Connect with us

Publicystyka filmowa

CZERWONA GORĄCZKA. 30 lat od premiery

CZERWONA GORĄCZKA to komedia, która z humorem łączy zimną wojnę i amerykański styl życia, idealnie oddając ducha lat 80. w radosnej odsłonie.

Published

on

CZERWONA GORĄCZKA. 30 lat od premiery

W drugiej połowie lat 80. zimne stosunki radzieckiego imperium ze światowym centrum kapitalistycznego wyzysku – USA – zaczęły topnieć na tyle, że Hollywood bez problemu sprowadziło je do formy radosnej rozrywki. Dwaj trzęsący globem giganci coraz częściej zaczęli ścierać się na dużym ekranie – i to nie tylko w propagandowych, opływających w muskuły i testosteron zapędach pokroju drugiej i trzeciej części Rambo lub w Rockym IV, lecz także w czysto komediowej manierze, zwykle sprowadzającej się do czerwonych towarzyszy stąpających (nie)pewnie po amerykańskiej ziemi.

Advertisement

Tak oto trwający kilka dekad niewygodny konflikt stał się kolejną maszynką do zarabiania pieniędzy. Dobrym reprezentantem tego trendu jest obchodzący właśnie swoje 30-lecie film Waltera Hilla.

Już w scenie otwierającej – tuż po tradycyjnej zabawie radzieckimi motywami pod napisy początkowe i w takt klasycznej muzyki Siergieja Prokofjewa – Arnold Schwarzenegger świeci gołym tyłkiem, po czym z moskiewskiej łaźni robi ruinę. Później, wzorem Grety Garbo w Ninoczce, szprecha po rusku i kaleczy akcent, zachowując przy tym kamienną twarz i mechaniczne ruchy Terminatora. Jego Ivan Danko – oficer służb porządkowych – jest przerysowanym do granic, komiksowym typem o iście aryjskich rysach twarzy, który najwyraźniej zabłądził za wschodnią granicą. Lecz jakimś cudem kupujemy go. Zwłaszcza gdy później – po wypadzie do jankesów, u których skrył się narkotykowy boss o gwałcącej psychikę facjacie Eda O’Rossa – ściera się z Jamesem Belushim w roli Arta Ridzika (sic!), który robi to samo co zwykle, czyli starając się wypaść cool, błaznuje i systematycznie rzuca w swojego umięśnionego kolegę ciętymi ripostami.

Advertisement

Nie jest trudno się domyślić, że Arnie ma w rękawie lepsze. Znamienne natomiast, że wszystkie przetrwały próbę czasu i politycznych przemian – w czym na pewno spora zasługa odpowiadającego wraz z Hillem i czterema innymi (!!!) kolesiami za skrypt Troya Kennedy’ego-Martina (pamiętny serial Na krawędzi mroku).

Zresztą zważywszy na fakt, że scenariusz był bezustannie przepisywany nawet w trakcie zdjęć, cała produkcja trzyma fason nad wyraz dobrze. Jasne, historia nie ma za grosz prawdopodobieństwa, a jej finał jest tak durny, że… Jest po prostu durny i przeskakujący rekina nie raz. Jak na ironię ta bliska zgrywy konwencja – tak bardzo przypominająca wcześniejsze dokonania Hilla w gatunku kina kumpelskiego/akcji – pozostaje zaskakująco poważna. Pojedyncze żarciki słowno-sytuacyjne, jak i bardzo celne docinki w stronę obu kultur żyjących pod rozgwieżdżonymi flagami, co chwila rozluźniają napięcie.

Advertisement

A strzelaninom i licznym bijatykom towarzyszą wręcz kreskówkowe efekty dźwiękowe, które automatycznie wywołują banana na twarzy, a co za tym idzie również odpowiedni dystans do ekranowej rzeczywistości i jej bohaterów. Lecz samo śledztwo i niemal wszystkie poboczne wątki są, jak by to powiedzieli Amerykanie, dead serious.

Niespecjalnie skomplikowana, ale wystarczająco wciągająca intryga wprowadza nas do mającego ręce i nogi świata przestępczego z całym dobrodziejstwem inwentarza – wliczając w to niezbyt popularne w amerykańskich filmach dialogi w obcym (tu: wrogim) języku, z obowiązkowymi napisami. Poszczególne pomysły inscenizacyjne na zarysowanie półświatka mają w sobie także niekiedy godne Francuskiego łącznika ambicje, nawet jeśli ostatecznie nie zostają one w pełni wykorzystane, ginąc niczym kolejne zakapiory.

Advertisement

Krew się leje, cycki okazjonalnie świecą pełnym blaskiem, a kurwy (w sensie przekleństw, nie prostych tutek) padają równie gęsto co ciała – pod tym względem film zapracował sobie na swoją kategorię R (choć do najlepszych dokonań austriackiego kulturysty także i w tej kwestii daleko). I nikt nikogo nie oszukuje, że w prawdziwym świecie jest inaczej, piękniej lub bardziej nobliwie.

W dodatku niemal wszyscy, poza wyciętym z kartonu – czy też raczej: stali – Arniem oraz przyjemniaczkiem Belushim, mają emocje tak mocno wypisane na przejętych sytuacją twarzach, że ich zaangażowanie warte jest iście oscarowego przedsięwzięcia. Peter Boyle, wciąż jeszcze młody Laurence Fishburne, piękna Gina Gershon czy nawet znajome twarze zwyroli trzeciego planu w osobach nieodżałowanego Briona Jamesa i Pruitta Taylora Vince’a – każde z nich reprezentuje chodzący schemat i gotowy zestaw cech charakterystycznych dla B-klasowej sensacji. A jednocześnie nie brak im dramatycznego zacięcia, ulicznej wiarygodności, potrafią zachowywać się i wysławiać jak ludzie z krwi i kości. Są uczciwie prawdziwi w swej sztuczności.

Advertisement

Notabene warto odnotować, że z równie przesadnymi zapędami przystąpiono do pracy na planie. Mister Universe aż trzy miesiące uczył się rosyjskiego, choć w przeciągu stu czterdziestu minut wypowiada zaledwie kilka niezbyt skomplikowanych zdań w tym języku. A jego amerykański partner z przydziału dwa tygodnie pracował na autentycznym policyjnym posterunku, aby przygotować się do roli, która ostatecznie sprowadza się do standardowego wizerunku gliniarza dużego ekranu, czyli takiego, który śmieszkuje i ma za nic rozkazy przełożonych. Jakby jednak nie było, to trzeba oddać Hillowi, że (po raz kolejny) udało mu się na tyle sprawnie połączyć ze sobą wszystkie sprzeczne elementy w atrakcyjne, składne i konsekwentnie utrzymujące swój klimat widowisko, które łyka się w prawdziwie rosyjski sposób – bez popity czy zagryzki. Na raz. A potem na drugą nóżkę.

Co ciekawe, produkcja Mario Kassara i Andrew G. Vajny – czyli legendarnego duetu ze studia Carolco, które w tamtej erze trzepało hit za hitem (tudzież robiło klasyk VHS za klasykiem VHS) – jest zarazem niezbyt widowiskowa, wręcz kameralna. Kręcony na udających Moskwę ulicach Węgier i Austrii oraz rodzimego Chicago film nie wyróżnia się specjalnie pod względem technicznym. Nie porywa ani wizualnie (choć stojący za kamerą Matthew F. Leonetti bynajmniej nie odwalił fuszerki), ani w sferze audio (kompozytor James Horner powtarza tu nie tylko tematy Prokofjewa, ale też własne z 48 godzin czy, także osadzonego w ZSRR, Parku Gorkiego), ani tym bardziej pod względem rozwałki oraz ogólnie pojętej widowiskowości.

Advertisement

Zdecydowanie bliżej mu do stonowanego Raw Deal aka Jak to się robi w Chicago niż do pozbawionego jakichkolwiek granic Commando. Być może dlatego zawstydzający Ściganego finał na dwa autobusy i mnóstwo pary (nie tylko tej w rękach) wydaje się taki absurdalny na tle odrobinę jedynie niedorzecznej całości, nadając jej ogólnego wrażenia jeszcze jednej grzesznej przyjemności z zamierzchłej ery.

Być może również dlatego mający na karku już trzy dekady akcyjniak ogląda się dziś lepiej, niż nakazuje logika. Znamienne zresztą, że w dniu premiery publika przyjęła go z mieszanymi uczuciami, dając Schwarzeneggerowi zarobić bardziej na czysto komediowych Bliźniakach. Blisko trzydzieści milionów budżetu – z czego osiem powędrowało do głównej gwiazdy – zwróciło się twórcom dopiero z czasem, za pomocą drugiego obiegu i kaset wideo nie do zajechania, na których Czerwona gorączka prezentowała się jakoś tak bardziej efektownie. A i miała w sobie o wiele więcej uroku niż ta późniejsza, „świąteczna”, w której Arnie robił z siebie debila w inny sposób.

Advertisement

Trzeba przy tym napisać, że dzieło Waltera Hilla zostało tuż przed dystrybucją pocięte i pozbawione kilku ważnych scen, przez co jego dynamika nie przychodzi w sukurs treści. Ale co tam! Ważne, że nie ma nudy.

Słit focia z planu.

Czerwona gorączka – na świecie znana również pod tytułami Inferno Vermelho, Danko i… Red Bull – nie rozpadła się wzorem Związku Radzieckiego. O jej solidnej jakości niech świadczy fakt, że pomimo całej głupoty, miałkości, braku konkretnego stylu czy naprawdę pamiętnych scen, oraz masy innych mankamentów, generalnie w oczy najbardziej kłuje tu epizod latającego po ulicach „Szikago” Arnolda w galowym stroju radzieckich stróżów prawa i potężnej czapie zimowej.

Ale cóż, jak to mówił Osgood Fielding III w Pół żartem, pół serio: nikt nie jest doskonały…

Advertisement

A na deser jeszcze kilka czerwono-gorączkowych ciekawostek:

– Nieliczne ujęcia na Placu Czerwonym powstały metodą partyzancką, gdyż Amerykanie nie dostali pozwolenia na filmowanie w tym miejscu.

Advertisement

– Broń Schwarzeneggera nazywa się Podbyrin i ma kaliber 9.2 mm. Próżno jednak szukać jej w sklepach, bo twórcy zmyślili tę markę, a pistolet wykonali ze zmodyfikowania Desert Eagle Magnum.

– Film zadedykowany jest kierownikowi kaskaderów – Benniemu E. Dobbinsowi – który w trakcie przygotowania jednej ze scen dostał ataku serca.

Advertisement

Advertisement

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *