Publicystyka filmowa
FILMY GÓRSKIE. Z wysoka widok jest lepszy
FILMY GÓRSKIE to mistyczne opowieści o wytrwałości i heroizmie, które przenoszą nas na szczyty marzeń, tam, gdzie stykają się niebo i ziemia.
Stanąć na szczycie góry, by poczuć coś mistycznego, sięgnąć Boga, czy (paradoksalnie) dopiero wówczas poczuć własne jestestwo? Filmy górskie to ledwie odłamek tej szalonej, ludzkiej działalności, jaką jest zdobywanie przestrzeni, która wydaje się nieosiągalna.
Już w mitologiach opowiadano sobie o mistycznej potędze gór – być może był to zachwyt nad ich surowa niewzruszonością, a być może ludzka pycha, by zawłaszczyć całą planetę, ujarzmić naturę, pokazać, iż nie ma rzeczy niemożliwych. W himalaizmie pozostało obecne to głębokie, wręcz duchowe przeżycie i mimo tak tragicznej przeszłości, w której ośmiotysięczniki stały się grobowcem wielu dzielnych ludzi, zawsze znajdzie się ktoś, kto na pytanie „po co?”, odpowie „bo jest” (więc trzeba spróbować). Nawet jeśli wszędzie wokoło jest tylko śnieg, a cenę tej wyprawy stanowi śmierć.
Górskie historie to wielokrotnie tragiczne opowieści o heroizmie, wytrwałości czy nawet arogancji stawianej na jednej szali z szansą przeżycia.
K2
K2 pozostaje niezrównanym klasykiem gatunku filmów wysokogórskich. Szczyt Karakorum to prawdopodobnie najniebezpieczniejszy ośmiotysięcznik świata, który swoją sławę zawdzięcza liczbie tragicznie zakończonych na nim żywotów. Swojego szczęścia próbuje także dwójka przyjaciół dołączająca do ekspedycji. Oczywiście nie może obyć się bez standardowego zestawu komplikacji, jednak najważniejsi pozostają bohaterowie oraz osnuta wokół nich historia o tym, dlaczego ludzie w ogóle decydują się na tak (potencjalnie) irracjonalny krok, by dokonać niemożliwego. K2 jest filmem szanującym majestat i potęgę gór, ale pozostającym także blisko himalaistów, bezustannie balansujących na granicy ryzyka oraz szaleństwa.
Everest
Baltasar Kormákur wraca w swoim filmie do niesławnej, acz charakterystycznej dla lat 90. turystyki wysokogórskiej, kiedy wyprawy na ośmiotysięczniki nie były kwestią hartu ciała oraz ducha, a odpowiednio zainwestowanych pieniędzy. Na taką właśnie „wycieczkę z przewodnikiem” wyrusza gromada śmiałków, których pozornie można by nazwać bandą szaleńców.
Reżyser jednak od początku igra z konwencją górskich filmów katastroficznych, z jednej strony pozwalając nacieszyć się widzowi niezwykłymi widokami, z drugiej wręcz zamęczając go iluzją mrozu, pustki i przygnębiającej beznadziei wygranej na kontrastach między wszechogarniającą bielą a domniemanym poczuciem pustki. Niespieszny Everest przede wszystkim jest historią o umieraniu – bardzo powszednim, czasem głupim, kiedy omsknie się komuś noga, a niekiedy dramatycznym, gdyż wiadomo, że wbrew gatunkowej logice nikt się nie uratuje w ostatniej chwili.
Czekając na Joe
Fabularnie ten film przypomina wiele innych wysokogórskich dramatów o determinacji i chęci przeżycia, mimo że tym razem najtrudniejszych etapem zdobywania góry jest zejście. Początkowo wszystko idzie zgodnie z planem, kiedy Joe Simpson i Simon Yates wchodzą na Siula Grande w Andach, jednak osuwający się śnieg sprawia, iż jeden z nich łamie nogę. Praktycznie oznacza to wyrok śmierci, a kolejne nieludzkie wysiłki, by opuszczać rannego na linie, mają swój finał w dramatycznej decyzji, czy odciąć zwisającego partnera, czy pozwolić, by obaj umarli. Finał Czekając na Joe nie jest niespodzianką, a Kevin Macdonald nie buduje dramatyzmu przez niepewność – jego film jest dokumentalnym zapisem po latach, powrotem na Siula Grande i prostym odtwarzaniem tamtych wydarzeń, by wydobyć z nich esencję, bez estetyzacji czy heroizacji.
Niepowtarzalność tego filmu to jego formuła i narracja (oparta zresztą na książce o tym samym tytule) składająca się z prostej myśli, iż niezłomność buduje się przez powtarzalność. Krok po kroku, oddech po oddechu, nawet jeśli praktycznie dotyka się nicości.
Krzyk kamienia
Werner Herzog ponownie stawia człowieka naprzeciwko potęgi i okrucieństwa przyrody, jednak tym razem jego głównym przeciwnikiem będzie inny człowiek. Krzyk kamienia to historia zuchwałego pojedynku dwójki himalaistów, którzy odrobinę nieopatrznie stają w szranki o zdobycie szczytu Cerro Torre w Patagonii.
Pycha i zuchwałość zostaje przypłacona śmiercią jednego z członków ekipy, ale młodego Martina niczego to nie uczy: dalsze zmagania o bycie zdobywcą zamieniają się w telewizyjne show. Herzog rzuca swoim bohaterom wyzwanie, pozwalając na starcie się dwóch żywiołów, młodości i doświadczenia, by pokazać, jak idée fixe pierwszeństwa stopniowo zawłaszcza kolejne strefy życia obu mężczyzn, na co góra pozostaje niewzruszona.
Północna ściana
Ironizując, można by powiedzieć, że potędze i surowości gór nie sprostała nawet III Rzesza. Oddając jednak sprawiedliwość filmowi i jego twórcom, należy docenić dramatyczny realizm Północnej ściany – wyścigu dwóch duetów o tytuł zdobywców jednej z wielkich ścian Północnych Alp, tytułowego zboczu Eigeru. Kontekst nazistowskiej propagandy pozostaje oczywiście stale obecny, bowiem dygnitarze wyraźnie potrzebują bohaterów, którzy udowodnią „lepszość” rasy aryjskiej zarówno pod względem fizycznym, jak i w kwestii hartu ducha i wiary w dokonanie niemożliwego. Jednak bardziej poruszająca jest tu determinacja oraz walka o każdy krok, kiedy bohaterowie odczuwają swoją małość oraz bezbronność wobec nieprzejednanej, prawie pionowej przestrzeni, zwłaszcza że oglądani z perspektywy lat (akcja dzieje się w latach 30. ) zdają się zupełnie nieprzygotowani oraz nieubezpieczani.
Alive, dramat w Andach
To być może najdramatyczniejszy film ze wszystkich, bezpośrednio związany z trudnym pytaniem o cenę przeżycia. Katastrofa lotnicza z drużyną rugby zdarzyła się naprawdę. Rozbitkowie utknęli niedaleko granicy Chile, w praktycznie niedostępnym zakątku Andów. Kiedy kolejne osoby umierały w wyniku wycieńczenia, wychłodzenia bądź od ran powypadkowych, akcja ratownicza została przerwana, skazując kilkanaście osób na pewną śmierć.
Późniejsze losy ocalałych wywołały szeroką dyskusję o granicach człowieczeństwa w tak granicznych sytuacjach, gdyż okazało się, iż jedynym sposobem na ratowanie się przez śmiercią głodową był kanibalizm. Alive… wytwarza atmosferę psychologicznej klaustrofobii i histerii, kiedy rozbitkowie na różne sposoby próbują zdecydować, co zrobić, a każda decyzja wydaje się równie zła: nieważne, czy byłoby to czekanie, czy wyruszenie nieprzygotowanym w góry. Jednak co oznacza bycie cywilizowanym wobec skrajnej wręcz determinacji do przeżycia i czy takie akty można oceniać? Pokłosiem tamtych wydarzeń jest również dokument Rozbitkowie (2007).
Granice wytrzymałości
W dobrych czasach wczesnych wieczorów z polską telewizją nie-jakościową ten film naprawdę robił wrażenie. Z perspektywy czasu oraz kilku innych tytułów wciąż można pozostawać pod wrażeniem, jednak ukierunkowanym na twórczą bezczelność. Cóż, nie jest to film, po którym należy się spodziewać mrożącego krew w żyłach, szczerego dramatyzmu, poruszania kwestii ostatecznych czy chociażby poszanowania praw fizyki.
Peter Garrett organizuje bowiem akcję ratowniczą na wieść o tym, że jego siostra wraz z dwójką innych alpinistów ugrzęzła w lodowej szczelinie gdzieś na K2. Jego ekipa to zbiór iście himalajskich stereotypów i cała dalsza akcja będzie głównie brawurową kaskaderką oraz kilkoma bzdurnymi rozwiązaniami scenariuszowymi; nie ma tu mowy o jakiejkolwiek psychologii. Jednak należy pamiętać, by nie bawić się samemu nitrogliceryną w ogródku, bo może wybuchnąć.
(Pozdrowienia dla fenomenalnej jak zawsze Izabelli Scorupco!)
Art of Freedom
Zdaje się, że kiedy było już najgorzej – kiedy na sklepowych półkach brakowało wszystkiego, a propaganda realnie spacerowała ulicami miast – oni dokonywali niemożliwego: zdobywali paszporty, pakowali co popadnie i jechali w góry. Przez lata Polacy byli niepokonanymi królami najwyższych szczytów, wielokrotnie wcześniej niezdobytych. Wyznaczali nowe trasy, patentowali nowe rozwiązania sprzętowe czy sposoby wspinaczki; było w nich coś, co fascynowało, ale także przerażało resztę świata: niezgoda na porażkę.
Dokument zrealizowany w ramach serii Przewodnik do Polaków jest równie wstrząsający, co ludzki i zabawny. Wywiady mieszają się z materiałami dokumentalnymi, by stworzyć niezwykły kolaż o potrzebie wolności, pasji i pokonywaniu słabości, nawet jeśli środkiem do tego były zaimprowizowane, ręcznie szyte metodą prób i błędów śpiwory, samodzielnie robione konserwy mięsne czy przehandlowywanie wszystkiego, co można było wówczas wywieźć (od ryżu przez kryształy, aparaty Zenity czy sokowirówki). Art of Freedom to także historia wielkich nieobecnych, którzy z niektórych wypraw nigdy nie powrócili.
Na granicy
W swoim fabularnym debiucie Wojciech Kasperski wywozi swoich bohaterów w głębokie Bieszczady, by dać im surową lekcję życia. Dwóch chłopaków wraz z ojcem wyjeżdża w góry, by na nowo ułożyć sobie relacje po niedawnej tragedii, a zdaje się, że także po to, żeby w powszechnym mrozie emocjonalnie zhardzieć, co szybko umożliwia im pojawienie się intruza.
Z jednej strony reżyser wykorzystuje nieprzychylną bohaterom scenerię, by opowiedzieć o półświatku graniczników i przemytników; z drugiej zaś pasma górskie odcinają ich wszystkich od cywilizacji, sprawiając, że zdani są na siebie samych i własną pomysłowość. Polskie góry to surowa przestrzeń dla prawdziwych mężczyzn, szkoda jednak, że pozostaje niewykorzystanym potencjałem.
Na krawędzi
Jak twierdzą fani Sylvestra Stallone: jeden z jego najważniejszych filmów, a być może także jeden z najlepszych przykładów kina akcji wczesnych lat 90. Główny bohater powraca w góry rok po tragicznym wypadku, wezwany do akcji ratowniczej. Jak się okazuje, rozbitkami z katastrofy lotniczej jest banda złodziei, która zapodziała gdzieś w śniegu około 300 milionów dolarów. Później wszystko toczy się starym, porządnym schematem walki tego dobrego przeciwko bandzie (lekko przygłupich) złych, a szczęśliwe zakończenie nie jest tu żadnym spoilerem.
Na krawędzi to perełka prawdziwego męskiego kina, bez zbędnego gadania i wyjaśniania, namierzania walizek czy tłumaczenia, kto za co obrywa, natomiast z tempem akcji, które nerwowo trudno wytrzymać. Na pewno nie można odmówić temu filmowi widowiskowości, wciąż zapierającej dech w piersiach, mimo iż momentami skręca w stronę efekciarstwa. Stallone natomiast jest w jednej z ról życia, nawet jeśli oznacza to nurkowanie w lodowatej wodzie w samym podkoszulku.
Turysta
Ruben Östlund górską scenerię robi pretekstem do rodzinnej, czy raczej małżeńskiej psychodramy o odpowiedzialności i dojrzałości. Wszystko rozpoczyna się, kiedy Tomas wraz z rodziną jedzą kolację na szczycie stoku – dzień jak co dzień na wczasach w pięciogwiazdkowym hotelu, chciałoby się powiedzieć – kiedy schodzi lawina.
Śnieżne kłębowisko niby jest pod kontrolą, ale pędzi wprost ku turystom, a Tomas w decydującym momencie pozostawia żonę Ebbę z dziećmi i ucieka. Nic się nikomu złego nie dzieje, jednak trudno jest wrócić do normalności. Bohaterowie zjeżdżają po tych samych stokach, toczą te same niewiele znaczące rozmowy i próbują pielęgnować rodzinną równowagę, jednak nieprzewidywalność zachowań kładzie się cieniem na całą ich relację.
korekta: Kornelia Farynowska
