Kino klasy Z

KOMORNIK. Scott Adkins więcej mówi niż kopie

Szpagat między bijatyką a kinem gangsterskim - średnio udany.

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

Scott Adkins to imię i nazwisko aktora, a także pewna gwarancja. Brytyjczyk od lat dostarcza nam solidnego mordobicia. W jego filmach ludzie tłuką się tak, jakby dopiero co wyrwali z jakiegoś kasetowego pudełka. Adkins nie schodzi na razie z obranej ścieżki, choć – jak większość twardzieli – musi niekiedy przesunąć akcenty w swoim emploi. I tak jak Seagal stał się na potrzeby paru filmów zabijaką-ekologiem, a Van Damme – parą bliźniaków, tak Scott w Komorniku otworzył się na bardziej rozbudowaną fabułę i wątki mogące się kojarzyć z kinem Scorsese czy Tarantino

French to trener sztuk walki, któremu interes nie idzie najlepiej. Postanawia więc zająć się ściąganiem długów dla mafii. W tajniki zawodu wprowadzi go nie najmłodszy, za to mający duże doświadczenie w branży Stu. Mężczyźni muszą się szybko dotrzeć, bo praca z ludźmi generuje wiele nieprzewidzianych sytuacji.

Film wyreżyserował Jesse V. Johnson, będący od paru lat stałym współpracownikiem Adkinsa. Panowie podkreślają w wywiadach, że branża jest ciężka i trzeba po prostu robić pieniądze, ale i tak mam wrażenie obcowania z kinem autorskim, zawieszonym gdzieś poza czasem i szukającym innego widza niż kino wielkobudżetowe. Komornik nie jest najlepszym filmem Adkinsa. Nie gwarantuje tak esencjonalnej rozwałko-rozrywki w duchu VHS jak seria Champion czy Nieuchwytny cel 2. Komornik to próba zwiększenia złożoności fabuły i postaci. Zacznijmy od tego, że gwiazda musi tu dzielić ekran z Costasem Mandylorem grającym Stu. Bo – jak się okazuje – twórcy postawili na kino akcji w wariancie buddy movie. Słowem, bohaterem jest tu tandem, a nie indywidualista-szpagaciarz. To generuje typowe dla gatunku skupienie na dialogach i pogłębione spojrzenie na rodzącą się relację. Jej dynamika jest tu jedną z atrakcji obrazu. I trzeba przyznać, że obaj panowie poradzili sobie nadspodziewanie dobrze, tworząc trochę pokraczny duet, który jednak całkiem nieźle działa. Co prawda, żaden z aktorów nie jest Gibsonem ani Gloverem,  ale między bohaterami czuć chemię, a ich dialogi, chociaż nie wywołują salw śmiechu, nie ranią uszu. Dodatkowo obaj są zdecydowanie przekonujący jako faceci po przejściach. Trzeba też przyznać, że Adkins zadanie bycia „nieco komediowym” przyjmuje na klatę i – nie licząc pewnie na Złote Globy – ujawnia w swym twardobicepsowym aktorstwie pewien luz.

Film jest też bardziej „przyziemny” niż większość obrazów z Adkinsem. Oglądamy bohaterów, którzy z racji zawodu nie tylko obserwują, ale też współtworzą niełatwy świat. Wraz z nimi odwiedzamy ludzi, którzy utracili płynność finansową – czasami zabawnych, niekiedy niebezpiecznych – a także meliny i podejrzane lokale. Brak tu podziału na dobrych i złych. Trudny fach stawia „komorników” przed przed licznymi dylematami moralnymi. A im głębiej w etykę, tym mniej z lekka komediowego tonu, który oferowała pierwsza część seansu.

Zawartość mordobicia jest w Komorniku stosunkowo niska.

Cierpi na tym widowiskowość filmu. Zawartość mordobicia jest w Komorniku stosunkowo niska. Bójki są tu obecne, ale nie dominują nad całością. Nie są też ani tak spektakularne czy rozbudowane jak w Championie. Trafi się też jedna poważniejsza strzelanina, zdobna w użycie broni z czasów drugiej wojny. Jeśli w filmie ze Scottem Adkinsem pada więcej słów niż ciosów czy strzałów, widz ma pewne prawo zapytać, co właściwie obejrzał i po co to było. A jest to pewien miks. Gangsterskie motywy jak z Chłopców z ferajny, dialogi próbujące nadążać za Tarantino, wreszcie typowa dla buddy movie atmosfera półhumorystyczna tworzą w filmografii Adkinsa nową jakość, wskazując, że karateka nie boi się korzystać z innych niż dotychczas środków wyrazu.

Komornik nie wypada źle, ale nie dostarcza też pełnej satysfakcji. Wciąga na tyle, byśmy przymknęli oczy na wszelkie mielizny (po co były tu czarno-białe sekwencje hodowli bydła, kojarzące się z Davidem Lynchem?!) i niedoskonałości (fabularna i estetyczna przeciętność), lecz niestety nie stanowi ostrej, katartycznej rozwałki. Na pewno twórcy postarali się nam osłodzić nietypowość wypieku, gdyż jako rodzynki funkcjonują tu dwaj B-klasowi wymiatacze: Michael Pare i Tony „Candyman” Todd, obaj w roli typów spod ciemnej gwiazdy. Daje to w sumie rozrywkę w miarę udaną i zdecydowanie jednorazową.

Panie Adkins, popieram ideę eksperymentów, ale na przyszłość poproszę o trochę więcej „mielonki”.

Ostatnio dodane