search
REKLAMA
Fantastyczny cykl

KING KONG KONTRA GODZILLA. Runda pierwsza pojedynku gigantów

Jakub Piwoński

25 marca 2021

REKLAMA

W pewnym momencie wytwórnia Tōhō zdecydowała się na to, by drogą animację poklatkową zastąpić kostiumami i makietami. W King Kong kontra Godzilla mamy właśnie tego niechlubną demonstrację. Zarówno w wielką małpę, jak i wielkiego jaszczura wcielili się aktorzy (którzy ponoć w trakcie przygotowań do roli studiowali walki popularnego wrestlera – Toyonoboriego). Za pomoc w dewastacji otoczenia służyły odpowiednio zaprojektowane do rozmiarów makiety, które ludzie-potwory mogli niszczyć. I co tu dużo mówić – wygląda to przekomicznie, powiedzieć, że trąci to myszką, to jak nie powiedzieć nic. Jeżeli najlepsze efekty specjalne to te, których w filmie nie widać, to niestety w filmie z 1962 roku ta skrupulatnie zaprojektowana iluzja przypomina raczej tani żart. Kwintesencją tej nieporadności są tu rzecz jasna walki tytułowych potworów, czyli – jak by nie patrzeć – to, co powinno stanowić crème de la crème filmu. U Konga bije po oczach brzydko i niechlujnie zaprojektowany kostium, w którym aktor wygląda i rusza się jak pierwszy lepszy prankster, czyhający zza krzaków na swą ofiarę. Wyjątkowo ruchliwa Godzilla z kolei przypomina mi pluszowego dinozaura, którym bawi się mój syn, gdyż zamiast budzić grozę swym wyglądem, budzi raczej ochotę, by się do niej przytulić.

W jednej ze scen Kong zarzuca przeciwnika głazami.

Wszystko to jednak marność, bo jak już wspomniałem, seansem King Kong kontra Godzilla kieruje zasada znana z wrestlingu. Tak się składa, że za dzieciaka sam dałem się jej ponieść, żywo fascynując się tym pseudosportem. Wszystko rozbija się bowiem o emocje, które odczuwamy podczas poszczególnych starć. Nieważne, jak to zostaje pokazane, liczy się sam fakt pojedynku na szczycie i kibicowanie ulubionemu bohaterowi. We wrestlingu łatwo da się odczuć celową politykę organizatorów, wedle której tworzy się bardzo różnorodne postacie z oryginalnymi umiejętnościami i znakiem rozpoznawczym, a następnie konfrontuje je ze sobą. Druga rzecz wiąże się z bezpieczeństwem spektaklu, w którym bierzemy udział – wszyscy bowiem zdajemy sobie sprawę z tego, iż to wszystko jest bujdą na resorach, ciosy uderzające w powietrze nie zadają bólu, a zapaśnicy są bardziej biegli w aktorstwie niż sztukach walki. Ale paradoksalnie właśnie to, że cokolwiek by się na scenie nie działo, zawsze dostarczy to nam oczekiwanych emocji i zabawy, sprawia, że hale wypchane są po brzegi. Nie przypomina to przypadkiem długiej jak sznurek kolejki do kasy biletowej filmu King Kong kontra Godzilla?

Można też patrzeć na film z 1962 roku w sposób symboliczny. Kong to Ameryka, Godzilla to Japonia, oba mocarstwa stają tu więc w szranki o miano technologicznego lidera. Jest to zatem starcie Zachodu ze Wschodem. Znaczeniowość tę podkreśla fakt, iż film, jak już wspomniałem, doczekał się dwóch różniących się od siebie wersji – japońskiej i amerykańskiej. Pierwszą z nich właśnie omawiamy. Z kolei druga to wersja, która krótko po premierze trafiła na stół montażowy Amerykanów, by mogli podporządkować ją wymogom własnej widowni. Jej tworzeniem zajął się John Beck. Tak jak ta pierwsza charakteryzowała się lekkim, rozrywkowym tonem, tak ta druga była znacznie bardziej poważna, żeby nie powiedzieć patetyczna. Z tego, co udało mi się wyczytać, zmieniono na przykład charakter doktora Shigesawy, oryginalnie przejawiającego pokojowe nastawienie, by w wersji amerykańskiej stać się zwolennikiem użycia broni jądrowej w walce z potworami. Osią obu fabuł pozostał jednak niezmiennie wątek medialny, czyniący z głównych bohaterów żądnych sensacji dziennikarzy.

Azjatyccy aktorzy pomalowani na czarno? To dziś nie mogłoby mieć miejsca.

To doprowadza nas do smutnej kontestacji. Potwory pojawiły się w kinie nie tyle po to, by nas przestraszyć, nie tyle po to, by nas rozbawić, ale po to, by pokazać, jacy jesteśmy malutcy, i obnażyć nasze największe słabości. Nawet w obliczu wiszącej nad nami totalnej destrukcji miasta, katastrofy świata lub ekologicznej zapaści (bo w różne rejony wchodziły filmy z kaijū w roli głównej) nigdy nie przestaniemy gonić za sensacją, będącą dla nas życiowym paliwem. Nie będę zdradzał wam zatem, kto ten pojedynek wygrał lub kto powinien go wygrać w nadchodzącym remake’u. Nie ma to większego znaczenia. Najważniejsze, że zarówno w jednym, jak i drugim narożniku tego pojedynku bokserskiego znajduje się Matka Natura, która bez względu na przebieg starcia zawsze okazuje się zwycięska. Niech nie zwiedzie was ludzkie oblicze wielkiej małpy – ona ma słabość tylko do pięknych kobiet. To natura jest tu bohaterem, to jej powinniśmy kibicować.

Przeczytaj poprzednie odsłony Fantastycznego Cyklu

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Kulturoznawca, pasjonat kultury popularnej, w szczególności filmów, seriali, gier komputerowych i komiksów. Lubi odlatywać w nieznane, fantastyczne rejony, za sprawą fascynacji science fiction. Zawodowo jednak częściej spogląda w przeszłość, dzięki pracy jako specjalista od promocji w muzeum, badający tajemnice początków kinematografii. Jego ulubiony film to "Matrix", bo łączy dwie dziedziny bliskie jego sercu – religię i sztuki walki.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA