search
REKLAMA
Seriale TV

FIREFLY LANE. O sile kobiecej przyjaźni na Netfliksie

Marcin Kempisty

8 lutego 2021

REKLAMA

Od początku 2021 roku w ramówkach telewizji i platform streamingowych da się wyczuć pustkę wywołaną pandemią koronawirusa i brakiem możliwości tworzenia kolejnych produkcji. W związku z niewielką liczbą premier taki tytuł jak Firefly Lane ma szansę stać się hitem, choć tak naprawdę składa się z elementów umieszczających ten serial w morzu podobnych historii.

Najpierw amerykańska pisarka Kristin Hannah opisała perypetie przyjaciółek Tully i Kate, a następnie za ich 10-odcinkową ekranizację zabrała się Maggie Friedman, która wcześniej pracowała przy Jeziorze marzeń i Eastwick. Rozpisanie losów kobiet na przestrzeni wielu lat służy zaprezentowaniu ewolucji ich postaw w obliczu zmieniającej się rzeczywistości, zwłaszcza w kontekście wzajemnej sympatii naznaczonej kłamstwami i zdradami. 

Choć od samego początku Firefly Lane jawi się jako cieplutka produkcja o kobiecej przyjaźni, którą powinno się oglądać pod kocykiem z kubkiem gorącej czekolady w ręku, twórczynie nie boją się podejmować trudnych tematów. Jest to zresztą swego rodzaju dysonans poznawczy, gdy słodkie epizody o tym, że warto się wspierać i realizować marzenia, przeplatają się z fragmentami dotyczącymi bolesnego ukrywania orientacji seksualnej, wykorzystywania seksualnego w pracy oraz poronienia. Symultanicznie prowadzone narracje na temat młodości, początków kariery i teraźniejszego życia bohaterek w roku 2003 służą powolnemu odsłanianiu ich zawiłej relacji, w której nie zawsze wszystko układało się w pomyślny sposób.


Kreacje bohaterek to bodaj najsłabszy element całej układanki. Choć istniejąca między nimi chemia jest niezaprzeczalna – Katherine Heigl i Sarah Chalke świetnie ze sobą współpracują, tak samo zresztą jak ich młodsze wersje – szkopuł tkwi w scenariuszu opartym na jaskrawych przeciwieństwach. Tully Hart jest uważana za ładną i przebojową, więc nawet pochodzenie z dysfunkcyjnej rodziny nie przeszkadza jej w rozwinięciu kariery zawodowej. Tymczasem nerdowska, nosząca okulary Kate to obraz nędzy i rozpaczy – gdyby nie przyjaciółka, byłaby gnębiona przez rówieśników. Nawet brat nie za bardzo za nią przepada i nie chce ujawnić swojego homoseksualizmu przed siostrą, tłumiąc w sobie prawdziwe potrzeby. Niestety, ale ciągłe utożsamianie noszenia okularów z nieumiejętnością radzenia sobie w relacjach międzyludzkich powinno być echem przeszłości. To samo zresztą tyczy się kwestii urody i zdolności – ile razy można oglądać produkcje, w których lepiej układa się tym, którzy są traktowani jako piękniej wyglądający?

Firefly Lane to przedziwny serial, gdzie banalne stereotypy mieszają się z ciekawymi spostrzeżeniami dotyczącymi pewnych tematów. Z jednej strony rewolucja lat 60. po raz kolejny jest przedstawiona przez pryzmat hippiski niezdolnej do normalnego funkcjonowania, tym razem pod postacią nadużywającej narkotyków matki Tully, która w pogoni za wolną miłością poświęciła rodzinę. Z drugiej strony sama przyjaźń głównych postaci jest problematyczna, nie zawsze dobrze się między nimi układa – a to Tully prześpi się z ważnym dla Kate mężczyzną, a to Kate wypomni Tully pewną bolesną historię z przeszłości. Oprócz tego interesujący jest wątek zazdrości doświadczanej przez kobietę osiągającą mniejsze sukcesy, ciągle walczącą o uwagę potencjalnych kochanków z bardziej otwartą Tully. Szkoda, że takich półcieni nie ma w tym serialu więcej. 

Firefly Lane

Jest jednak coś ważniejszego, co nie powinno umknąć uwadze odbiorców. Firefly Lane wpisuje się w poczet kolejnych produkcji Netfliksa, w których sięga się po te same obrazy. Innymi słowy, scenę pierwszej miesiączki można byłoby swobodnie przenieść do Sex Education, podobnie jak szkolną dyskotekę, a wątki z lat 80. są prowadzone w sposób bliźniaczy do GLOW, gdzie zresztą również była szkolna dyskoteka. Skoro najbardziej lubimy to, co już znamy, to trudno się dziwić, że z algorytmiczną precyzją pojawiają się tematy doskonale znane z wcześniejszych premier streamingowego giganta.

Ale być może jest tak, że serial Friedman nie nadaje się do krytycznego oglądu. Znacznie lepiej doświadczać go jako zapisu życiowych zmagań dwóch przyjaciółek. Po co przejmować się podobieństwami do innych tytułów, skoro lepiej usiąść wygodnie w fotelu i z zapartym tchem kibicować kobietom w ich zapasach z przeciwnościami losu?

Avatar

Marcin Kempisty

Serialoholik poszukujący prawdy w kulturze. Ceni odwagę, bezkompromisowość, ale także otwartość na poglądy innych ludzi. Gdyby nie filmy Michelangelo Antonioniego, nie byłoby go tutaj.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA