search
REKLAMA
Od szeptu w krzyk

EPIDEMIA. Żart, który uwiera

Krzysztof Walecki

14 marca 2020

REKLAMA

Z okazji premiery W lesie dziś nie zaśnie nikt, polskiego leśnego slashera, miałem zamiar napisać o jednym z lepszych horrorów tego rodzaju, Tuż przed świtem Jeffa Liebermana. Niestety, sytuacja związana z koronawirusem zmusiła twórców polskiego filmu do przesunięcia premiery, zatem i ja postanowiłem zmienić swój plan publikacji. Nakręcona w 1987 roku Epidemia wydała mi się doskonałym zastępstwem, zwłaszcza że o filmie Larsa von Triera chciałem napisać od dłuższego czasu, a to, co dzieje się obecnie na całym świecie, jedynie mi o nim przypomniało. Przy czym z miejsca zaznaczę, że tytuł może być mylący, bo choć temat dziesiątkującej ludzkość zarazy faktycznie tu występuje, jest on wzięty w bardzo dosłowny cudzysłów.

Oto bowiem filmowcy Lars i Niels (zagrani przez faktycznych twórców filmu, von Triera i Nielsa Vørsela) dostali od Duńskiego Instytutu Filmowego pieniądze na film, którego scenariusz – po półtorarocznej pracy – przepadł. Ostał się tylko tytuł, a sami autorzy nie pamiętają nic z fabuły. Aby być przygotowanym na spotkanie z konsultantem instytutu, główni bohaterowie postanawiają napisać nowy tekst, inspiracji szukając w szpitalnych archiwach. Decydują się na historię o lekarzu idealiście, który opuszcza akademię, aby pomóc chorym na terenach opanowanych przez zarazę, nie zdając sobie sprawy, że sam roznosi chorobę.

Nakręcona na czarno-białej taśmie Epidemia znajduje się raczej na peryferiach twórczości von Triera i jest czymś bliższym eksperymentowi lub twórczej zabawie niż dziełu o sile rażenia charakterystycznej dla najlepszych dokonań Duńczyka. Jest drugim filmem z jego europejskiego tryptyku – obok debiutanckiego Elementu zbrodni (1984) oraz głośnej Europy (1991) – równocześnie, przez swoje zainteresowanie horrorem, zwiastującym nadejście genialnego Królestwa (1994–97). Groza w Epidemii jest początkowo na uboczu głównej fabuły, która charakteryzuje się dokumentalną wręcz formą i nie do końca poważnym tonem. Dwóch bohaterów śmieje się z tego, że ich liczący sto pięćdziesiąt stron scenariusz został dziwnym trafem wykasowany z dyskietki, a my śmiejemy się z nich, kiedy nie potrafią przypomnieć sobie, o czym on był. Kiedy w końcu decydują się napisać coś nowego, czerwony napis „Epidemic” pojawia się w lewym górnym rogu ekranu i pozostaje tam przez cały dalszy seans. Równie dobrze von Trier mógłby zwrócić się bezpośrednio do widza, jak to miał w zwyczaju, kończąc każdy odcinek Królestwa, sugerując umowność całej historii.

Czy można potraktować Epidemię jako żart filmowca? Von Trier daje sporo sygnałów na poparcie takiej tezy. Choćby gdy główni bohaterowie czytają w kronikach o sposobie, w jaki ropa rozlewa się z ropienia i porównują to do działania… dwukolorowej pasty Signal. A potem kupują taką pastę, aby sprawdzić, w jaki sposób barwy nie mieszają się ze sobą. Empiryzm, który wydaje się niczemu nie służyć, podobnie jak marzenia Nielsa, aby o Ameryce móc pisać bez konieczności wyjazdu tam (czyli coś, czego próbował dokonać sam von Trier, kręcąc Dogville i Manderlay). Zamiast tego nawiązał pisemną korespondencję z nastolatkami z Atlantic City, które myślały, że odpisują na listy swojego rówieśnika, gdy w rzeczywistości dorosły Vørsel próbował dowiedzieć się czegoś o ich kraju. I jest to autentyczna historia! Również opowieść Udo Kiera o swoich narodzinach podczas bombardowania przynajmniej częściowo pokrywa się z tym, co niemiecki aktor usłyszał od swojej matki na łożu śmierci. Mamy zatem w Epidemii pożenienie prawdy z fikcją, bez nawet najmniejszej próby odróżnienia jednej od drugiej (z wyjątkiem fragmentów filmu, które są wizualizacją pisanego przez bohaterów scenariusza – w postać lekarza wciela się sam von Trier). Czerwony napis w rogu ekranu nieustannie przypomina nam, z czym mamy do czynienia, ale równie dobrze może jawić się jako stempel na filmowym dokumencie potwierdzającym jego autentyczność.

Można by zapytać, jaki jest w tym wszystkim cel von Triera. Czy chce on, abyśmy pogrążyli się w ekranowej rzeczywistości do tego stopnia, że przestaniemy w ogóle zauważać różnicę między tym, co prawdziwe, a tym, co zmyślone? A może wprost przeciwnie – mamy przez cały seans mieć się na baczności, świadomi gry, jaką prowadzi z nami reżyser. W jednej ze scen słyszymy motto kina Duńczyka, kiedy mówi on, że film powinien uwierać jak kamień w bucie. Zatem nawet taka Epidemia ma być czymś więcej niż żartem.

Nietrudno dostrzec, czym jest dla samego von Triera, który przez cały seans daje bardzo wyraźne sygnały, że tytułu nie należy odczytywać wyłącznie w jeden sposób. Tak, bohaterowie piszą historię o epidemii, ale jednocześnie są zupełnie nieświadomi tego, że wraz z rozpoczęciem prac nad tekstem zaczyna się rozprzestrzeniać prawdziwa zaraza. Wkrótce sami doświadczają symptomów charakterystycznych dla zarażonych (Lars miewa bóle głowy, Niels zaś poddaje się zabiegowi wycięcia guzków, które znaleziono również u ofiar tajemniczej choroby). Zatem kolejny sygnał, tym razem niemal natury fantastycznej, na mieszanie się fikcji z rzeczywistością. Ale równocześnie cudowna metafora procesu twórczego, który bezpośrednio wpływa na prawdziwy świat. W momencie, w którym dzieło będzie gotowe, a jego twórcy pokażą je pierwszym zainteresowanym, horror przestaje być zaledwie sugerowany, „napisany”, a staje się dosłowny, niejako wypuszczony na wolność.

Nie zdradzę szczegółów finałowej sekwencji, która z początku charakteryzuje się śmiesznością, aby zmienić się w autentyczny horror, kiedy bohaterowie każą zaproszonemu gościowi przeżywać swój scenariusz. Sceną zaczyna rządzić histeria oraz niemal surrealna groza – nie wiemy, co się konkretnie dzieje i dlaczego, ale nagłość tego momentu wraz z jego naturalizmem decydują o silnym wstrząsie u widza. Na swój sposób jest to kolejny przejaw poczucia humoru von Triera, aby swój zawieszony pomiędzy prawdą a fikcją film spuentować w jawnie splatterowej manierze. Z drugiej strony Epidemia powstała jako wynik zakładu między reżyserem a członkiem Duńskiego Instytutu Filmowego, Claesem Kastholmem Hansenem (który w filmie gra samego siebie) – ten pierwszy uważał, że potrafi nakręcić pełnometrażową fabułę za zaledwie milion koron. Od początku zatem był to projekt w swej naturze marginalny i niepoważny. Bije z niego jednak entuzjazm twórcy, który nawet kręcąc żart, chce, aby ten żart nas uwierał. Będą tacy, którzy poczują się znudzeni jego wypełnionym anegdotami wywodem i siermiężnym tempem narracji, ale cierpliwi zostaną wynagrodzeni finałem rodem z sennego koszmaru.

Dla zainteresowanych – von Trier ostatecznie zakład przegrał. Postprodukcja pochłonęła dodatkowe 70 tysięcy koron.

Avatar

Krzysztof Walecki

REKLAMA