Connect with us

Publicystyka filmowa

DE LIFT. Holenderska winda śmierci

DE LIFT. Holenderska winda śmierci to przerażająca historia o zabójczej windzie, która wstrząsa Amsterdamem. Odkrywaj mroczne tajemnice!

Published

on

DE LIFT. Holenderska winda śmierci

Holandia nie ma bogatej tradycji filmowego horroru, ale kiedy już coś niepokojącego i strasznego urodzi się w tym kraju, słyszy o tym cały świat. Zniknięcie George’a Sluizera jest powszechnie uważane za jeden z najbardziej przerażających filmów w historii kina, Ludzka stonoga Toma Sixa zaś za wyjątkowo ohydne doświadczenie filmowe, a w jeszcze innych rejonach mieści się twórczość Alexa van Warmerdama, naczelnego niderlandzkiego surrealisty.

Advertisement

Jest i Dick Maas, reżyser, który chyba wyłącznie przez przypadek urodził się w Holandii zamiast w Stanach Zjednoczonych. Jego kino bowiem jest tak bardzo amerykańskie, że dano mu nie jedną, a dwie szanse zrobienia tam kariery. Debiutancki horror De lift z 1983 roku do dziś pozostaje najbardziej znanym dziełem w jego twórczości, nie tylko dlatego, że czarnym charakterem jest tu zabójcza winda.

Głównym bohaterem filmu jest Felix (Huub Stapel), mechanik starający się wyjaśnić, dlaczego winda w pewnym amsterdamskim wieżowcu zbuntowała się przeciw jej użytkownikom. Najpierw nie chce wypuścić czwórki pijanych ludzi, równocześnie blokując im dostęp do tlenu – ci nieszczęśnicy jeszcze przeżyją, ale niewidomy starzec już nie, bo wpadnie do szybu windy zachęcony dźwiękiem otwieranych drzwi. Będą i inne ofiary, ginące na różne makabryczne sposoby. Tymczasem Felix, do pary ze wścibską dziennikarką Mieke (Willeke van Ammelrooy), zaczynają interesować się firmą, która odpowiada za oprogramowanie windy.

Advertisement

Maas nie tylko wyreżyserował De lift (który to tytuł swobodnie można przetłumaczyć jako „Winda”), ale również napisał scenariusz i muzykę, dźwiękami z syntezatora przywodzącą na myśl ówczesne kompozycje Johna Carpentera. Początek filmu jest zresztą tak efektywnie upiorny, atmosferyczny i pomysłowy, że gdyby nie fakt, że bohaterowie mówią po holendersku, można by debiut Maasa uznać za coś, pod czym faktycznie mógłby się podpisać reżyser Halloween. Sceny „ataków” windy są pełne napięcia i grozy, ale zaskakują przede wszystkim złowieszczym charakterem napastnika, z jednej strony nieludzkiego w swej mechanicznej istocie, z drugiej lubiącego bawić się ze swymi przyszłymi ofiarami.

Ilustracją pierwszego sposobu działania jest wspaniała scena dekapitacji nocnego strażnika. Początkowy śmiech – kiedy widzimy, jak drzwi windy biorą niczym w kleszcze głowę nieszczęśnika, a jego partner proponuje, że przyniesie mydło, aby pomóc koledze – szybko ustępuje miejsca terrorowi, który dzięki zwolnionemu tempu przybiera na sile. Winda bowiem nieubłaganie zjeżdża na dół, aby fachowo uciąć głowę mężczyźnie, podczas gdy drugi przygląda się temu w przerażeniu i niemocy. Moment ten, najlepszy w całym filmie, jest intensywny, ale w swej kompozycji ujęć, montażu i udźwiękowieniu również dziwnie urokliwy.

Advertisement

Ponury to jednak urok. Zupełnie inaczej wybrzmiewa scena z małą dziewczynką, przed którą co rusz otwierają się jedne z trzech drzwi windy, zapraszając do gry niczym w berka. Finał tej zabawy nie jest tak katastrofalny, jak mógłby być, ale doceniam, że Maas wynajduje najróżniejsze sposoby działania swojego tytułowego złoczyńcy, nigdy się nie powtarzając.

Jaka zatem szkoda, że po 30 minutach filmu wypełnionego grozą i tajemnicą, scenariusz skupia się na niemrawym śledztwie głównego bohatera, który dodatkowo jest niesłusznie podejrzewany przez swoją żonę o zdradę. Ani to potrzebne, ani ciekawe. Podobnie jak próba wciśnięcia elementów komediowych, często kompletnie chybionych. Widać, że Maas miał ogromny problem z rozwinięciem fabuły i wypełnieniem jej wartościowym materiałem, który popchnąłby historię we właściwym kierunku. W pewnym momencie działania śmiercionośnej windy są tłumaczone w sposób zbliżający De lift ku science fiction i ówczesnym, bardzo modnym w kinie obawom, że technologia musi obrócić się przeciwko człowiekowi. Klimat grozy ulatuje i nawet finał, w którym główny bohater samotnie mierzy się z windą, wydaje się dziwnie nieemocjonujący.

Advertisement

Mimo to trudno nie uznać debiutu Holendra za niezwykle obiecujący, a w kilku momentach wprost niesamowity popis panowania nad horrorową materią. I choć idea, aby głównym zagrożeniem uczynić posiadającą własną świadomość windę, wydaje się równie idiotyczna, co mordercza opona czy killer sofa, De lift ani przez chwilę nie popada w śmieszność wyjściowego pomysłu, znajdując idealną równowagę pomiędzy posępną atmosferą a karkołomnymi rozwiązaniami, które w rękach innego reżysera wywołałyby uczucie zażenowania.

Film cieszył się sporym sukcesem, co zaowocowało zaproszeniem Maasa do Ameryki, które to reżyser pierwszorzędnie storpedował. Najpierw zaproponowano mu realizację Koszmaru z ulicy Wiązów 4, a później filmu z będącym u szczytu sławy Jean-Claudem Van Damme’em, lecz w obu przypadkach Holender odmówił. Zamiast horroru o Freddym (który ostatecznie zrobił Renny Harlin, rozpoczynając tym samym swoją karierę w Hollywood) wybrał Przekleństwo Amsterdamu, nierówny tonacyjnie miks horroru i kina sensacyjnego, w niektórych kręgach jednak uważany za kultowy.

Advertisement

Później zaś zaangażował się w produkcję w Holandii, co spowodowało, że nie zrealizował filmu z JCVD, ale z drugiej strony to w jego studiu powstał oscarowy Charakter Mike van Diema. Maas nie dał za wygraną i postanowił sam się wprosić do Hollywood, najpierw zapraszając amerykańskie gwiazdy do Holandii i kręcąc tam thriller komediowy Niemy świadek (nie mylić z Niemym świadkiem Anthony’ego Wallera!) z Williamem Hurtem, Jennifer Tilly i Denisem Learym, a później remakując już w Nowym Jorku De lift jako Down, a w rolach głównych obsadzając Jamesa Marshalla, Naomi Watts (w tym samym roku, w którym pojawiła się również w Mulholland Drive) i Rona Perlmana. Oba filmy niestety okazały się niewypałami, głównie z powodu mentalności Holendra, którego poczucie humoru i dobrego smaku niekoniecznie szły w parze z sensacyjną konwencją. Zwłaszcza na przykładzie nowej wersji Windy można dostrzec, jak bardzo Maas przesadził na praktycznie każdym polu, czyniąc z nastrojowego horroru, jakim był oryginał, przeładowany efektami, kiczowaty i zwyczajnie głupi film. Jednocześnie nie wszystkie elementy, które działały w poprzedniej wersji, „przenoszą się” do nowej, zwłaszcza dialogi i zachowanie bohaterów.

https://www.youtube.com/watch?v=Ya_66Tloo2Y

Advertisement

Dziś Maas tworzy już wyłącznie w rodzimym kraju, choć nie bez sukcesów na arenie zagranicznej. Jego ostatni film Prooi, dreszczowiec o szalejącym na ulicach Amsterdamu lwie, słabo sprzedał się w Holandii, ale okazał się nieoczekiwanym przebojem w Chinach. Być może zatem kolejny etap kariery reżysera De lift czeka go właśnie tam, gdzie od kilku lat przebywa również ten, który przejął od niego film o Freddym Kruegerze, Renny Harlin. Wszystkie drogi prowadzą do Chin?

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *