Connect with us

Publicystyka filmowa

Dlaczego FILMOWE BUDŻETY są tak GIGANTYCZNE?

Dlaczego FILMOWE BUDŻETY są tak GIGANTYCZNE? Odkryj tajemnice kosztownych produkcji, które czarują widzów na całym świecie.

Published

on

Dlaczego FILMOWE BUDŻETY są tak GIGANTYCZNE?

Filmy to najbardziej demokratyczna rozrywka świata. Standardowy bilet do kina w każdym kraju kosztuje mniej więcej tyle samo. Nie licząc ekstrawaganckich arabskich multipleksów lub specjalnych pokazów, film w kinie można obejrzeć za około dziesięć dolarów, czyli odpowiednik naszych trzydziestu złotych – mowa oczywiście o pojedynczym bilecie dla dorosłej osoby, która nie zaopatrzy się przed seansem w colę i popcorn, kosztujące czasami tyle co obiad w niekiepskiej restauracji. Płacimy więc trzydzieści złotych i na dwie-dwie i pół godziny mamy wstęp do innego świata.

Advertisement

Ten świat przez mniej więcej dwa lata szykowało dla nas jakieś sto pięćdziesiąt osób z różnorakich zawodów i dziedzin. Po filmie wychodzimy, wracamy do domu, myślimy o nim chwilę, być może wystawiamy kilka gwiazdek na jednym z popularnych serwisów bazodanowych, a potem wszystko wraca do normy – aż do następnej wizyty w kinie.

Piąta część Piratów z Karaibów według szacunkowych danych miała kosztować około 380 milionów dolarów!

Żebyśmy miło (oby!) spędzili w ciemni te dwie godziny, hollywoodzkie studio musi wydać około stu milionów dolarów. Ta kwota jest uśrednionym kosztem produkcji tak zwanego „major studio release”, czyli gatunkowego filmu ze znaną obsadą. Zupełnie inaczej wyglądają budżety filmów niezależnych, niszowych lub artystycznych. Nie da się jednak ukryć, że to właśnie „major releases” przyciągają do kin najwięcej osób i statystycznie, w ciągu życia, przeciętny odbiorca filmów właśnie ich ogląda najwięcej. Co i kto się składa na te sto milionów i czy to jedyny koszt, który ponosi studio w trakcie pracy nad filmem – dowiecie się z tekstu.

W 1994 na ekrany kin weszły trzy filmy z Jimem Carreyem. Głupi i głupszy, Maska i Ace Ventura: Psi detektyw miały budżety produkcyjne w granicach piętnastu-osiemnastu milionów dolarów.

Advertisement

Nie były to superprodukcje (mimo całkiem nowatorskich efektów w Masce), ale Jim zarobił krocie tylko dzięki temu pierwszemu. Rola głupiego (czy może głupszego?) przyniosła mu siedem milionów dolarów (z budżetu osiemnastu), natomiast Ace i Stanley Ipkiss z Maski zagwarantowali mu przychód w granicach czterystu-pięciuset tysięcy. Rok później Carrey był już jedną z najjaśniejszych gwiazd przemysłu filmowego. Za udział w kolejnych filmach: Telemaniak, Kłamca, kłamca i Ja, Irena i Ja zainkasował trzy czeki po dwadzieścia milionów dolarów każdy. Ergo, za same wypłaty Carreya w latach 1997-1999 można by nakręcić trzy całkiem niezłe komedie w roku 1994.

Od 500 tysięcy do 50 milionów w cztery lata – Robert Downey Jr.

Znane nazwisko w obsadzie jest zawsze największym pojedynczym kosztem produkcyjnym w filmie. Sumy, o których mówimy, są iście bajońskie – choć nie jest to informacja oficjalna, Robert Downey Jr. za występ w Avengers miał otrzymać pięćdziesiąt milionów, czyli około jednej czwartej całego budżetu produkcyjnego. Ale Downey zapracował na swoją wypłatę – i swój wizerunek.

W 2008 za pierwszego Iron Mana dostał „zaledwie” pięćset tysięcy – był jednak wtedy na cenzurowanym. Przygody z alkoholem i narkotykami na początku XX wieku sprawiły, że media i publiczność straciły do niego zaufanie na długi czas. Odzyskał je dopiero rolą w pierwszym filmie z raczkującego MCU. W zaledwie cztery lata stał się (po raz kolejny) ulubieńcem Ameryki, a Kevin Feige obsypał go złotem.

Advertisement

Weźmy teraz wypłatę Roberta, dodajmy drugie tyle i otrzymamy okrągłe sto milionów. Właśnie tyle kosztowała realizacja Władcy Pierścieni: Powrotu króla, czyli jednego z najefektowniejszych filmów swoich czasów, który nawet dzisiaj przytłacza rozmachem. Ten film był jednak zwieńczeniem trylogii, którą rozpoczęła w 2001 Drużyna Pierścienia.

Wyprodukowanie tego dzieła kosztowało dziewięćdziesiąt milionów. Warto jednak zauważyć, że producenci i reżyser postanowili wykonać dość ryzykowny ruch. Mianowicie w obsadzie tej produkcji, krojonej przecież jako blockbuster, nie znalazły się żadne nazwiska znane z pierwszych stron kolorowej prasy lub występów w wieczornych talk-showach. Dziś niemal każdy członek obsady jest gwiazdą, ale w momencie rozpoczęcia zdjęć byli to debiutanci lub aktorzy o umiarkowanej sławie. Bodaj najpopularniejsi byli wtedy Cate Blanchett i Sean Bean.

Advertisement

Udział Christophera Lee i Iana Holma był znaczący, ale na pewno nie był czynnikiem przyciągającym ludzi do kina. Ryzyko się opłaciło, a decyzje obsadowe okazały się bezbłędne. W tym samym roku, co Drużyna, miała miejsce premiera kryminału z Morganem Freemanem na podstawie poczytnej prozy Jamesa Pattersona, W sieci pająka. Ten film kosztował sześćdziesiąt milionów i może pochwalić się sekwencją z udziałem jednych z najbardziej żenujących efektów specjalnych.

 

Advertisement

Wioskę Hobbiton wybudowano specjalnie na potrzeby filmu Władca Pierścieni. Przez wiele lat była atrakcją turystyczną, generując niemały przychód. Pieniądze dobrze zainwestowane!

Do rzeczy – zestawiam Drużynę Pierścienia i W sieci pająka nie bez powodu. Budżety produkcyjne tych filmów dzieli zaledwie trzydzieści milionów, a nie trzeba chyba wyjaśniać, co prezentują na ekranie. Gdzie tkwi haczyk? Oczywiście, nazwisko Freemana w obsadzie to już wydatek prawdopodobnie równy zatrudnieniu całej obsady we Władcy Pierścieni (strzelam, że Freeman dostał około 10 milionów za udział w tej pomyłce). Reszta budżetu produkcyjnego rozkłada się na następujące koszty, które w przypadku współczesnych produkcji są mniej więcej te same: zakup praw do scenariusza, gaża scenarzysty (Gildia Scenarzystów Amerykańskich zapewnia minimalne wynagrodzenie, które w 2017 wynosiło 72 tysiące dolarów.

Dla porównania, Quentin Tarantino za swój scenariusz Prawdziwy romans otrzymał 50 tysięcy), ewentualne poprawki scenariuszowe. Po „wygładzeniu” tekstu trafia on do reżysera, który (zwykle wraz z producentem) wybiera ekipę – operatora, montażystę, art-directora, scenografa, kostiumologa, dźwiękowca, stylistę i kompozytora. Każda z tych osób nie pracuje samodzielnie, lecz zatrudnia kolejne zespoły, które tworzą tzw.

piony. Dla przykładu, obok montażysty pracują zwykle jego osobisty asystent, a także osoby odpowiedzialne za zgrywanie materiału, wstępną selekcję, oznaczanie scen itp. Im bardziej złożony i skomplikowany projekt, tym większe poszczególne piony. Dzień pracy pojedynczej osoby w przemyśle filmowym może nie wydawać się kosztowny, jednak gdy zliczymy udział każdej pojedynczej osoby i przemnożymy to przez liczbę dni zdjęciowych (co najmniej około sześćdziesięciu dni pracy na planie filmowym), sumy robią się znaczące. Do tego dochodzą koszty wynajmu sprzętu – kamer, obiektywów, oświetlenia, statywów itp.

Advertisement

Do kosztów ekipy dochodzą koszty scenariuszowe. Absolutnie każda rzecz opisana w scenariuszu musi znaleźć się na ekranie. Bohater kroi chleb? Dla potrzeby dubli kupujemy pięć bochenków, co kosztuje nas kilka dolarów. Bohater przewraca kosztowną, ręcznie malowaną wazę z dynastii Ming, która z kolei upada na drewniany regał, przewracając go z całą zawartością – setką książek, akwarium pełnym tropikalnych ryb i domkiem z dziesięciu tysięcy zapałek? Co najmniej trzy duble – liczymy zatem koszt każdego ewentualnie zniszczonego rekwizytu plus czas dyżurnych planu potrzebny do ustawienie scenografii od początku.

Film historyczny, którego akcja dzieje się w konkretnym mieście? Budujemy scenografię lub wykonujemy prace dekoracyjno-scenograficzne na zastanych budynkach, na co trzeba uzyskać zgodę miasta i wydać krocie na materiały i robociznę. Koszty scenariuszowe to także wszystkie kostiumy, rekwizyty, pomieszczenia (lokale się wynajmuje lub buduje w wynajętym studio od zera).

Advertisement

W filmie Synekdocha, Nowy Jork bohater-reżyser zleca wybudowanie makiety tytułowego miasta na potrzeby swojego dzieła.

Do tego wszystkiego doliczamy catering dla całej ekipy, benzynę na transport ludzi, sprzętu (na przykład dwa vany pełne elementów wielkiego metalowego stelażu potrzebnego do zbudowania oświetlenia bardzo ważnej dla historii sceny nocnej dziejącej się nad rzeką pośrodku niczego) plus wszystkie „inne” wydatki uzależnione od danej produkcji. Mogą to być opiekunowie i trenerzy psów do sceny z udziałem zwierząt lub codziennie nowy t-shirt od Armaniego dla Johna Travolty (anegdota z planu Kodu dostępu).

Wróćmy na chwilę do reżysera, który generalnie jest raczej kosztem produkcji niż czynnikiem generującym zarobek. Jest jednak kilka nazwisk reżyserów, które „sprzedają” film. Dla przykładu, za reżyserię Osady będący wtedy u szczytu popularności M. Night Shyamalan miał otrzymać dziesięć milionów dolarów. Są to jednak sytuacje wyjątkowe, bo rzadko który reżyser ma status gwiazdy. A skoro jesteśmy przy Osadzie – koszty zatrudnienia kaskaderów w tym filmie opiewały na 3,9 miliona.

A przecież nie był to przesadnie „kaskaderski” film. Kwota ta może dać jakieś pojęcie o tym, ile mogło to kosztować na przykład w Szybkich i wściekłych 7. Mówimy o dziesiątkach milionów dolarów.

Advertisement

Produkcja The Social Network kosztowała około 40 milionów. Film składa się w większości ze statycznych scen dialogowych i ujęć ludzi przy komputerach.

Film nakręcony, większość ekipy pakuje manatki i wraca do domu zobaczyć niewidziane od miesięcy dzieci, żony, mężów i kochanków. Reżyser pracuje dalej – tym razem z pionem postprodukcyjnym. Model postprodukcji w ciągu ostatnich dwóch dekad zmienił się diametralnie. Obecnie większość filmu powstaje w komputerze i mowa tutaj nie tylko o obrazach przepełnionych efektami specjalnymi. Raczej statyczny i spokojny The Social Network praktycznie w każdej scenie posiada komputerowe poprawki. Tak więc montażysta składa materiał do kupy (oczywiście najpierw musi obejrzeć na przykład pięćdziesiąt godzin „surówki”, co oznacza pięć kosztownych dni pracy), montuje go, przekazuje koloryście, który „maluje” każdy kadr zgodnie z zaleceniami reżysera i operatora. Na tym etapie dodaje się też muzykę i efekty dźwiękowe oraz – efekty specjalne. Po ostatnich szlifach praca teoretycznie jest skończona.

Bywa, że film spędza rok albo i dłużej w postprodukcji. Wyprodukowanie efektów specjalnych to praca dla kilkudziesięciu osób zatrudnionych przy kilkudziesięciu stanowiskach komputerowych. Wszystkiego doglądają reżyser i reżyser efektów specjalnych, którzy czuwają, czy wszystkie obrazy powstają zgodnie z założeniami scenariusza i koncepcji przygotowanych przed rozpoczęciem zdjęć. W tym przypadku mniejsze znaczenie ma, czy pracujemy nad Władcą Pierścieni czy W sieci pająka. Projekty te z punktu widzenia samej pracy różni jedynie czas spędzony przy komputerze. Praca wygląda dokładnie tak samo – pomieszczenie pełne komputerów i zgarbionych techników-magików pochłaniających niezliczone ilości red bulla (przepraszam za stereotyp).

Advertisement

Film trafia na testowe pokazy, które w najlepszym wypadku kończą się pozytywnymi ocenami, a w najgorszym – dokrętkami. Dokrętki mogą stanowić koszmar i pochłonąć kolejne miliony z budżetu, jeśli na przykład w scenie pościgu widzowie pogubili się, kto goni kogo i w jakim kierunku, a dla osiągnięcia spójności potrzebujemy kilku ujęć, których nie nakręcono podczas zdjęć (współczuję kierownikowi planu, który nie dopilnował tego szczegółu!). Po dokrętkach film znów trafia na stół montażysty, proces się powtarza, ale teraz – mamy film!

Legion samobójców to przykład filmu, którego nie uratowały nawet dokrętki. Zawiódł nie tylko montażysta – na którego zwalano całą winę – ale przede wszystkim nieudolne scenariusz i reżyseria.

Na produkcję wydaliśmy, załóżmy, sześćdziesiąt milionów. Czy to wszystko? Absolutnie nie! Producent już dostaje uderzeń gorąca na zmianę z zimnymi potami, bo wie, że musi wyłożyć jeszcze mniej więcej drugie tyle. W czasach wysokiej konkurencyjności branży rozrywkowej film sprzedaje nie jego poziom wykonania, ale marketing. Do tej pory za każdym razem używałem sformułowania „budżet produkcyjny”. Miałem na celu zaznaczenie, że ciągle poruszamy się w kosztach filmu, które trzeba ponieść na jego „zrobienie”. Żeby opublikować film, należy drugi raz wydać sumę jego budżetu produkcyjnego.

Na tę kwotę składa się kampania marketingowa (czyli sztaby kreatywnych ludzi, którzy muszą znaleźć sposób na wyróżnienie dzieła z zalewu jemu podobnych produkcji i przebić się z ofertą do rozpieszczonego, wymagającego widza), a także koszty przygotowania kopii filmu do kin oraz materiałów reklamowych. Przeciętny budżet filmu, którego wyprodukowanie kosztowało siedemdziesiąt milionów dolarów, może wynieść nawet sto pięćdziesiąt milionów.

Advertisement

Obraz trafia na ekrany kin i musi zarobić trzykrotność swojego produkcyjnego budżetu, żeby można było mówić o jakimkolwiek sensie inwestycji. Co ciekawe, w przypadku wielkich premier decydujące są pierwsze dni od premiery. Wiele superprodukcji w ciągu weekendu lub pierwszego tygodnia zarabia 50% z ogólnej sumy wpływów. Wygląda na to, że największy stres producenci przeżywają w piątki… Doskonale znamy tytuły filmów z pierwszych miejsc światowego box office’u. Po drugiej stronie barykady stoją dzieła, które z niebotycznych budżetów wygenerowały jedynie straty: na przykład Pluto Nash z Eddiem Murphym z budżetu produkcyjnego 100 milionów dolarów ugrał w kinach całe… siedem milionów.

Wśród tzw. box office bombs można znaleźć zarówno słabe, jak i całkiem udane filmy. Parafrazując przysłowie, okazuje się, że łaska kinomanów na pstrym koniu jeździ… Warto o tym pamiętać, zanim po raz kolejny będziemy sięgać do portfela, by kupić bilet do kina!

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *