Connect with us

Publicystyka filmowa

Dawaj do czopera! NAJLEPSZE ROLE SCHWARZENEGGERA

ARNOLD SCHWARZENEGGER, ikona kina akcji, rozsadza ekran w NAJLEPSZYCH ROLACH, pokazując, że nie tylko mięśnie mają znaczenie w Hollywood.

Published

on

Kiedy w Szklanej pułapce John McClane opisuje terrorystów opanowujących wieżowiec Nakatomi, stwierdza, że mają oni dość arsenału, aby posłać Arnolda Schwarzeneggera na orbitę. Austriacki Dąb to wszak postać zdecydowanie większa niż życie, to człowiek, który na stałe odcisnął na współczesnej epoce swoje piętno. Stał się ikoną, jeszcze zanim, ku zachwytowi publiki, zaczął dosłownie rozsadzać kinowy ekran swą obecnością.

Advertisement

Niejednokrotnie udowodnił, że – wbrew pozorom – wcale nie jest takim marnym aktorem, jak można by sądzić. Po drugiej stronie kamery zaczął pokazywać się zresztą jeszcze w latach 70. Dziś sam ma na karku 72 wiosny, a na koncie 45 ról. Poniżej wybrane najlepsze występy Arnolda Schwarzeneggera.

„Chodź ze mną, jeśli chcesz żyć”, czyli Arnold klasyczny

T-800

Terminator (1984) / Terminator 2 (1991)

Advertisement

Bez dwóch zdań wizytówka Arnolda. Bez tej roli trudno wyobrazić sobie nie tylko jego karierę, ale także w ogóle krajobraz współczesnego kina, a nawet współczesnej popkultury. Trudno też wyobrazić sobie kogokolwiek innego, kto zdołałby się wcielić w bezlitosną maszynę do zabijania. Grać bez wyrazu (i bez ubrań), jednocześnie przekazując odbiorcy odpowiednie emocje i budząc jego strach, to nie lada wyzwanie – i Schwarzenegger doskonale sobie z nim poradził. Co więcej, mimo braku aktorskiego przygotowania to właśnie tutaj Arnold pokazał swój talent – chociażby w tej bezcennej scenie z kultowego sequela:

Advertisement

Zresztą cokolwiek by o tych filmach napisać, to Terminator w wykonaniu Arnolda jest kreacją totalną – jednym z tych rzadkich przypadków, kiedy to aktor całkowicie zespala się ze swoją postacią, stając się z nią jednością. Na ekranie nie widzimy więc Arnolda, lecz T-800 w pełnej krasie. Schwarzenegger w dodatku nigdy tak do końca nie wyszedł z tej roli. Dowód:

Arnold na planie z reżyserem Jamesem Cameronem

Dutch

Predator (1987)

Chodząca góra mięśni i testosteron w najlepszym wydaniu – tak w skrócie można podsumować postać majora Alana „Dutcha” Schaeffera. To jeszcze jedna otoczona kultem postać kina akcji, która ponownie właśnie dzięki Arnoldowi zyskała status twardziela większego od filmu (i od wojowniczej istoty z kosmosu). Tylko on mógł sprzedać wypowiadaną ze śmiertelną powagą do tytułowej kreatury kwestię: „Ale z ciebie brzydki skurwysyn” [czytał: Tomasz Knapik] w taki sposób, by publika nie tylko nie parsknęła śmiechem, ale też biła przed nim pokłony. I tylko on mógł uczynić z rozwałki w dżungli dramat jednostki o iście hamletowskim zacięciu. To plus ten moment:

Advertisement

to właśnie te pozornie skromne rzeczy, które tworzą historię dziesiątej muzy. I przechodzą do niej przy akompaniamencie oklasków.

Quaid

Pamięć absolutna (1990)

Douglas Quaid to rola dość wyjątkowa w filmografii Arnolda. Czerwona Planeta, mutanty z kosmosu, praca w kamieniołomach, seks z Sharon Stone, wyrywanie rąk, seks z Rachel Ticotin, karły, elektroniczni morder… eee taksówkarze, wyjmowanie nadajnika przez nos i w końcu liczne deformacje twarzy, które z pomocą animatroniki zafundowano byłemu kulturyście. Liczba atrakcji tego filmu mogłaby przytłoczyć niejednego gwiazdora Hollywood. Ale nie Arnolda, który – podobnie jak cyniczny klimat całej opowieści – poradził sobie znakomicie.

Advertisement

Dodatkowo miał też po raz pierwszy okazję zagrać tu niejako podwójną rolę. I nie, nie chodzi o scenę z hologramem, lecz o krótki występ „złego” Quaida. Niby nic wielkiego, ale te parę minut jest lepsze niż cały Szósty dzień, w którym de facto mieliśmy dwóch Arnoldów.

Bić albo nie bić, czyli Arnold dramatyczny

Jack Slater

Bohater ostatniej akcji (1993)

Advertisement

Na logikę ten pastisz kina akcji i jego schematów mało ma wspólnego z dramatyzmem. Jednak to właśnie tutaj Arnold dosłownie ociera się o Szekspira. To również tutaj staje się nagle zwykłym śmiertelnikiem, który krwawi po byle uderzeniu w szybę. Brzmi to jak kolejny żart na długiej liście fabularnych dowcipów, ale w przypadku Arnolda takie coś to nie w kij dmuchał. Zresztą ten mocno niedoceniony swego czasu film to swoiste rozliczenie aktora z dotychczasową karierą oraz wizerunkiem niezniszczalnego Mister Universum, ponownie wymagające wyczucia w balansowaniu między ekranową przesadą i rozbuchaniem a nagłą powagą sytuacji.  Ów dualizm i nietypowa złożoność bohatera sprawiają, że ten występ Schwarzeneggera można uznać za najlepszy w jego karierze. A już na pewno najciekawszy.

Jericho Cane

I stanie się koniec (1999)

Advertisement

Ten film – od razu dodajmy, że niezbyt udany – idealnie podsumowuje okres Arnoldowych eksperymentów aktorskich. Podobnie jak zdecydowana większość jego przemian z lat 90., również i ta skończyła się niepowodzeniem. Ale trudno się temu dziwić, skoro już w pierwszych minutach zmęczony życiem i samotnością Schwarzenegger zabawia się w Martina Riggsa, desperacko przystawiając sobie pistolet do głowy. Publika nie była wtedy jeszcze gotowa na taki obrót spraw; nie spodobał jej się także równie „samobójczy” (i głupi) finał całej historyjki.

Po latach trudno jednak nie docenić zakusów Arnolda na coś więcej niż tylko kolejne „kiss kiss, bang bang” (z przewagą tego drugiego). Co prawda scenariusz i absurdalność całej intrygi nie dają mu tak naprawdę szans na rozwinięcie skrzydeł w starciu z czartem, ale tenże diabeł tkwi w szczegółach, dzięki którym Schwarzeneggerowi udało się, mimo wszystko, wykrzesać z tej postaci więcej, niż nakazywałby rozsądek.

Advertisement

Roman Melnyk

Po katastrofie (2017)

Jeden z nielicznych czysto dramatycznych występów Schwarzeneggera, który wraz z wiekiem (i coraz gorszą formą) zaczął szukać innych wyzwań przed kamerą. Co prawda oparty na faktach film sam nie wie, czym dokładnie chce być, i przez to zawodzi, ale Arnold potrafi tu naprawdę zaskoczyć wstrzemięźliwością. Pozytywnie. Pozbawiony ciętych ripost, przejaskrawionej stylistyki, humoru sytuacyjnego i szerokiego arsenału wymyślnej broni staje się zwykłym, szarym i zdesperowanym człowiekiem. Toporny akcent i zmęczona twarz wystarczają jednak, by pokazać nieco inne, przejmująco szczere oblicze mięśniaka z Austrii (tu: z Rosji). Kto wie, czy w lepszych rękach Arnold nie stworzyłby kreacji na miarę jakiegoś wyróżnienia, niekoniecznie oscarowego.

Advertisement

„Zwalniam cię”, czyli Arnold niepoważny

Julius Benedict

Bliźniacy (1988)

Duet nadwornego mięśniaka Hollywood z naczelnym niziołkiem fabryki snów Dannym DeVito po prostu musiał wypalić. Raz jeszcze Arnold wykazuje się tu całkiem niezłym wyczuciem komediowym – czy to w momencie pierwszego obcowania z seksem oraz z codziennością wielkiej metropolii, do której zostaje nagle wrzucony, czy w sytuacjach jakichkolwiek interakcji ze swoim filmowym bliźniakiem, czy choćby w ikonicznej scenie, w której naśmiewa się ze swojego rywala, jakim był stalowy Sly, i z jego Rambo III. I choć nie zabrakło tu też momentów refleksyjnych, a nawet wręcz smutnych, to jednak całość zabawą stoi – i w niej Schwarzeneggera należy po prostu wyróżnić.

Advertisement

John Kimble

Gliniarz w przedszkolu (1990)

To chyba ostatnia naprawdę dobra komedia z udziałem Arnolda. Przekonująca w dodatku właśnie aktorsko (choć, paradoksalnie, to za późniejszego Juniora otrzymał nominację do Złotego Globu). Wrzucony pomiędzy zgraję przedszkolaków, Schwarzenegger bodaj po raz pierwszy i jedyny traci nad sobą kontrolę. Nikt wcześniej ani później tak nie wymęczył Austriackiego Dębu jak właśnie dzieci. I patrzenie na to jest dla widza zwyczajną frajdą. Gorzej z resztą filmu, na który publika zareagowała z rezerwą – w końcu mieliśmy nagłą zmianę tonacji i strzelaninę pośród milusińskich, czyli, jakkolwiek by patrzeć, amerykański temat tabu. Szkoda, że w tym kontekście rola Arnolda przeszła w sumie bez większego echa, gdyż to jeden z jego oryginalniejszych występów.

Advertisement

Harry Tasker

Prawdziwe kłamstwa (1994)

Na pierwszy rzut oka to trochę taka powtórka z Bohatera ostatniej akcji. Znowu mamy pastisz i zabawę kinem – tym razem szpiegowskim (prolog z Arnoldem w garniaku w stylu Bonda to czyste złoto). Raz jeszcze Schwarzenegger miota się pomiędzy kąśliwymi one-linerami a gorzką powagą (scena, gdy pod wpływem prochów wyznaje żonie całą prawdę, to Arnold w topowej formie), wcielając się w postać większą od wszystkiego i wszystkich; człowieka, któremu nic nie jest straszne – a już na pewno nie arabscy terroryści. Jednak lekkość i humor, a nawet pewna przaśność całej produkcji dominują zarówno w treści, jak i formie.

Advertisement

Więc nawet gdy życie córki Arnolda wisi na włosku, tatuś katuje porywaczy z uśmiechem na ustach. Tak też mija nam cały seans – siedzimy z bananem na twarzy, bo nikt nie potrafi go wywołać równie dobrze jak Arnold, który u Camerona jest pod każdym względem the best of the best.

Bonus: sztuka Arnolda

Długie pożegnanie (1973)

Advertisement

U Roberta Altmana Schwarzenegger pojawia się w tylko jednej, krótkiej scenie. Za to jakiej! Wraz z innymi kolesiami wchodzi on nagle do biura, po czym… wszyscy zaczynają ściągać z siebie ubrania (Arnie nawet zdejmuje marynarkę z osłupiałego Elliotta Goulda). Moment to wyjątkowo kuriozalny, więc trudno się dziwić, że przyszły gubernator Kalifornii – prócz mięśni mający dodatkowo zabójczy licealny wąsik pod nosem – nie wie za bardzo, o co chodzi, i mimowolnie spogląda wprost w kamerę. Bezcenne.

Przeczytali? No to hasta la vista and get to the choppa, baby!

Advertisement

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *