Publicystyka filmowa
CZEGO SZUKASZ W MOIM KRAJU? Spojrzenie z perspektywy uchodźców
CZEGO SZUKASZ W MOIM KRAJU? odkrywa złożoność kryzysu migracyjnego z perspektywy uchodźców, ukazując dramatyczne dylematy i ludzkie tragedie.
Partnerem artykułu jest Aurora Films, dystrybutor filmu W czterech ścianach życia, dramatycznej historii matki ukrywającej się z trojgiem dzieci w budynku pod stałą obserwacją snajpera. Film wchodzi na polskie ekrany 16 marca.
https://www.youtube.com/watch?v=79qqKG-t4Nc
Rozpoczynając dyskusję o kryzysie migracyjnym, trzeba stanąć po którejś ze stron barykady. Jedni mówią, że należy odgrodzić się od uciekinierów z Bliskiego Wschodu i Afryki, bo stanowią oni zagrożenie dla europejskiej kultury, gdyż nie są skłonni do asymilacji w nowych krajach. Przede wszystkim jednak wśród nich mogą być terroryści czekający tylko, aby w imię swoich chorych, fanatycznych poglądów doprowadzić do śmierci kolejnych niewinnych osób. Po drugiej stronie znajdują się zwolennicy przyjmowania uchodźców albo chociaż udzielenia im sensownego wsparcia, bo większość imigrantów to zwykli ludzie uciekający przed największym horrorem, jaki można sobie wyobrazić — wojną.
To sytuacja w zasadzie bez wyjścia, bo nie jesteśmy w stanie w żaden sposób „selekcjonować” przybywających do Europy i określić, którzy z nich szukają lepszego miejsca do życia, a którzy to owładnięci żądzą mordu fanatycy. Albo po prostu tacy, którym lepiej będzie wylegiwać się na kanapie w Niemczech niż w Syrii.
Sytuacja jest patowa, przynajmniej przy postawach prezentowanych przez kraje zaangażowane w temat, bo mało kto szczerze przejmuje się wojną domową w Syrii, gdzie tak naprawdę nie wiadomo już, kto do kogo strzela. Problem ten nie mógł oczywiście ominąć filmu, a twórcy skłonni są stawać po stronie imigrantów. Interesujące jest to, że w filmach o tej tematyce często można natrafić na perspektywę samych uchodźców. Spojrzeniem bliskowschodniego emigranta posłużyła się choćby Marjane Satrapi w swoim komiksie Persepolis i jego świetnej adaptacji pod tym samym tytułem.
Tam również mieliśmy bohaterkę uciekającą z pogrążonego w rewolucyjnym chaosie Iranu, by przekonać się, że życie w Europie nie jest tak cudowne i pełne możliwości, jak jej się wydawało, a perskie pochodzenie Marjane przysporzyło jej wiele przykrości. Persepolis to oczywiście film nawiązujący do opisywanego problemu, ale mimo wszystko osadzony w innych realiach historycznych. Punkt widzenia nie zmienił się jednak od tamtego czasu zbyt mocno, a współczesnych uciekinierów wcale nie spotykają inne przykrości niż Satrapi ponad dwadzieścia lat temu.
Natomiast reżyserzy, nie lubiąc zagłębiania się w polityczne przyczyny arabskiej wiosny, wciąż starają się stawiać widza w sytuacjach, z którymi muszą mierzyć się uchodźcy. Okazuje się bowiem, że trudności imigrantów, choć różnorodne, mają wspólny punkt dojścia.
Konflikt bliskowschodni „od środka” stara się pokazać Philippe Van Leeuw w swoim filmie W czterech ścianach życia. Belgijski reżyser posługuje się fabułą, by w skali mikro ukazać panujący w Syrii terror i nieustające poczucie zagrożenia. Metaforę całego kraju ogarniętego wojną stanowi tu mieszkanie w syryjskim bloku, w którym ukrywa się grupa ludzi, niekoniecznie spokrewnionych ze sobą. Bohaterowie nie mogą opuścić budynku, gdyż naraziliby się na śmierć z rąk snajpera.
Jednak w domu także nie są bezpieczni — w pobliżu codziennie słychać strzały z karabinów, wybuchy bomb, a od czasu do czasu do drzwi dobijają się mężczyźni z żądzą mordu i gwałtu w oczach. To najprostsza metoda na zobrazowanie horroru, ale chyba najbardziej potrzebna. W końcu nikomu z nas raczej nie przyszło doświadczyć huku bomb i wystrzału karabinów podczas obiadu (na szczęście), a właśnie próby ocalenia choćby strzępów normalności nieustannie podejmują bohaterowie. Taka relacja z pierwszej ręki oddziałuje wyjątkowo silnie. Jest jednak coś, co potrafi wpłynąć na widza jeszcze mocniej. Dokument.
Właśnie tą formą posługuje się Matthew Heineman w swoim Mieście duchów. Nie mamy tu już opowieści fabularnej, lecz autentycznych uciekinierów z Syrii, którzy za pomocą nagrań starają się pokazać Zachodowi, jakim piekłem stał się ich dom. Dosadniejszego przekazu nie można stworzyć, bo kto opowie o wojnie lepiej niż ci, którzy ją przeżyli? No właśnie, przeżycie wojny to nie jedyne, z czym muszą zmagać się bohaterowie filmu. Lęk nie opuścił ich także po przybyciu do Niemiec, bo nie dość, że Państwo Islamskie ma swoich zwolenników poukrywanych w Europie, to jeszcze lokalni mieszkańcy domagają się deportacji uchodźców z powrotem do Syrii.
Zagrożeniem staje się nie tylko terroryzm, ale też sprzeciw ze strony Europejczyków, którzy życzą sobie obecności „obcych” w ich kraju. Trudno wyobrazić sobie bardziej ponure poczucie bycia otoczonym, znikąd nie mogąc oczekiwać wsparcia, gdy stary dom właściwie nie istnieje, a w nowym nie jest się mile widzianym. Nie chodzi już nawet o nacjonalistyczne bojówki, które tak naprawdę mogą stanowić zagrożenie w zasadzie dla każdego „innego”, ale także o zwyczajnych Niemców (w tym wypadku), po prostu obawiający się o siebie i swoich najbliższych. Nie da się odróżnić imigranta uciekającego przed wojną od planującego zamach.
Trudno winić Europejczyków za strach po kolejnych krwawych zamachach, a z drugiej strony nie sposób nie współczuć pokrzywdzonym Syryjczykom, będącymi persona non grata w skali światowej. Ich nadzieja na godną egzystencję w Europie jest jednak złudna. Częściowo to również nasza wina.
Kwestia wiary w lepsze życie w Europie podejmowana jest także w Po tamtej stronie Akiego Karuismäkiego. Fiński mistrz podchodzi jednak do tematu nieco subtelniej. I chociaż film ma akcenty humorystyczne, a nadzieję da się poczuć, wymowa całego dzieła naznaczona jest rozczarowaniem. Główny bohater Khaled przybywa do Finlandii, gdzie ubiega się o azyl polityczny. Kraj europejski nie jest jednak krainą szczęścia i dostatku. Protagonista doświadcza przemocy, bezradności władz i problemów finansowych, a te ostatnie doskwierają również samym Finom, których reprezentuje Wikström.
Drugi z bohaterów Po tamtej stronie ledwo wiąże koniec z końcem, zmagając się z przeciwnościami szarej codzienności. Podobnie jak Heineman Kaurismäki pokazuje, że los uchodźców jest tragiczny, ale ich niedola na europejskiej ziemi nie wynika jedynie z niechęci lokalnych mieszkańców i władz, ale też fałszywych wyobrażeń o „lepszym świecie”. W nim żyje się łatwiej niż w zniszczonych Syrii czy Iraku, ale to nadal ciągła walka o godny byt. Gorzką refleksją płynącą z Po tamtej stronie jest także kondycja kultury samych Europejczyków — jesteśmy aroganckimi egoistami nie patrzącymi dalej niż czubek własnego nosa.
Na dramatyzm stawia natomiast Witamy, którego akcja rozgrywa się jeszcze przed osiedleniem się w europejskim kraju. Tutaj również dominuje perspektywa beznadziei imigrantów traktowanych jak kryminalistów. Oczywiście nielegalne przekroczenie granicy go przestępstwo, ale film Philippe’a Lioreta podszyty jest już pewnego rodzaju paranoją i nieuzasadnioną wrogością. Główny bohater to Bilal, uciekinier z irackiego Kurdystanu, który chce dostać się do mieszkającej w Anglii ukochanej. Po nieudanej próbie przejechania przez granicę ciężarówką młodzieniec wpada na desperacki pomysł, by przepłynąć wpław kanał La Manche.
Pomaga mu w tym instruktor pływania, Simon. W szalonym planie Bilala unaocznia się ogromna determinacja spowodowana bezradnością. To punkt wspólny zdecydowanej większości filmów traktujących o imigrantach, ale równie istotnym elementem tych dzieł pozostaje postawa lokalnych mieszkańców i władz. W Witamy nie ma już lęku przed nieznanym czy terroryzmem. To jawna ksenofobia, oskarżanie imigrantów o roznoszenie chorób i tropienie ich jak najgorszych zwyrodnialców. Do tego dochodzi szantażowanie przez policję podejrzanych o udzielanie pomocy uciekinierom oraz nienawiść stróżów prawa wobec wolontariuszy.
Z poczucia desperacji rodzą się przemoc i przestępstwa, a obóz dla uchodźców w Calais przypomina getto. Philippe Lioret kreuje czarno-białą wizję świata i nie jest to dobre posunięcie, ale czy nienawiść do imigrantów nie miewa już formy takich patologicznych uprzedzeń? Przeciętny Kowalski przejmuje się wojną w Syrii tylko wtedy, gdy zaczyna dostrzegać jej mieszkańców na ulicach własnego miasta. Witamy w pewnym stopniu oskarża nas, Europejczyków, uważających się za ostoję cywilizacji o pielęgnowanie wyłącznie własnego ogródka i wykrzykiwanie: „Moje! Wynoś się!” w stronę tych, którzy choćby zbliżą się do naszego kawałka ziemi.
Film Lioreta pokazuje ciemniejszą stronę tragicznej sytuacji uciekinierów — ich rozpacz wywołującą agresję czy kradzieże. Tym samym film (zaledwie) zbliża się do kwestii, której niestety boją się twórcy, a jest nią pokazanie imigrantów nie tyle uciekających przed wojną, co liczących na przyjemne życie na zasiłku w bogatszych państwach Europy Zachodniej. Nie da się ukryć, że celem filmowców jest ukazanie tragizmu losów Syryjczyków czy Afgańczyków, ale unikanie tematu migracji zarobkowej, a przede wszystkim odrzucania lokalnych praw na rzecz roszczeń osłabia cały przekaz.
Widz musi uwierzyć w przedstawiany problem, aby się nim przejąć, a jednostronność dramatów o imigrantach temu nie służy. Najważniejsze jest, by ukazać tę kwestię w wielu aspektach, nie tylko wzbudzając współczucie, ale również przestrzegając przed patologiami. Dzięki temu można spróbować walczyć z krzywdzącymi stereotypami i koniec końców uwiarygodnić cały problem. Tego zdecydowanie w kinie brakuje, a strach przed naruszeniem przesadnej poprawności politycznej tylko napędza szkodliwy nacjonalizm i pospolity rasizm. Oglądając W czterech ścianach życia, może i przejmiemy się losem imigrantów, ale gdy włączymy telewizję i usłyszymy o szerzącej się patologii wśród osiadłych uchodźców, dotykającej zwykłych mieszkańców starego kontynentu, momentalnie odrzucimy od siebie współczucie.
Filmy o problemie współczesnej emigracji z Bliskiego Wschodu i Afryki, choć różnią się formą filmową i gatunkiem, pokazują jednoznaczny obraz losu uchodźców. Niezależnie od tego, czy akcja toczy się w Syrii, na pograniczu czy już w Europie, życie bohaterów jest trudne. Wynika to z nieustannego strachu w obliczu wojny, niewiele mniejszego w sytuacji podejmowania prób przedostania się do Europy i niesłabnącego niepokoju, gdy w każdym momencie można na własnej skórze doświadczyć obojętności europejskich władz, ksenofobii mieszkańców i zwyczajnych kłopotów codzienności na „urodzajnym” Zachodzie.
Brakującym elementem całego, by tak rzec, nurtu imigranckiego jest druga strona medalu, pokazująca tych, którzy przybywają do Europy na gotowe, nie mając zamiaru pracować na swoje utrzymanie i podporządkowywać się panującym prawom i zwyczajom. Twórcy ograniczają się do usprawiedliwiania pojedynczych incydentów, unikając prezentacji negatywnego wymiaru migracji. Na nieszczęście, bo dodałoby to wieloznaczności i wiarygodności całemu przekazowi i mogłoby trafić do większej liczby odbiorców. W przeciwnym razie nie zmieni się nic. Kolejny uciekinier z Bliskiego Wschodu zostanie pobity, kolejne osoby będą wyzywać od „ciapatych” czy „brudasów” i kolejni fanatycy będą wjeżdżać w tłumy ciężarówkami, bo jakoś nikt nie zauważy, że „leczący się psychiatrycznie Francuz” był podejrzany o terroryzm — skoro powiedział, że jest miły, to czemu mielibyśmy mu nie uwierzyć? W filmie wszyscy byli mili.
korekta: Kornelia Farynowska
