Od szeptu w krzyk

Przerażacze (1996)

Pierwszy hollywoodzki film Petera Jacksona to komediowy horror, który wyraźnie odchodzi od beztroskiej i krwawej zabawy jego wcześniejszych dokonań.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Don't Fear the Reaper

Gdy w 1996 roku niejaki Peter Jackson, nowozelandzki specjalista od kina gore, zaprezentował swój amerykański debiut, podejrzewam, że niewiele osób uwierzyłoby wtedy, że za kilka lat ten sam twórca zrobi epickiego Władcę Pierścieni i zostanie jednym z najważniejszych reżyserów na świecie. Trudno się temu dziwić – historia zaprezentowana w Przerażaczach nie należy w żaden sposób do ambitnych, co nie znaczy, że nie było przesłanek ku temu, aby uważniej śledzić karierę Jacksona. Po dwóch dekadach od premiery filmu, odrzuconego wtedy przez widownię i przyjętego z mieszanymi uczuciami przez krytykę, wydaje się on zawieszony między tym, do czego Jackson przyzwyczaił już swoich fanów, a kinem, które dopiero będzie robił.

Posiadający prawdziwy dar widzenia zmarłych, a trudniący się „oczyszczaniem” domów ze złych sił Frank Bannister (Michael J. Fox) uchodzi za hochsztaplera, którym poniekąd jest. Z pomocą trzech zaprzyjaźnionych duchów tworzy show dla klienta mimo woli – najpierw niewidzialni znajomi straszą lewitującym łóżkiem bądź latającymi talerzami, a wezwany później Bannister rzekomo łapie ich i żąda sowitej zapłaty. Proceder kwitłby dalej, gdyby nie dziwnie wysoka śmiertelność w mieście i jeszcze dziwniejszy brak jakiegokolwiek wytłumaczenia dla tej czarnej serii. Ale Frank zaczyna dostrzegać rosnącą numerację na czołach przyszłych ofiar, a wkrótce tajemniczą postać z kapturem na głowie i kosą w dłoni, polującą na niczego nieświadomych mieszkańców. Wygląda na to, że ponury żniwiarz zawitał na stałe w Fairwater.

Przed Przerażaczami Jackson był znany przede wszystkim jako twórca niesamowicie krwawych czarnych komedii (Bad Taste, Martwica mózgu), w których hektolitry wylanej czerwonej farby oraz obrzydliwości serwowane na ekranie na stałe wyryły się w pamięci widzów. I to właśnie sukces tych filmów, a w mniejszym stopniu nominowanych do Oscara, fenomenalnych Niebiańskich istot (głośnych również ze względu na debiutującą w nich Kate Winslet), przyczynił się do ściągnięcia Jacksona do Hollywood. Początkowo scenariusz Przerażaczy, autorstwa Jacksona i jego wieloletniej partnerki Fran Walsh, miał być materiałem na jeden z pełnometrażowych spin-offów Opowieści z krypty, ale tak się spodobał Robertowi Zemeckisowi, producentowi serialu, że namówił przyszłego reżysera Hobbita do realizacji osobnego filmu.

W przeciwieństwie do wcześniejszych dokonań Jacksona Przerażacze charakteryzują się gotycką, typowo horrorową atmosferą od samego początku, kiedy oglądamy strasznie wyglądający wiekowy dom, kobietę uciekającą przed duchem oraz drugą, starszą, przypominającą wiedźmę. Już w pierwszych scenach jednak możemy rozpoznać Jacksona po dynamicznej pracy kamery, a zwłaszcza charakterystycznych najazdach na twarze bohaterów, jego znaku firmowym, obecnym nawet we Władcy Pierścieni. Ale jego amerykański debiut to przede wszystkim zwrot reżysera ku komputerowym efektom specjalnym, czymś, z czego do tej pory praktycznie nie korzystał, a od czego wręcz się uzależni w swoich kolejnych produkcjach. Stworzone przez firmę Weta, której był jednym z fundatorów (pierwszym filmem z ich portfolio były wspomniane Niebiańskie istoty), w 1996 roku stały się prawdziwą gwiazdą Przerażaczy, prezentując duchy i upiory jako postaci niezwykle plastyczne, potrafiące latać, zmieniać kształty, rozsypywać się itp. Wówczas wszyscy krytycy zwracali uwagę właśnie na efekty specjalne, z jednej strony komplementując ich doskonałość, z drugiej zaś pisząc o przeładowaniu nimi widowiska, które ma do zaoferowania niewiele więcej. Jednocześnie fani wczesnego Jacksona, bardziej rozwydrzonego i śmielszego w swoich pomysłach, krytykowali jego pierwszy hollywoodzki film za brak szaleństwa oraz napędzających opowieść makabrycznych, czasem ohydnych wręcz momentów.

Zabawne, że po ponad 20 latach od premiery argumenty obu stron wydają się nieaktualne. Niektóre efekty specjalne nie robią już takiego wrażenia jak kiedyś (zwłaszcza kostucha jest mocno odlepiającym się od reszty obrazu dziełem komputera), choć w większości stoją na solidnym poziomie, wyzyskując maksimum możliwości ówczesnej technologii. Trudno również mówić o tym, aby miało być ich za dużo – w dobie wszechobecnego CGI tamten film jawi się jako dzieło rozumnego filmowca bawiącego się dobrodziejstwami komputera z umiarem. Wystarczy porównać ten horror z niedawnymi dokonaniami Jacksona, w których nie widać nic poza efektami specjalnymi.

Jak na ironię, póki to, co zabija ludzi w Fairwater, wygląda jak ikoniczna Śmierć, film wyraźnie ciąży ku komedii, nawet jeśli czarnej; w momencie jednak, gdy poznajemy prawdziwą twarz zagrożenia, humor praktycznie znika z dalszej części opowieści.

Ostatni seans utwierdził mnie również w przekonaniu, że daleko Przerażaczom do Martwicy mózgu lub jeszcze wcześniejszych Meet the Feebles czy Bad Taste, aby można te filmy tak łatwo ze sobą zestawić. Kiedy tam na ekranie rządziła makabra oraz radosna atmosfera chaosu, tutaj klimat jest zdecydowanie mroczniejszy, zamieniając początkowo zabawowy ton w coś bardziej złowieszczego. Jak na ironię, póki to, co zabija ludzi w Fairwater, wygląda jak ikoniczna Śmierć, film wyraźnie ciąży ku komedii, nawet jeśli czarnej; w momencie jednak, gdy poznajemy prawdziwą twarz zagrożenia, humor praktycznie znika z dalszej części opowieści. Rozgrywający się na dwóch planach czasowych finał, kiedy Bannister uczestniczy w rzezi z przeszłości, daleki jest od wyobrażeń o pokornym kinie, jakie Jackson zaczął kręcić po przyjeździe do Hollywood. Przyjeździe zresztą bardziej mentalnym niż geograficznym – Przerażacze powstali w Nowej Zelandii, co przysłużyło się mocno nie-amerykańskiemu klimatowi, z wiecznie pochmurną pogodą oraz kilkoma postaciami, w których wcielili się tamtejsi aktorzy z momentalnie słyszalnym akcentem, niepodobnym do żadnego innego.

Ostatnio dodane