W stronę zachodzącego słońca

THE BALLAD OF LEFTY BROWN

Film, który jest jak swój bohater – cichy, niepozorny, odrobinę niezdarny i wymykający się oczekiwaniom.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Leworęczny bandyta

Ballada – gatunek mieszany, łączący w sobie cechy liryki, epiki i dramatu, którego tematem są niezwykłe wydarzenia – jak ulał pasuje do westernu. Nie dziwi zatem, że na Dzikim Zachodzie po jego formę filmowcy sięgali nie raz i wcale nie tak trudno natrafić tam na tytuły opiewające jakiegoś bohatera. Choćby w ubiegłym roku bracia Coen nakręcili Balladę o Busterze Scruggsie. Wcześniej mieliśmy jeszcze chociażby tę o Cable’u Hogue’u czy Josie (1967, Doris Day w roli głównej). Nie tak dawno dołączył do nich Lefty Brown.

Film z 2017 roku, w reżyserii i ze scenariuszem Jareda Moshé – pięć lat wcześniej zrobił on w temacie B-klasowe Dead Man’s Burden – to produkcja mocno niezależna, która za kilka marnych milionów dolarów powstała na terenach Montany (gdzie również toczy się fabuła). Blisko dwugodzinne dzieło to jedna z tych pozycji, które mogą sobie pozwolić na kategorię R oraz wszelkie dobrodziejstwa z nią związane. I zarazem stać je na solidną obsadę złożoną z głośnych, acz już dawno przebrzmiałych nazwisk (Jim Caviezel, Peter Fonda, Tommy Flanagan czy Kathy Baker).

To taki trochę Forrest Gump na wojennej ścieżce.

Nieco przestarzały wydaje się również główny hiroł przypowieści, czyli tytułowy Lefty Brown (mocno niedoceniany Bill Pullman, który napisał także jedną z piosenek do filmu). To tak naprawdę piąte koło u wozu. Gość pozornie niezbyt lotny, który nic ważnego w życiu nie osiągnął i który przez wszystkich wokół traktowany jest mocno pobłażliwie, na zasadzie upośledzonego kuzyna – należy się nim opiekować nawet wtedy, kiedy nie ma się na to ochoty. Człowiek, który nigdy nie został bohaterem, bo też i – jak głosi filmowy tagline – nie chciał. To niezdarny starzec, który od lat podąża za swoim szefem i zarazem jedynym przyjacielem jak wierny pies. Kiedy więc ten zostaje na jego oczach nagle zastrzelony przez złodziei koni, Lefty poprzysięga dopaść bandytów – wbrew radom, by zostawił to prawu i lepszym od siebie. Wbrew nie najlepszej opinii o nim żony zmarłego. Wbrew oczekiwaniom. W końcu także wbrew zdrowemu rozsądkowi, o który mało kto by Lefty’ego i tak posądzał.

Czyli jest to taki trochę Forrest Gump na wojennej ścieżce. Ale tylko trochę. Niestety, ale Balladzie… brakuje zarówno polotu, energii, atrakcyjności, jak i magii jej wielkiego poprzednika. A i sam Lefty nie jest, jak początkowo wydaje się nie tylko innym bohaterom dramatu, ale też widzowi, ekscentrycznym imbecylem ani misiem o małym rozumku. To zresztą stanowi największy mankament całego przedsięwzięcia – brak konsekwencji w budowaniu klimatu oraz kształtowaniu postaci. W przeciwieństwie do Forresta, który od pierwszej do ostatniej sceny był ciągle tym samym sympatycznym kretynem (bogatszym co prawda o kolejne doświadczenia, ale bynajmniej przez to nie inteligentniejszym), Lefty Brown bardzo szybko porzuca maskę nieporadnego kowboja, już w jednej z pierwszych scen przewracającego się przy oddawaniu strzału z dwururki, by stać się prawdziwym człowiekiem czynu, zdolnym nie tylko do pełnoprawnej egzystencji w samotności, ale też do pomocy innym i wyprowadzenia przeciwnika w pole.

Co prawda tworzący tu jedną ze swoich najlepszych kreacji Pullman ani na moment nie wychodzi z pierwotnie ukształtowanej roli – ponoć częściowo opartej na biografii jego przyjaciela z młodości, a historycznie na losach niejakiego Lefty’ego BJ-a Wheelera – ale scenariusz i reżyseria wyraźnie zabijają tę naprawdę ciekawą postać. Dzięki aktorowi kibicujemy jej do samego końca, wybaczając po drodze niejedną sztuczkę godną może nie tyle Williama Munny’ego z Bez przebaczenia, co po prostu człowieka bardziej doświadczonego, ogarniętego życiowo i, przede wszystkim, młodszego. A nie taki obraz Browna wcześniej rysują przed nami twórcy, każąc mu, niczym niesfornemu dziecku, zmagać się z palikiem w ziemi. Oczywiście przemiana przemianą, ale Lefty z początku filmu i ten z końca to jak dwie różne osoby. A to zgrzyta, bo film traci wiarygodność i skazuje wszelkie starania głównej gwiazdy na niepowodzenie.

Pullman gra tu jedną ze swoich najlepszych ról, nie raz ratując ten niezbyt inspirujący film.

Aktorowi nie pomaga również intryga – zbyt zagmatwana, niepotrzebnie podszyta polityką, a przez to wykraczająca daleko poza zemstę parobka, która sama w sobie mogła być fajnie poprowadzoną historią na półserio i z morałem. Zamiast tego Moshé i spółka wkraczają na grząski grunt złożony po trosze z cudownych zbiegów okoliczności (jakie ponownie tylko dzięki Pullmanowi stają się zjadliwe), a po trosze z wielu stereotypów i nie zawsze trzymających się kupy schematów. Czyni to z całości wydumany film, nie do końca wiedzący, o czym chce prawić – o dobrotliwym Leftym i jego z góry skazanej na porażkę krucjacie przeciwko złu, które nagle wywróciło mu życie do góry nogami, czy też o spiskowej teorii dziejów, w której zbiór dobrze zagranych, ale, mimo wszystko, tekturowych osobników bawi się w kalkę arcydzieła Sergia Leone.

Czuć to niestety również w warstwie czysto technicznej. Mały budżet filmu nie razi jakoś mocno w oczy, a i pięknych plenerów Montany zwyczajnie nie dało się zepsuć. Niemniej zdjęcia Davida McFarlanda nie są w żaden sposób inspirujące, podobnie jak i próżno szukać tu jakiegokolwiek pomysłu na konkretny styl prowadzenia historii. Także ogółem solidna muzyka H. Scotta Salinasa (Gra o „białe złoto”) wydaje się momentami przesadzona względem ekranowych wydarzeń – a to nie jest w stanie nadać im odpowiedniego dystansu przez akcentowanie okazjonalnego humoru, a to nadmiernie uderza w tony czysto dramatyczne. Nastrój bywa tu zatem naprawdę na wyrost, jakby nie przystając do samego tytułu tej produkcji, odgórnie nakazującego przecież wziąć to wszystko w pewien nawias. Zresztą część z tych rzeczy dałoby się wytłumaczyć właśnie formą ballady – już w samym swoim zamierzeniu będącą przecież przejaskrawioną wersją wydarzeń – gdyby tylko twórcy pozostali jej wierni, a nie przedstawiali wszystko ze śmiertelnym wręcz zacięciem.

W Balladzie o Leftym Brownie jest więc zaskakująco mało ballady. To dzieło, któremu brakuje lekkości (ta obecna jest w zasadzie tylko w pierwszych minutach projekcji) i które poprowadzone jest chwilami naprawdę zbyt ciężką ręką, aby można się było na nim dobrze bawić. Całość jest też przydługa i początkowa fascynacja ciamajdowatym Leftym szybko się ulatnia, a wraz z nią większość emocji. To ciekawy pomysł wyjściowy, ale przeciętnie opowiedziany. Różnicę robi tu jednak Bill Pullman. Gdyby nie on, byłby to naprawdę zmarnowany potencjał. Ale to w końcu opowieść o nim…

Ostatnio dodane