search
REKLAMA
Fantastyczny cykl

CZŁOWIEK WIDMO. 20 lat od premiery horroru science fiction

Jakub Piwoński

6 kwietnia 2020

REKLAMA

Przeczytaj poprzednie odsłony Fantastycznego Cyklu

Jest taka scena w Człowieku widmo, kiedy Sebastian i Linda, rozmawiając o swym przeszłym związku, szukają, czy ma on jeszcze szansę wrócić na właściwe tory. „Wehikuły czasu nie istnieją” – mówi bohaterka grana przez Elizabeth Shue, dając do zrozumienia, że do przeszłości nie ma powrotu. Podróż przez czas oraz niewidzialność to główne tematy dwóch słynnych powieści H.G Wellsa, jednego z najważniejszych autorów SF w historii. Jedna z tych powieści zainspirowała właśnie Człowieka widmo.

Ale jedną rzecz trzeba wyjaśnić. Film Paula Verhoevena z 2000 roku nie ma wiele wspólnego z Niewidzialnym człowiekiem, zarówno tym książkowym, jak i tym filmowym z 1933 roku – przynajmniej na poziomie przebiegu akcji. Owszem, pomysł, jakoby główny bohater, naukowiec, doprowadził do swego zniknięcia, jest tu jak najbardziej na swoim miejscu. Zgadza się także to, że pod wpływem owego zniknięcia mają szansę zaistnieć w bohaterze wszelkie jego złe, najmroczniejsze wręcz cechy. I tak naprawdę to byłoby na tyle. Nie mamy tu więc do czynienia z żadną nową adaptacją Wellsa czy też remakiem (jeśli już to z przedrostkiem quasi), tylko z filmem inspirowanym oryginalnymi dziełami. I tak po prawdzie identycznie należy traktować Niewidzialnego człowieka z 2020 roku. W obu przypadkach nazwisko H.G. Wellsa ostatecznie nie pojawia się w liście płac, brak informacji o tym, że filmy te powstały na motywach klasycznej powieści z 1897 roku, przez co spadkobiercy twórczości legendarnego autora najpewniej nie dostali za te filmy grosza.

Mówię o tym po to, by w podejściu do Człowieka widmo nie narzucać sobie żadnych zbytecznych porównań. Tytuł filmu (oryg. Hollow Man) wziął się z powieści Dana Simmonsa z 1992 roku, która, co ciekawe, nie ma nic wspólnego z motywem niewidzialności. Studio Sony Pictures wykupiło jednak do tytułu prawa, by tym samym odciąć się od Wellsa. Do pokierowania projektem zaangażowano jedyny w swoim rodzaju towar eksportowy, czyli Paula Verhoevena, holenderskiego reżysera, który w Hollywood zdołał w latach 90. zasłynąć wizjami pełnymi brutalności, seksu i mroku, z miejsca kwalifikującymi się do kategorii R. Co ciekawe, jego niezwykle charakterystyczne filmy, jak Żołnierze kosmosu, Robocop, czy Nagi instynkt (a także recenzowany film), zawsze były kontynuowane przez innych reżyserów i zawsze rezultat tych starań był gorszy od pierwotnego – o czym świadczą wyniki finansowe. Kompetencje Verhoevena przydały się jednak ponownie do realizacji filmu opowiadającego o naukowcu dotkniętym kompleksem Boga. Naukowcu ogarniętym niespożytą energią i zarazem obsesją dążenia do pokonania ludzkich ograniczeń, ludzkiej fizyczności. Dzięki manipulacjom biologicznym jego ciało przestaje być widoczne dla oka ludzkiego. Aczkolwiek jednocześnie jego duch ujawnia prawdziwego demona.

Pretendentami studia do roli Sebastiana Caine’a, protagonisty, byli między innymi Edward Norton i Guy Pearce. Wybór padł jednak na Kevina Bacona. Co zadecydowało? Według twórców Bacon potrafi być jednocześnie szarmancki i demoniczny, co idealnie wpasowało się w charakterystykę postaci, którą odegrał. Jest to spostrzeżenie trafne. W scenach przed transformacją widać wyraźnie, że aktor czuje się w roli bardzo swobodnie, tworząc elektryzujący miks arogancji, dezynwoltury i osobistego uroku. Choć lubię tę rolę, to jednak niekoniecznie rozumiem jej rozwój. Coś w tym wymiarze wyraźnie poszło nie tak. Charakterologiczna metamorfoza głównego bohatera z dobrego na złego zachodzi według mnie zbyt nagle. Zabrakło jednej, dwóch scen, w których szaleństwo wynikające z faktu, iż bohater zdołał zdematerializować swoje ciało, byłoby należycie uzasadnione. Jedna z najsłynniejszych scen filmu, czyli gwałt na kobiecie z sąsiedztwa, jest już według mnie akcentem zbyt dosadnym, niepasującym do oblicza faceta, który dopiero co, na swym przykładzie, dokonał naukowego przełomu (choć warto dodać w tym miejscu, że i tak znamy wersję skróconą tej sceny, gdyż jej oryginalny zamysł był znacznie brutalniejszy). Wszystko natomiast, co następuje po tej scenie, jest już konsekwencją wyboru, jakiego dokonał bohater, dlatego tak ważne było nakreślenie widowni przyczyn zmian zachodzących w psychice bohatera.

Bardzo zastanawiające jest dla mnie także to, dlaczego zarówno w Człowieku widmo, jak i w nowym Niewidzialnym człowieku motywem przewodnim jest męska agresja w stosunku do kobiet. Tak jakby w sytuacji zniknięcia do głowy człowiekowi nie mogły przyjść inne sposoby wykorzystania nabytej właśnie mocy. Zdaję sobie sprawę z tego, iż twórcy w ten sposób sugerują, jakoby drzemiąca w męskiej podświadomości chęć całkowitej dominacji nad kobietą była czymś tak żywym i tak silnie pierwotnym, że stałaby się głównym składnikiem negatywnej przemiany każdego, kto niewidzialność posiadł. W ten sposób jednak filmy te jawnie demonizują mężczyzn, czyniąc seksualną agresję swym motywem przewodnim, kompletnie bagatelizując to, czym byłby wynalazek niewidzialności dla człowieka, społeczeństwa i cywilizacji. Aspekt według mnie nie mniej ciekawy, fascynujący, leżący u podstaw myśli H.G. Wellsa, a przy tym całkowicie pomijany w filmach (z wyjątkiem oryginału z 1933).

Jedno jednak trzeba Człowiekowi widmo przyznać – wciąż potrafi zachwycać stroną wizualną. Dziś, po dwudziestu latach od premiery, efekty specjalne w filmie Paula Verhoevena nie zestarzały się według mnie ani trochę i stanowią główny budulec filmu. Nawet nie chcę się zastanawiać, jak trudna w realizacji była scena, w której leżący na łóżku Kevin Bacon po dożylnym wstrzyknięciu substancji zaczyna stopniowo znikać z pola widzenia otaczających go współpracowników. Ponoć aktor musiał dużą część zdjęć spędzić w wyjątkowo obcisłym kostiumie, odpowiednio pokrywającym się z blue screenem, co jednocześnie dowodzi, że pewne rzeczy w efektach specjalnych nie zmieniły się od dekad – w Niewidzialnym człowieku z 1933 roku bowiem efekt niewidoczności można było osiągnąć dzięki przebraniu aktora w czarny kostium i zestawieniu go z równie ciemnym tłem. Efekty specjalne w Człowieku widmo były rzecz jasna nominowane do Oscara, ale niefortunnie przegrały z dominującym wówczas Gladiatorem. Magicy ekranu Człowieka widmo zostali jednak nagrodzeni Saturnem.

Nie jestem przekonany, czy film Verhoevena w jakikolwiek sposób jest w stanie równać się z kultem trzech wspomnianych przeze mnie wcześniej filmów reżysera czy też z Pamięcią absolutną, również jego autorstwa. Nie ma na to szans. Jest jednak w filmie z 2000 roku coś, co wciąż przyciąga, przynajmniej moją uwagę. Sprawny realizatorsko Człowiek widmo, prócz wybitnych efektów specjalnych, w trakcie akcji stopniowo i umiejętnie przykręca śrubę napięcia rodem z rasowego dreszczowca, wciągając widza w niebezpieczną grę w ciuciubabkę, prowadzoną przez bohatera ze swymi kolegami po fachu. Nikt nie może czuć się bezpieczny w obliczu zagrożenia, którego nie widać, mogącego niczym wirus być dosłownie wszędzie. Nawet teraz, obok mnie, podczas gdy piszę te słowa.

Człowiek widmo jest przy tym w pełni bezkompromisowy. Verhoveven jak żaden inny reżyser potrafi z brutalności uczynić poezję. Nie inaczej jest tutaj – działania Sebastiana w mocnym finale są dosadne i pozbawione jakiejkolwiek waty. Wydawać by się mogło, że reżyser dość wyraźnie podpisał się pod tym dziełem, zaszczepiając w nim elementy własnego stylu, między innym dość swobodnie kładąc nacisk na aspekty erotyczne. Ale jak się okazuje, w jednym z wywiadów Verhoeven wyznał, że według niego Człowiek widmo był jednym z tych filmów, który jego zdaniem mógł nakręcić w Hollywood każdy. Czego, także jego zdaniem, nie można było powiedzieć o wcześniejszych filmach z jego filmografii. Holenderski reżyser nie czuł po prostu, że robi coś swojego, tylko bardziej producenckiego, przez co po 2002 roku miał być z tego powodu przygnębiony.

Nie ma się czego wstydzić. Człowiek widmo nie jest żadną skazą na karierze Verhoevena. Choć wyniki finansowe filmu nie powalały na kolana, to trudno też uznać go za wypadek przy pracy. To dobre, solidne widowisko, które po latach nadal oddziałuje na widza silną energią. Widowisko, które po prostu potrzebowało nieco więcej rozwagi i serca, co być może ustrzegłoby produkcję od popełnienia podręcznikowych błędów.

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Kulturoznawca, pasjonat kultury popularnej, w szczególności filmów, seriali, gier komputerowych i komiksów. Lubi odlatywać w nieznane, fantastyczne rejony, za sprawą fascynacji science fiction. Zawodowo jednak częściej spogląda w przeszłość, dzięki pracy jako specjalista od promocji w muzeum, badający tajemnice początków kinematografii. Jego ulubiony film to "Matrix", bo łączy dwie dziedziny bliskie jego sercu – religię i sztuki walki.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA