednak do meritum, film Zinnemanna w starciu ze swoim pierwowzorem przypomina nieco casus Tolkienowskiego Hobbita. Abstrahując od sposobu narracji – rewolucyjnego w filmie, sztampowego i miejscami zwyczajnie słabego w noweli – papierowe W samo południe liczy sobie bowiem zaledwie kilkanaście stron formatu A5, a ruchomy obraz dobija do blisko półtorej godziny seansu. Co za tym idzie, filmowcy rozwinęli wszystkie możliwe wątki jedynie zarysowane w opowiadaniu, czyli głównie ilość mieszkańców miasteczka oraz bardziej złożone relacje między nimi. I tutaj następuje pierwsza wyraźna różnica między oboma dziełami, czyli ich protagonista.

Szeryf Kane w wykonaniu Coopera to szczęśliwy nowożeniec, którego najbliższe plany uwzględniają emeryturę oraz podróż poślubną; wszystko przerywa nagła wiadomość o wypuszczeniu z więzienia i powrocie do miasta niejakiego Franka Millera (w opowiadaniu: Jordan) – bandyty mającego na pieńku z Kane’em. Tymczasem w The Tin Star szeryf nazywa się Doane, jest wdowcem i artretykiem bez większych perspektyw na dalsze życie. To z kolei przekuwa się w inne pobudki nim kierujące. Choć obie wersje stróża prawa decydują się stanąć oko w oko ze swoim nemezis, bo tak nakazuje im etyka zawodowa, to jednak wszelkie okoliczności i uwarunkowania są zgoła inne. Filmowego szeryfa w końcu nikt, prócz pojawiającej się pod koniec młodej żony, nie wspiera – zostaje sam przeciw czterem rewolwerowcom. Woli wybrać to rozwiązanie, niż uciekać i ukrywać się do końca życia, co niemal kosztuje go miłość świeżo poślubionej kobiety, która nie rozumie takiej postawy.

Avatar

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA