Kino klasy Z

PTAKODEMIA. Wieszakiem w gify

Katastrofalny film i thriller wywołujący ciarki zażenowania

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

Uwaga, ten film robi przecier z mózgu. Naprawdę. Oto najniższe kręgi piekielne kina. Tommy Wiseau ze swoim klasycznym już The Room czy Neil Breen z natchnionym Fateful Findings patrzą na nie z góry, ze światów łatwiej przyswajalnego szlamu. Podobnie Samurai Cop – on także odcina się swoim tanim mieczem od tego, co wyprawia się w Ptakodemii. Schodzimy na pułap tak niski że nawet ci, którym śmieciowe filmy otwierają czakry i rozświetlają ciemne noce, tym razem mogą jęknąć z bólu.

Rod, młody sprzedawca oprogramowania, zaprasza na randkę Nathalie, przyszłą modelkę Victoria’s Secret. Ona lubi koty i kręcić się ze znajomymi. On – mówić o pracy i poruszać się jak drąg. Po pierwszym spotkaniu randkują dalej pod słonecznym niebem Kalifornii. Pewnego ranka budzą się w świecie jak z koszmaru. Nad ich miasteczkiem pojawiają się chmary agresywnych orłów, mordujących ludzi bez żadnego wyraźnego powodu. Pozostanie w miejscu oznacza śmierć.

Za dziesięć tysięcy dolarów dał światu siermiężne, czerstwe i tak poronione widowisko, że mózg próbuje zaprzeczyć temu, co widzi.

Amatorstwo tej produkcji tryska jak krew z windy w Lśnieniu. Każdy z trzech „złych” tytułów, które wymieniłem w pierwszym akapicie, posiada sceny czy ujęcia, które mogłyby – przy szybkiej, pobieżnej ocenie – przypominać „normalne” kino. Nie Ptakodemia. Tutaj jest tak źle i biednie, że reżyser schodzi poniżej poziomu filmów z wesela. Dosłownie. Bo czy wyobrażacie sobie, żeby na obrazie z tego typu uroczystości nie było słychać, co mówią bohaterowie? W Ptakodemii w scenie randki na plaży wiatr zagłusza dialogi. Za to w wielu innych najpierw pojawiają się słowa, potem aktorzy otwierają usta. To wynik fatalnego montażu dźwięku. Nie jedynej wady tej produkcji… A swoją drogą, warto nadmienić, że zalet obraz właściwie nie posiada…

Reżyser – wielki fan Hitchcocka, sam siebie mianujący mistrzem romantycznych thrillerów – chciał tym horrorem złożyć hołd Ptakom. Za dziesięć tysięcy dolarów dał światu siermiężne, czerstwe i tak poronione widowisko, że mózg próbuje zaprzeczyć temu, co widzi. Zwłaszcza że produkcja pochodzi z 2010 roku. Mimo to krwiożercze orły wyglądają jak najtańsze na świecie gify, z subtelnością Leatherfacea wklejone na taśmę filmową. Są płaskie, jednowymiarowe, jakby z Painta wycięte. Porażają nasze nerwy sztucznie ptasim piskiem (którego szybko nie zapomnę). Kiedyś równie niesamowite efekty specjalne otaczały czasami Tadeusza Drozdę w programie Śmiechu warte. Skojarzenie owych gifów ze starymi, topornymi grami komputerowymi także będzie na miejscu. Jakość wykonania elementu mającego budzić lęk jest tak niska, że każe zapytać, gdzie i w jakim stanie umysłu przebywał dotąd reżyser. Dodatkowo ptaki te wybuchają w kontakcie z ziemią i rzadko machają skrzydłami – a jednak unoszą się w powietrzu. Czasami wydają dźwięki spadających samolotów starszego typu… Makabrycznie sztuczne jest tu wszystko – paintowy ogień z lufy podczas pistoletowych wystrzałów, paintowy pożar lasu i wybuchy.

Jeśli pan James Nguyen chciał cynicznie zarobić, korzystając z pewnej koniunktury na „złe” kino, to maskuje się fantastycznie, bo film wygląda na paździerz zdecydowanie niezamierzony. Zdjęcia są tak nieklimatyczne, jak tylko mogą być – prześwietlone, niedoświetlone, nieostre. Wszelakie. Tylko nie dobre. Montaż chyba nie istniał. Sceny ciągną się w nieskończoność. Przeżywamy więc przygodę stania w korkach, jeżdżenia autem, wchodzenia gdzieś, wychodzenia skądś, czekania na coś, oglądania telewizji i festiwalu dyni. Muzyka brzmi jak zaprojektowana przez słaby komputer napędzany na korbkę, inspirujący się miejscami Johnem Williamsem. Na tak parchatym tle obśmiewany z góry na dół The Room jest – przynajmniej w aspekcie technicznym – majstersztykiem i superprodukcją.

Nguyen mówi, że 60 procent filmu robią aktorzy. Fantastycznie. Tyle że u niego drewno spotyka drewno. W życiu czasami jest z takich sytuacji ogień – no, po tarciu choćby – ale bohaterów Ptakodemii wypełniają wata i trociny, więc słuchając ich, przyciskamy ręce do czoła. Nguyen każe nam obserwować ich zbliżanie się do siebie przez pół filmu, bo – jak to często bywa w kinie katastroficznym – fajerwerki zaczynają się dopiero po solidnym zawiązaniu akcji. Kto dotrwa do części wypełnionej grozą, będzie świadkiem starcia ludzi uzbrojonych w wieszaki z dzikim ptactwem.

Zwraca uwagę fakt, że ptasia inwazja rozpoczyna się po tym, jak między parą dochodzi do fizycznego zbliżenia, zgodnie z prostą wykładnią horroru: albo czystość i sielanka, albo seks, a potem koszmar. Jednak przyznaję, że czuję się nieswojo, szukając drugiego dna w czymś, co samo w sobie jest dnem. Acz wyraźnie wybrzmiewa tu wątek ekologiczny. Film sugeruje, że ptasia agresja jest wynikiem ptasiej grypy, wyrosłej z kolei z globalnego ocieplenia. Wcześniej Rod zainstaluje w domu panele słoneczne i będzie oglądał wiadomości o topniejących lodowcach. Nie bez znaczenia pozostaje też powracająca jak bumerang ordynarna, zrobiona chyba na Casio przeróbka Imagine Johna Lennona oraz ekscentryczna postać „człowieka z lasu” – miks mistyka i ekologa, chroniący się w dziczy przed katastrofą. W toku seansu mignie nam też parę razy adres internetowy prowadzący na stronę Yoko Ono o pokoju na świecie. Ale nie ma się co dziwić, Nguyen prywatnie marzy o globalnym zaniechaniu przemocy, a swój film – oparty w 60 procentach na swych własnych przeżyciach – traktuje jak znak ostrzegawczy dla ludzkości. Końcówka Ptakodemii pozostaje enigmatyczna, czerstwa i przeciągnięta do długiego ujęcia na niejedno ziewnięcie.

To jest gorsze niż wszelkie rekiny cyckojady czy duchy tychże rekinów. Kiedy prawie zerowy budżet spotyka zerowy talent, dzieje się Ptakodemia. Pozostaje pytanie, czy ktoś może mieć z tego coś, co oscylowałoby w rejestrach zbliżonych do przyjemności. Odpowiem wyłączenie za siebie. Tak, dobrze się bawiłem, oglądając sceny z ptakami; parokrotnie wycisnęły ze mnie śmiech, którego nie mogłem powstrzymać. Tak samo reagowałem na niektóre sekwencje z udziałem hipersztywnych bohaterów. Wrażenia niejednoznaczne. Produkcja hipnotyzująco zła i dogłębnie niestrawna naraz. Brakowało mi w niej ludzkiego pierwiastka. Bohater The Room, glina z Samurai Cop czy (o mój boże, jednak to piszę!) nawet postać odtwarzana przez narcystycznego i bucowatego Neila Breena w Fateful Finding – wszyscy oni ciągnęli jakoś brudne i ciężkie wagoniki pełne żylastego fabularnego mięsa. Ciągnęli, bo mieli w sobie – mniej lub więcej – coś ludzkiego. Ptakodemia gubi ów element na rzecz obrazu uczucia dwóch kukiełek rodem z reality show. Mimo to miłośnicy ekstremy powinni się zmierzyć z pozycją o najmniej przerażających monstrach świata.

Okazało się zresztą, że popkultura zdolna jest wchłonąć nawet coś tak obskurnego. Nie dość, że gotowa jest już kontynuacja filmu (a Nguyen marzy o serii na wzór Terminatora, najlepiej z odcinkiem w 3D), a latających bohaterów Ptakodemii możecie sobie kupić albo zamówić na kubku czy koszulce. Odlot.

Ostatnio dodane