Publicystyka filmowa
FORREST GUMP, reżyseria PATRYK VEGA. Jak wyglądałaby KLASYKI KINA według twórcy Botoksu
FORREST GUMP w interpretacji PATRYKA VEGI to zaskakująca mieszanka klasyki i polskiej specyfiki, pełna humoru i zaskakujących zwrotów akcji.
Co by było, gdyby ten polski reżyser odpowiadał za klasyczne tytuły kinematografii, nie tylko rodzimej. Wstęp mówi właściwie wszystko, co powinniście wiedzieć, a o co nie chcielibyście nawet zapytać. Zatem nie przedłużając, oto kilka przykładów znanych i lubianych produkcji posypanych Vegatą. Uwaga, brzydko piszom!
Apollo 13
Lata 60. – wersja alternatywna. Polska z pomocą czerwonych towarzyszy pragnie wysłać jako pierwsza człowieka na Księżyc (w tej roli debiutant Tomasz Hanksicki). Wkrótce na kontrolowanym przez Warszawę kosmodromie pod Radomiem dochodzi do historycznego startu. Niestety czas goni, a materiałów jest mało, więc wszystko się szybko pierdoli i trójka odważnych – wśród nich czołowa polska feministka, Jagna (Olga Bołądź) – musi walczyć o przetrwanie pośród mroków kosmosu. I choć Moskwa od razu chce wszystko zatuszować, na Ziemi trwa master plan sprowadzenia bohaterów z powrotem i ich bezpieczne wodowanie w zimnych falach kwietniowego Bałtyku…

Na moje oko w chuj daleko.
Całość zrealizowana jest na tak zwanego żywca, przy minimalnym użyciu efektów komputerowych, za to z wykorzystaniem licznych pozostałości po Bloku Wschodnim (przy czym budżet nigdy nie zostaje ujawniony). Gotowe dzieło to olbrzymi sukces, na którym w kinie melduje się aż 46 milionów Polaków, z czego aż 10 naturalizowanych dla podbicia statystyk.
Niestety na festiwalu w Gdyni krytycy kręcą nosem, przyznając filmowi tylko jedną statuetkę, w nieistniejącej kategorii „najlepszych prawdziwych efektów specjalnych” (do dziś nikt nie wie, jak wykonano niektóre ujęcia zdezelowanego statku na tle rozgwieżdżonego nieba, ale niektórzy łączą to z tak zwanym „incydentem Kaszubskim”, w trakcie którego doszło do licznych zgłoszeń UFO). Tytuł polski to Swaróg X.
Klasyczny cytat: „Warszawo, coś się zjebało!”.
Artysta
Niemy, czarno-biały eksperyment Vegi, który tym razem za pomocą obrazów opowiada o artyście malarzu z Płocka, po godzinach będącym super szpiegiem, pseudonim „Gieniek” – w tej roli Borys Szyc – uprzykrzającym życie wrednym naziolom, komuchom i innym najeźdźcom w trakcie II wojny światowej.
Lecz po ponad połowie seansu okazuje się, iż jest to tylko fasada i w rzeczywistości przez cały ten czas obserwowaliśmy jedynie najnowszy hit kinowy popularnego aktora Żorża Walętego (w tej roli cały czas Szyc), który zaczyna przechodzić kryzys tożsamości na wieść o nadchodzącej dominacji produkcji dźwiękowych, czyli takich, w których trzeba się odezwać. Dla pochodzącego z nizin społecznych Żorża jest to nie lada problem, jaki usiłuje przeskoczyć wspólnie ze swoim żydowskim przyjacielem Majstrem, który tym samym wyprzedza swoje czasy, stając się pierwszym coachem ever…

Ale, że co, że jak to, kurwa?!
Niestety reżyser tak bardzo zainteresowany jest filmowym wcieleniem bohatera, że na resztę zwyczajnie czasu zabrakło. Dlatego też całość nagle się urywa, po czym pojawia się stosowna plansza z napisem „ciąg dalszy nastąpi…”. Ale ponieważ film nie okazał się takim sukcesem, jakiego spodziewali się producenci (do kin poszła zaledwie połowa Polski), toteż nic nie następuje, co prowadzi do wielu teorii spiskowych. Jedna z nich pyta wprost: co tu się odjebało? Lecz odpowiedzi Vega nigdy nie udziela i w rezultacie jego produkcja, jako jedyna w dorobku, trafia do tak zwanego nurtu piwnicznego, gdzie w trzecim obiegu polegającym na jednoczesnym katowaniu filmu ze zdartego VHS-a i słuchaniu elektroniczno-fortepianowego podkładu na zakurzonym gramofonie, szybko zyskuje status dzieła arcykultowego. Tytuł: Miszczu.
Klasyczny cytat: „…..”
Ewa chce spać
Choć punkt wyjścia nieco się zestarzał, bo dziś tytułowej lasce wystarczyłyby dwa kliknięcia w smarcie, żeby ogarnąć jakoś nie tylko nocleg, ale i nieco rozrywki w stolicy, to całość żyje ulicznymi perypetiami o mocnym, społecznym zacięciu, czyli to rzecz wymarzona dla Vegi. Są sprzedajni gliniarze, jest zorganizowana mafia furmanek, freelancer handlujący materiałami budowlanymi po godzinach, miejski karawaning na czas po opustoszałych alejach, świat ladacznic oraz samonakręcająca się fala przemocy po nocy.
Są w końcu także wielbione przez reżysera konie, które ten w wielkim finale puszcza efektownie bo miejskiej dżungli betonie… Po lekkim liftingu fabuły Vega ubarwia też tytuł (Eva – nocne pożądanie), czyniąc z głównej bohaterki (Weronika Rosati) uzależnioną od narkotyków transseksualistkę, która nie potrafi odróżnić snu od jawy i w rezultacie zalicza swoją własną Kac Wawę, pełną juchy, licznych przekleństw oraz przygodnego seksu.

Proszę, jebnij mu tym, a będę twoja.
To połączenie sprawia, że intryga przestaje mieć w pewnym momencie jakiekolwiek znaczenie, a całość to jeden wielki wizualny trip nakręcony tabletem na długim ujęciu. Gaspar Noé dodaje go do ulubionych, a publika wali drzwiami i oknami do kin (również tych zagranicznych). Co prawda z Cannes Vega wraca z pustymi rękami (tam wciąż w modzie klepanie azjatyckiej biedy w czterogodzinnych, podzielonych na akty arcydziełach o niczym), ale to jedyna skaza na tej perle polskiej komedii, szybko stającej się klasyką gatunku i nieprzerwanie puszczanej w telewizji mimo najwyższej kategorii wiekowej, stworzonej specjalnie na cześć reżysera – PV.
Klasyczny cytat: „Jak mnie kimniesz, to rano walnę ci pomidorka na chlebek”.
Forrest Gump
Tragikomedia o zacięciu historycznym. Vega skupia się na chłopku-roztropku z polskiej wsi, śledząc jego życie od narodzin w czasach głębokiej komuny aż po kryzys wieku średniego w wolnym kraju. Dodatkowo bohater urodził się tyłem do przodu, a w dzieciństwie kopnęła go krowa, więc mocno odstaje od reszty społeczeństwa, które w większości srogo naigrywa się z nieszczęśnika za jego plecami oraz wykorzystuje jego naiwność do własnych celów.
Tytuł mówi tu zresztą wszystko: Lasiek – Kochany idiota. W roli tytułowej Sebastian Fabijański, który wspina się na wyżyny talentu, grając – tu cytat z materiałów prasowych – imbecyla o nogach szybszych od wiatru. Niektórzy dopatrują się w Laśku nowego polskiego superbohatera z prawdziwego zdarzenia, zatem nie dziwi, że produkcja kosi w box offisie wszystkich Avengersów razem wziętych.

Lasiek, zapieprzaj do sklepu po spiryt!
Film ma też olbrzymie znaczenie dla całej polskiej kultury, jako że Lasiek jest mimowolnym uczestnikiem kolejnych przełomowych dat z kart kalendarza – zaznacza swą obecność w czarnym czwartku, widać go podczas każdej kolejnej wizyty papieża, wraz ze stoczniowcami zmienia bieg historii, a także przyczynia się do zburzenia berlińskiego muru. W końcu również świętuje wejście Polski do Unii, przebiegając przez wszystkie otwarte granice w obie strony, gdyż, jak sam mówi, chciał wypróbować nowe adidki kupione na stadionie X-lecia. Ten wątek przyczynia się do krzewienia sportu wśród narodu, a sam Lasiek staje się nową twarzą służby zdrowia i dostaje własny teleturniej w telewizji śniadaniowej.
Wszyscy są kurewsko szczęśliwi. Wszyscy prócz miłości życia Laśka – pochodzącej z patologicznej praskiej rodziny Jadzi, która nie mogąc poradzić sobie z denominacją złotego, zapija się na śmierć, wcześniej zabijając trzy osoby za pomocą Fiata 126p i siekiery (reżyserskie cameo zalicza tu Wojciech Smarzowski). Mimo tego jest to wielbione kino rodzinne.
Klasyczny cytat: „Byliśmy z Jadzią jak gówno z papierem – ona się do mnie lepiła, ja się o nią wycierałem”.
Psy

Aż znieruchomiałem.
No dobra, to by było za proste…
Władca Pierścieni
Historia fantastyczna dziejąca się… na Helu. To właśnie tam, z dala od zgiełku wielkiego świata, mieszkają w poniemieckich bunkrach Jan Frodowski (Marcin Dorociński) oraz jego kumple – lubująca się w paleniu zioła, piciu bromków i rubasznych uciechach niewielka społeczność karłów. Pewnego dnia w trakcie rodzinnej imprezy „Frodo” dostrzega, że jego wujek Bilbosz (Janusz Chabior) nie tylko wygląda zaskakująco dobrze, jak na żula pamiętającego jeszcze pruskie zabory, ale też zaczyna świecić na dzielni złotem z importu.
Traf chce, że w tym samym czasie na bibę przybywa dobry przyjaciel Froda, obwoźny handlarz włoskich trunków – Gandalfini (Andrzej Grabowski). Gość, nazywany w środowisku „czarodziejem”, od razu wyczuwa, że towar jest trefny. Okazuje się, że to część zagubionej kolekcji świecidełek pewnego mafioza o ksywce Oczko. Z pomocą kilku telefonów i zaufanych ziomali Gandalfini decyduje, że trzeba zwrócić świecidełko i zgarnąć znaleźne. W tym celu formuje się drużyna, która udać ma się do serca największej mordowni słowiańskiego świata – na Śląsk. Lecz Oczko już rozesłał po kraju swoich pomagierów – skąpanych w czerni, złowrogich kibiców piłkarskich o reputacji prawdziwych nazguli. ..

A nie możemy go po prostu wysłać pierdolonym kurierem?
Pozornie nie jest to konik Vegi. Krytycy są jednak zachwyceni tym, jak zgrabnie łączy elementy fantasy z szarą codziennością – na przykład nieskazitelnie piękną, eteryczną potomkinię prastarej rasy, Nataszę Arwenesteńską (Agnieszka Dygant), z botoksem.
Rozbuchany budżet, idący w miliony dolarów australijskich, twórca wykorzystuje na wykreowanie rewolucyjnych efektów specjalnych różnych fantastycznych bestii, które nie wiadomo, jak znaleźć w chaosie akcji, a które nierzadko padają ofiarą dosadnych żartów (na przykład wielkiego orła, który podrzuca bohaterów na stację benzynową, Frodo wyzywa od śmiesznych wróbli). Wybredna publika wskazuje na wiele dziur w scenariuszu, brak zamknięcia historii oraz nadmierny product placement pewnej marki piwa.
Lecz zyski są i tak astronomiczne, więc powstaje decyzja o nakręceniu całej trylogii. Niestety produkcję kolejnych dwóch części wstrzymuje pozew sądowy z zagranicy, gdyż najwyraźniej doszło do poważnego plagiatu pewnej książki. Tym samym film zostaje wycofany z kin i do dalszej dystrybucji wprowadzony pod zmienionym tytułem: Kierownik biżuterii.
Klasyczny cytat: „Mellon!” (tu: pokaźna suma pieniędzy)
Ziemia obiecana
To najambitniejsze przedsięwzięcie Vegi, więc tytuł bez zmian. Ziemia dalej jest obiecana, choć już nie w kontekście historycznym, który ginie pod futurystyczną wizją Zjednoczonego Królestwa Polskiego bliżej nieokreślonej daty. W nim to trzech ziomali – wywalony z korpo Karl Boro, muzułmański Niemiec i były taksówkarz Maksamir oraz żydowski antysemita Welt Dysnei (wyłonieni podczas ogólnopolskiego castingu naturszczycy) – próbuje żebrać o kredyt na własną spółkę bez jakiejkolwiek odpowiedzialności.
Kiedy banki kolejno im odmawiają, stawiają na crowdfunding, ale bez sukcesów. W końcu zmuszeni są wejść na pełnego nielegala, a następnie na drogę czystej oraz zbrodni, acz w dobrej wierze. Lecz, ku własnej rozpaczy, nawet to partaczą. A mimo to otwierają fabrykę… Jak, kurwa? – zdaje się pytać publika. Pół godziny wyciętych scen, zbyt śmiałych, aby pokazywać je w kinach, niestety nie przynosi odpowiedzi. Zresztą czujący się w temacie jak robak w wódzie reżyser nie tylko w tej kwestii znacząco odchodzi od literackiego oryginału.

– Panowie, skoro nikt z nas nic nie ma, to kto poleci po wódkę? – Lasiek!
Pojawiają się więc narkotyki, pedofilia, nielegalny handel emigrantami, skorumpowani policjanci, interaktywna telewizja satelitarna i motyw niezawisłości sądów, a po fabryce ni stąd, ni zowąd zaczynają biegać spłoszone konie (te same, co w Evie) – w czym krytycy upatrują metafizycznego ducha Kieślowskiego i przyznają Vedze Złotą Kaczkę za pomocą manipulacji głosami w plebiscycie odrodzonego magazynu „Film”. Budzi to oczywiste kontrowersje oraz prowadzi do debaty politycznej na temat tego, czym właściwie jest ziemia obiecana i jak długo można ją obiecywać za pieniądze podatników.
Pokaźne wpływy z kin, DVD, VOD i z piątkowej premiery na TVN dopełniają obrazu tego dzieła totalnego, które błogosławi nawet Kościół. Podobnie jak oryginał Andrzeja Wajdy, ląduje ono na szczycie listy najlepszych polskich filmów wszech czasów, a także naszych czasów.
Klasyczny cytat: „Ja nie mam nic, ty masz pięć dych na debecie, a ty to już w ogóle przejebane. To możemy robić biznesa”.
