search
REKLAMA
Archiwum

ODLOT. Sympatyczna historia bez magicznej iskry

Andrzej Wiśniewski

10 marca 2021

REKLAMA

Pixar przez ostatnie lata przyzwyczaił nas do prawdziwie wysokiej jakości. Charakterystyczna czołówka z biurkową lampką Luxo Jr. zawsze zapowiada oryginalną historię, wciągająca fabułę i wizualną ucztę. Metka “Pixar” nabrała w świecie filmowym znaczącej wartości zarówno artystycznej, jak i finansowej. Produkcje Pixara wznoszą się wysoko ponad ignoranckie pojmowanie animacji jako bajki dla dzieci czy rysunkowego filmu. Ich filmy są tematem paneli dyskusyjnych w temacie cyfrowych mediów, podlegają skrupulatnym analizom filmowym czy nawet pierwszym filmografiom. Wszystko to powoduje, że premiera każdego nowego obrazu tej wytwórni wyczekiwana jest przez recenzentów i widzów z wypiekami na twarzy. Nie inaczej było oczywiście w przypadku najnowszej produkcji – Odlot (aż się chce zapytać dlaczego nie W górę? Dlaczego Up w magicznych słownikach polskich tłumaczy-dystrybutorów oznacza pokrętny Odlot).

Pierwsza w historii Pixara produkcja 3D (nie licząc zremasterowanej właśnie Toy Story) narobiła dużo szumu jeszcze przed oficjalną, światową premierą. W Cannes animacja zebrała znakomite recenzje. Maszyna marketingowa Pixara szłą pełną parą, premiery odbywały się na całym świecie od maja 2009. Magazyny, billboardy, spoty, trailery – wszelkie możliwe media aż pękały w szwach od balonów i logo Up. I co? I nie poszło to wszystko w powietrze. Kolejny sukces Pixara jest już faktem. Faktem tak naturalnym, jakby każdy ich nowy film z definicji skazany był właśnie na sukces – artystyczny i finansowy. Gdzie leży tajemnica tego sukcesu? Jakie są magiczne skladniki i proporcje, poukrywane gdzieś w korporacyjnych sejfach Jobsa (tak, tego Steve’a Jobsa od wielkiego brata Apple), Catmulla, Lassetera i pozostałych mózgów operacji? Jak to się dzieje, że rokrocznie Pixar z taką łatwością wydaje na świat kolejne cudowne dziecko animacji, za każdym razem na nowo oszałamiając i porywając tłumy? Nie wiem. Po prostu nie wiem. Niemniej jednak jest to temat na zupełnie inną rozprawkę, wróćmy więc do samego filmu.

Odlot to, jak zwykle w repertuarze Pixara, historia zwariowana. Zwariowana o tyle, że dom głównego bohatera unosi się z fundamentów za pomocą balonów z helem, i jest nieodłącznym atrybutem postaci przez resztę filmu. Jest też głównym katalizatorem wszystkich wydarzeń, narzędziem sprawczym wszelkich przygód jakich bedziemy świadkami. Tak – dom wiszący na balonach z helem. Do tego mamy nadpobudliwego skauta, mówiące psy, zwariowane rajskie ptaki i niespełnione życiowe marzenia. Ale po kolei.

Film otwiera znakomita opowieść o miłości małego Carla i Ellie. Wspólne marzenia o podróży do Południowej Ameryki doprowadzają ich na ślubny ołtarz. W pierwszych 10 minutach twórcom udało się zmieścić przepiękną historię miłości i prozy życia. Udało się to ująć w sposób sympatyczny, słodki, a jednocześnie bardzo smutny i dramatyczny, ale nie łzawy. Jest to chyba najbardziej dojrzała opowieść Pixara jaką mieliśmy okazję do tej pory obejrzeć. Retrospekcja ta, to jeden z najbardziej wartościowych elementów filmu. Wracając jednak do fabuły – dziś Carl Fredricksen to nieco stetryczały, samotny dziadek. Nadal mieszka w tym samym, starym domu, który jednak znajduje się dziś na placu budowy. Na placu budowy dlatego, że cała ziemia dookoła jego posesji została sprzedana bezwględnemu developerowi, a budowa nowego kompleksu apartamentowców jest już w toku. Oczywiście Carl, przypominający nieco Walta Kowalskiego z Gran Torino, nie chce nawet slyszeć o gigantycznych milionach jakie oferują mu developerzy, w zamian za oddanie ostatniego skrawka ziemi pod inwestycję. W tych okolicznościach do domu Carla trafia nadpobudliwy skaut. Jego celem jest zdobyć ostatnią brakującą sprawność harcerską – pomoc starszej osobie. Trafia niestety w nienajlepszym momencie, tak więc Carl próbuje się go chytrze pozbyć, na przekór wrodzonej upartości i zawziętości małego skauta Rusella.

Tak zawiązuje się historia, która swój finał mieć będzie w odległej dziczy Rajskich Wodospadów, z udziałem między innymi rajskiego ptaka-dziwaka o imieniu Kevin. Przyznać trzeba, że Kevin podstępnie skradł pierwszą część rozwinięcia akcji. Gwarantuję, że dostarczy dużo rozrywki i niejednego napadu niekontrolowanego śmiechu. Dobrze jednak, że znakomicie wybalansowano tę postać z innymi i nie zaserwowano nam etatowego klauna-osła rodem ze Shreka. Idąc dalej tym tropem – antagonista sprawia wrażenie najsłabszego villaina ze wszystkich produkcji Pixara. Jest zwyczajnie mało przekonywujący. Jest tego dość wyraźna przyczyna, której nie będę spoilerował. Efekt jest taki, że żadna ze scen dramatycznych nie przynosi zamierzonego dramatycznego efektu. Po prostu nie kupujemy go jako antagonisty. Niemniej jednak postać ta, jak i cały wątek, dość czytelnie wzorowane są na motywach z Zaginionego świata Artura Conana Doyle’a, czy wielu późniejszych filmowych adaptacjach. Wątek bliższy rzeczywistości to fakt, że postać ta nazwana została po osobie Charlesa Mintza, który miał na pieńku z Waltem Disneyem w latach 30. (mówi się, że ukradł prawa do jednego z ówczesnych projektów, co miało doprowadzić Disneya do stworzenia w ambicjonalnym odwecie postaci Mickey Mouse).

Avatar

Andrzej Wiśniewski

REKLAMA