Ranking

Najgorsze EFEKTY SPECJALNE(J) troski

Autor: Szymon Skowroński
opublikowano

Dobre efekty specjalne to sól komercyjnego, wysokobudżetowego kina. Od niemal samego początku istnienia medium twórcy prześcigali się w pomysłach na dostarczenie widzom wrażeń, których nie znajdą nigdzie indziej. Do pewnego momentu musieli posiłkować się wyobraźnią, kreatywnością i znajomością techniki – zarówno filmowej, jak i ogólnej myśli inżynieryjnej – w celu powołania do życia niesamowitych obrazów. Potem zrobiło się nieco łatwiej: wystarczył dobry komputer i odpowiednio wysoka stawka dla grafika. Tak tradycyjne, praktyczne efekty, jak i CGI (ang. computer-generated imagery) potrafią dostarczać niezapomnianych emocji i sprawiać, że niemożliwe staje się możliwe. Istnieje jednak druga strona medalu w postaci efektów, które zamiast czarować – rozczarowują. W niniejszym zestawieniu przyglądamy się najgorszym efektom specjalnym.

W kwestii uściślenia: nie jest to ranking filmów z najgorszymi efektami specjalnymi lub ranking najgorszych filmów pełnych efektów specjalnych. Chodzi o pojedyncze, złe efekty w dobrych lub kiepskich produkcjach.

10. Plan dziewięć z kosmosu – latające spodki

Sztandarowy reprezentant filmografii Eda Wooda. Właściwie niniejsze zestawienie mogłoby się składać wyłącznie z fragmentów filmów tego nietuzinkowego twórcy, ale nie w tym rzecz, żeby dalej znęcać się nad zmarłym człowiekiem, którego jedynym brakiem wobec olbrzymiej i nieposkromionej pasji był brak talentu. Na dziesiątym miejscu lądują więc latające spodki z osławionego Planu dziewięć z kosmosu. Plastikowe kubeczki i talerzyki, pomalowane na srebrno i podwieszone na sznurku, ujmują swoją nieporadnością i tandetą, a reżyser nie miał wątpliwości, że właśnie taki obraz powinien się pojawić w jego filmie. Ja nie mam wątpliwości, że dużo lepiej zadziałałby po prostu duży cień na grupie kilku statystów.

9. King Kong (2005) green screen i dinozaury

Peter Jackson na fali sukcesu komercyjnego i artystycznego trylogii Władcy Pierścieni, niebotyczny budżet, najlepsza ówczesna ekipa od efektów specjalnych, Andy Serkis jako model motion capture. Co mogło pójść na tyle źle, że film, zamiast lądować na szczycie rankingu NAJLEPSZYCH efektów, zajmuje miejsce w zestawieniu odwrotnym? Ano coś mogło. Charakterystyczne dla „post-pierścieniowej” kariery Jacksona jest niedbalstwo i zbytni pośpiech w robieniu kolejnych projektów. Widać to najlepiej po trylogii Hobbit, ale zauważalne było też już w kilku momentach King Konga, które wyglądają po prostu na niedokończone. Mowa oczywiście o scenach z dinozaurami, a konkretnie o ujęciach, w których Adrien Brody i Jack Black zostają niemal stratowani przez stado olbrzymich gadów. Wykorzystanie green screenu jest tutaj niemal bolesne, trudno go nie zauważyć. Mała rzecz, ale nie tego oczekujemy od epickiego blockbustera!

8. Terminator/Pamięć absolutna głowa Arnolda S.

Dwa klasyczne obrazy z udziałem Arnolda Schwarzeneggera lądują ex aequo na jednym miejscu z konkretnego powodu: w obu przypadkach problem leży dokładnie w tym samym obiekcie – głowie Arnolda. Zarówno James Cameron, jak i Paul Verhoeven to mistrzowscy twórcy, którzy za pomocą efektów specjalnych – praktycznych i komputerowych – tworzą prawdziwą magię na ekranie, ale obaj popełnili podobny błąd i mocno się na nim wyłożyli. Scena ze sztuczną głową Terminatora i scena ze sztuczną głową Douglasa Quaida rażą… no właśnie – rażą sztucznością. W obu filmach widać, że głowa jest modelem wykonanym z tworzyw sztucznych, a obaj twórcy postanowili filmować ją w bliskim planie, w dodatku en face. Nie wpływa to w dużym stopniu na odbiór filmów (zakładam nawet, że w 1984 ten efekt w Terminatorze budził ciarki ze względu na swoją dziwaczną, odrealnioną naturę), ale chcąc zachować obiektywność, muszę wspomnieć o tych drobnych wpadkach mistrzów.

7. Superman IV – walka na Księżycu

O porażkach czwartej części Supermana z udziałem niezapomnianego Christophera Reeve’a można byłoby napisać osobny artykuł. Garść ciekawostek: producenci ze studia Cannon Films obcięli budżet z 36 do 17 mili0nów dolarów, gotowy film ze 135 minut skrócili do dziewięćdziesięciu (zakładali, że więcej seansów w ciągu dnia przełoży się na większy zysk), kaskader John Lees podczas realizowania sceny walki na Księżycu doznał kontuzji, która uniemożliwiła mu dalszą pracę i przerwała karierę, a sam Reeve żałował wzięcia udziału w filmie. Dlaczego? Między innymi dlatego:

6. Koszmar z ulicy Wiązów kukła i zniknięcie Freddy’ego

Klasyk horroru, który zestarzał się bardzo brzydko. O ile sam pomysł na postać Freddy’ego, który z koszmarów przenika do rzeczywistości, jest ciekawy, o tyle już scenariusz ponaciągano do granic możliwości, a realizacja… cóż, realizacja jest rodem z lat osiemdziesiątych i dzisiaj budzi jedynie sentyment, a nie przerażenie. Zwłaszcza finałowe sceny trącą myszką i niestety nie dają się potraktować poważnie (a jestem bardzo wyrozumiałym widzem!). Do rzeczy: po ostatecznym pojedynku Freddy zmienia się w jakąś dziwną plamę, która w zaledwie kilka sekund rujnuje podstawowy czynnik strachu – to, że koszmary mogą być realne. Świecąca projekcja, w którą zmienia się morderca, nie jest ani koszmarna, ani realistyczna. Próba efektownego zakończenia jego postaci zmieniła się w – nomen omen – realizacyjny koszmarek. A potem jest jeszcze lepiej: w epilogu – scenie snu bohaterki – Freddy powraca i wciąga jej matkę przez dziurę w drzwiach. Ewidentnie widać, że aktorka zostaje zastąpiona sztywną, nienaturalną kukłą. I tak, tuż przed napisami końcowymi, cały klimat opada na dno.

5. Jestem legendąkomputerowe „zombie”

Przykład decyzji, której od długiego czasu nie potrafię zrozumieć i zaakceptować. Postapokaliptyczny thriller Francisa Lawrence’a nie jest może arcydziełem, ale zdecydowanie nie jest filmem nieudanym. Interesująca wizja opustoszałego świata, powoli rozwijająca się historia, angażujący bohater (i pies!), dramatyczne zwroty akcji – to wszystko działa tutaj jak należy. Niestety, po raz kolejny twórcy zbyt mocno zaufali wygenerowanym komputerowo efektom i w momencie, kiedy na ekranie pojawiają się splugawieni, zainfekowani „zombie”, cała atmosfera również zostaje zainfekowana wirusem śmieszności. D L A C Z E G O, na młot Thora, to nie są aktorzy w charakteryzacji, tylko drętwe, sztywne modele pokryte teksturami o dziwnej mimice i nienaturalnych ruchach? Rozumiem użycie CGI, gdy na ekranie trzeba pokazać coś, co nie przypomina żadnej żyjącej istoty. Rozumiem nieantropomorficzne potwory, rozumiem wymarłe gatunki zwierząt, rozumiem dinozaury. Ale bladzi, chudzi ludzie? Lenistwo, głupota albo zbytnia wiara we własne możliwości – cokolwiek kierowało twórcami, zapewniło im wysoką lokatę w niniejszym zestawieniu.

4. Wiedźmin smok

Pamiętacie przypowieść o trzech ślepcach i słoniu? Każdy ze ślepców dotykał fragmentu zwierzęcia – nogi, trąby, rogu – i na podstawie tego był w stanie stwierdzić, że ma do czynienia ze słoniem. A pamiętacie obcego z Obcego? W pełnej okazałości widzieliśmy go na ekranie może z minutę. Wcześniej tylko pojedyncze fragmenty, cienie albo niewyraźną sylwetkę. Znacie prysznicową scenę z Psychozy? W żadnym z siedemdziesięciu ujęć nie było widać rany na ciele. Dlaczego o tym piszę? Bo te trzy opowieści mają wspólny mianownik. Chodzi o to, że nie trzeba czegoś widzieć w całości i pełnej okazałości, żeby mieć tego dobry obraz. Nasz mózg docenia się i sam potrafi połączyć kilka kropek. Ba, często płata nam figle i rejestruje w pamięci coś, czego wcale nie zobaczył. Dokładnie odwrotnie jest w przypadku osławionej ekranizacji kultowej serii książek Andrzeja Sapkowskiego. Nasze oczy to widziały, nasz mózg to zapisał, a pewnie wszyscy wolelibyśmy o tym zapomnieć. Lekcja pokory dla filmowców: jeśli nie masz pewności, że twój smok wygląda dobrze, to go nie pokazuj. Wymyśl coś, oszukaj widza, zawrzyj z nim niepisaną umowę. Jeśli potraktujesz go poważnie – opłaci się to obu stronom. Ale nigdy, przenigdy nie pokazuj smoka, jeśli nie umiesz zrobić tego wiarygodnie.

Ostatnio dodane