Publicystyka filmowa
HORRORY tak ZŁE, że aż ŚMIESZNE
Czy chcesz się śmiać z horrorów? Oto HORRORY TAK ZŁE, ŻE AŻ ŚMIESZNE – filmy, które bawią zamiast straszyć! Poznaj te nieudane „perełki”!
Powołując się na definicję terminu, jakim jest horror, należy podkreślić, że jego głównym celem jest wywołanie u widza uczucia grozy, niepokoju lub obrzydzenia i szoku. W większości przypadków filmy tego gatunku skupiają się na epatowaniu przemocą i krwią, natomiast rolę antagonistów pełną seryjni mordercy, duchy, wilkołaki, czy wampiry. Na przestrzeni lat gatunek ewoluował i dziś widz mierzy się z tak zwanym horrorem postmodernistycznym, gdzie poszczególne tropy oraz motywy są dekonstruowane na każdy z możliwych sposobów.
W poniższym zestawieniu przedstawiono „perełki” gatunku, dzieła, które okazały się tak źle zrealizowane, iż momentami popadają w śmieszność, co daje efekt zupełnie odwrotny do zamierzonego. Na liście znalazły się nie tylko filmy stanowiące kontynuację klasycznych już horrorów, lecz także znane tylko wąskiej grupie kinomanów produkcje z pogranicza kina klasy B, po które warto sięgnąć.
Troll 2 (1990)
Film został okrzyknięty jednym z najlepszych złych filmów i trzeba przyznać, że zasłużenie. Wielu fanów gatunku pamięta kultową już scenę, kiedy jeden z bohaterów, zdając sobie sprawę, że zostanie zjedzony przez gobliny, komicznie wykrzykuje: „Oh my God”, co czyni ten występ jednym z najgorszych w historii. Troll 2 teoretycznie powinien być sequelem, niemniej mamy do czynienia z tworem zupełnie niezwiązanym z produkcją o tym samym tytule, tyle że bez dwójki obok. Oryginalnie zatytułowany był jako Goblin, dystrybutorzy uznali jednak, że dużo lepszym pomysłem będzie zmiana tytułu na Troll 2.
Sam pomysł filmu o goblinach wegetarianach już od samego początku wydaje się tak absurdalny, że (jak można się było spodziewać), nikt nie wziął go na poważnie. Całość składa się bowiem z fatalnych dialogów, słabego aktorstwa i przeciwników, którzy bardziej śmieszą, niż straszą. Dziś film ma status kultowego i bawi dokładnie tak samo, jak za pierwszym razem.
Czarna owca (2006)
Filmowi bliżej do czarnej komedii aniżeli pełnoprawnego horroru, niemniej mamy tu do czynienia ze zmutowanymi owcami żądnymi krwi niczego niespodziewających się bohaterów, a trup ściele się gęsto ku uciesze fanów. Więcej w tym jednak zamierzonego bądź niezamierzonego humorystycznego podejścia aniżeli horrorowego, chociaż fani gore będą wręcz wniebowzięci.
Przypuszczam zresztą, że nikt nie podchodzi całkowicie na poważnie do produkcji, gdzie głównym zagrożeniem są śliczne, puchate owieczki. Warto zwrócić uwagę na scenę walki z owcą w pędzącym w stronę urwiska samochodzie – ta przeszła już do historii.
Islandzka masakra harpunem wielorybniczym (2009)
Cóż, tytuł mówi sam za siebie. Mamy do czynienia z typowym slasherem, gdzie nastolatkowie znaleźli się w złym miejscu o złym czasie i są mordowani za pomocą harpunów (uwaga, spoiler!) nie przez jednego, nie przez dwóch… ale przez kilku psychopatów. Niestety, produkcja w dość nieudolny sposób próbuje naśladować Teksańską masakrę piłą mechaniczną, wpadając w śmieszność już od samego początku.
Nie pomaga w tym wszystkim obecność Gunnara Hansena, który pojawił się także we wspomnianej wyżej produkcji. Pierwszy islandzki horror reklamowany był następującymi słowami: „Powinniście zobaczyć, jeżeli macie poczucie humoru”, i niestety dużo w tym prawdy, gdyż strachu na seansie na pewno nie uświadczycie.
Król Trupiogłowy (1986)
Zanim Clive Barker powołał do życia na dużym ekranie Wysłannika piekieł, stworzył Króla Trupiogłowego. Fabuła jest niezwykle prosta. Farmer uwalnia demona, który sieje spustoszenie. Produkcja zamiast straszyć, jak zresztą skutecznie robił to kolejny film Barkera (po dziś dzień mam ciarki w scenie powstania ze zmarłych), bardziej śmieszy.
Tragiczne dialogi, efekty specjalne i sceny morderstw sprawiają, że widz dużo częściej będzie się śmiał, aniżeli krzyczał ze strachu. Reżyser w jednym z wywiadów pokreślił jednak, że doświadczenie na planie zainspirowało go do zajęcia się Wysłannikiem piekieł, dlatego można śmiało powiedzieć, że mimo wszystko wynikło z tego coś dobrego.
Halloween 3 (1982)
Wyobraźcie sobie kontynuację przygód Mike’a Myersa bez głównego bohatera, za to z czarownicami w tle. Niestety brzmi to równie źle, jak wygląda. Trzecia część Halloween całkowicie pozbywa się zamaskowanego psychopaty, dając nam zupełnie odrębną historię, o której tak twórcy, jak i widzowie chcieliby jak najszybciej zapomnieć.
Co prawda zdaniem niektórych mamy do czynienia z krytyką świątecznego konsumpcjonizmu, ale ja tego zupełnie nie kupuję. Jest niestety tak źle, że cały czas próbowałam powstrzymać się od śmiechu. Fatalny scenariusz, fatalne sceny morderstw, fatalne jest tu praktycznie wszystko od początku do końca. W tym kontekście dalsze kontynuacje wcale nie jawią się jako tak bardzo złe.
The Gingerdead Man (2005)
Morderca zostaje skazany na śmierć. Gdy umiera, jego matka z zebranych prochów przygotowuje ciasto, ono zaś ożywa i próbuje zabić kobietę, która skazała go (je?) na krzesło elektryczne. Brzmi absurdalnie? Bo taki też jest ten film. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że to bardziej komedio-horror pełen dziwacznych odzywek i nawiązań do pieczenia.
Jest to oczywiście twór niezwykle zły, ale przy tym zabawny i dający wiele radości. Twórcy uraczyli nas później kontynuacjami, które już na poziomie tytułów nabijają się z poszczególnych elementów zakorzenionych w popkulturze (gry słów nawiązuję do Gorączki sobotniej nocy i… Pasji). Aż chce się rzec: zły, ale śmieszny.
Powrót żywych trupów (1985)
Nie jest to sequel klasycznego już dzieła George’a Romero, ale wyłącznie wynik sporów dotyczących tego, kto może korzystać z wyrażenia „żywe trupy”. Zamiast horroru o zombie dostajemy przerysowany do granic możliwości twór pełen karykaturalnych postaci, na lewo i prawo rzucający klasycznymi motywami – można dostać zawrotów głowy. Oczywiście filmowi nie można odmówić tego, że to właśnie tu zombiaki po raz pierwszy rzuciły się na ludzkie mózgi, ale przy całej liście wad ten smaczek ginie pod natłokiem kolejnych nawiązań, bardziej lub mniej śmiesznych. Na pewno jest to w pewnym sensie dobra zabawa, chociaż ja wolę klasyczne podejście do tematu.
The Shaft (2001)
Aż chciałoby się rzec: uważajcie, bo mordercze windy atakują. Nie wiem, który ze scenarzystów uznał, że ten pomysł nada się na film. Do dzisiaj nie rozumiem, co takiego strasznego jest w windach, ale z drugiej strony wolę chyba pozostać nieuświadomiona. Ponad półtoragodzinna produkcja zdaje się ciągnąć w nieskończoność, a cała historia jest tak absurdalnie śmieszna, że wyłącznie niezamierzone efekty komiczne w jakikolwiek sposób są w stanie to zrekompensować. Zdaniem niektórych poszukiwaczy teorii spiskowych produkcja stanowiła zapowiedź ataków na World Trade Center i miała być niejako przestrogą.
Diabeł (2010)
Kolejny film z windą w tle, tym razem na podstawie pomysłu M. Nighta Shyamalana. Łącząc tytułowego diabła, niewyjaśnione morderstwa oraz fatalny scenariusz, otrzymamy produkt, który wcale nie straszy, a jedynie śmieszy. Na początku widz ma jeszcze nadzieje na coś interesującego, jednak kończy seans całkowicie zażenowany. Do dziś pamiętam słynną scenę, w której dwóch strażników wysnuwa teorię, według której gdy tost spadnie dżemem na ziemię, to znaczy, że diabeł jest w pobliżu. Niestety to nic innego jak, kolokwialnie mówiąc, tandetne kino grozy, na którym można się najwyżej pośmiać ze złego aktorstwa, słabej reżyserii i kolejnych mądrości wypowiadanych przez bohaterów.
Maksymalne przyspieszenie (1986)
Obecnie filmy na podstawie prozy Stephena Kinga przeżywają renesans i trzeba zaznaczyć, że większość z nich to naprawdę solidne produkcje. Był jednak okres, kiedy filmowe adaptacje książek mistrza grozy nie tylko nie cieszyły się popularnością, lecz także cechowały się tandetnością i były bardziej śmieszne niż straszne. Postanowiłam w tym przypadku odnieść się do Maksymalnego przyspieszenia, gdyż już na samym początku autor we własnej osobie mówi nam, że nikt nie potrafi zrobić dobrej adaptacji poza nim samym.
Fabuła skupia się na morderczych samochodach, które ożywają i terroryzują mieszkańców miasteczka. W teorii brzmi to niezwykle intrygująco. Jeżeli chodzi o praktykę, okazuje się, że większość scen jest po prostu komiczna do tego stopnia, że nie da się produkcji traktować poważnie. King w jednym z wywiadów przyznał, że chyba stracił w tamtej chwili rozum i po seansie Maksymalnego przyspieszenia muszę mu przyznać rację.
Don’t be scared (2006)
Raper z Nowego Orleanu, niejaki Master P, postanowił przywrócić do świetności gatunek, jakim jest teen slasher, i nakręcił własny horror. Skutki tegoż przedsięwzięcia okazały się opłakane. Film jest bowiem przepełniony tyloma wadami, że widz zaczyna się zastanawiać, jakim cudem ktoś dał zielone światło tej produkcji. Odpowiedź okazuje się prosta – twórca ma własną wytwórnię.
Jak pozostałe filmy z tego zestawienia, Don’t be scared zamiast straszyć – bawi, już na poziomie detali – bohater grany przez Mastera P wygląda na ponad 30 lat, a widz ma uwierzyć, że chodzi do college’u. Najśmieszniejsze są jednak sceny morderstw. Jedna z bohaterek zostaje zamknięta pod prysznicem i umiera. Nikt jej nie zadźgał nożem, a woda nie była zatruta. Wciąż nie wiem, jak do tego doszło.
Dom śmierci (2003)
Miałam niezwykły problem przy wyborze jednego filmu mistrza Uwe Bolla, gdyż wszystkie jego horrorowe produkcje są bardziej śmieszne aniżeli straszne. Również i w tym przypadku reżyser postanowił nakręcić adaptację gry komputerowej i po raz kolejny jest to twór dość nieporadny.
Fabuła skupia się na nastolatkach, którzy chcą się zemścić na zombie za śmierć jednego z przyjaciół. Oczywiście dla nikogo nie powinno być zaskoczeniem, że podobnie jak w większości filmów niemieckiego twórcy wszyscy bohaterowie znają wschodnie sztuki walki, a amunicja wydaje się nigdy nie kończyć. Warto zaznaczyć, że w tym przypadku mamy nie tylko do czynienia ze złym aktorstwem -niektóre sceny walki zostały wycięte „żywcem” z gry komputerowej, co tylko potęguje efekt śmieszności.
Jason X (2001)
Jason Voorhees ze swoją maczetą podbija kosmos. Jak tylko przeczytałam opis filmu, od razu wiedziałam, że będzie to produkcja, której nie należy brać na poważnie i nie pomyliłam się. Całość broni się poprzez przerysowaną do granic możliwości fabułę, karykaturalne wręcz morderstwa i nieustanne puszczanie oczka w stronę horrorowych fanów. Jeżeli chodzi jednak o zabójstwa, to nadmienię, że humor wynika przede wszystkim ze sposobu, w jaki są aranżowane. Daje to niezmiernie dużo frajdy, szczególnie że scenariusz jest napisany tak, że nikogo tak naprawdę nie obchodzą losy bohaterów. Miało być strasznie, wyszło dość komicznie.
Birdemic (2010)
Hołd dla klasycznego dzieła Hitchcocka okazał się kultowym już dziełem kina klasy B. Pierwotne założenie dotyczyło opowieści o morderczych ptakach, a koniec końców skończyło się na romantycznej historii i kilku bardzo złych efektach specjalnych. Od początku do końca wszystko w Birdemic razi nieudolnością, poczynając od aktorów, scenariusza, reżyserii, a na ptakach wyciętych w Paintcie kończąc. Niestety przerażająca opowieść została zamieniona w niekończący się festiwal śmieszności. Dla fanów klimatów bardzo złych filmów pozycja wręcz obowiązkowa.
