Publicystyka filmowa
Mumia (1932 & 1959)
MUMIA to ikona kina grozy, łącząca starożytny horror z nowoczesnymi efektami. Sprawdź, jak ten potwór ewoluował na ekranach!
Mumia jako postać kina grozy jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych i ikonicznych potworów, stawianym w jednym rzędzie obok wampira, wilkołaka czy żywego trupa. W całości zabandażowany bohater, którego członki wydają się być niemal kompletnie sztywne, przez co nawet gdy gwałtownie się porusza, dostrzec w tym można jakąś sztuczność podyktowaną martwotą. Oczywiście kino przedstawiało nam różne wersje wywodzącego się głównie ze starożytnego Egiptu upiora, lecz trudno nie mieć przed oczyma właśnie takiego obrazu, gdy mowa o mumii.
Mimo to – a może właśnie dlatego – jest to nieciekawy bohater horrorów, częściej służący za drugoplanowe (i mało charakterne) zagrożenie, element dekoracji bądź przedmiot parodystycznej zabawy. Nieprzypadkowo bardzo popularna seria z Brendanem Fraserem (1999–2008) niewiele miała wspólnego z autentycznym lękiem, za to świetnie odnalazła się w przygodowej aranżacji, wykorzystując tytułowego antagonistę jako źródło nieustannej obecności drogich efektów specjalnych na ekranie. Wchodząca w ten weekend do kin Mumia z Tomem Cruise’em tej sytuacji raczej nie zmieni – widowisko reklamuje się jako początek uniwersum potworów, w skład którego wchodzić będą również doktor Jekyll i pan Hyde, szalony niewidzialny człowiek, potwór Frankensteina ze swoją narzeczoną i kilka innych legend, ale zwiastuny zapowiadają raczej współczesne kino akcji z nadprzyrodzonym zagrożeniem. Nie ma się czemu dziwić. Zabandażowana postać może i uchodzić za kanoniczne straszydło, lecz od dawna nikt się jej nie boi.
Również jej popularność wydaje się być obecnie znikoma. Tak, wspomniane filmy z Fraserem były przebojami, ale – powtarzam – horrorami nie są. Bliżej już Bubbie Ho-Tep (2002) do tego gatunku, choć nierówna walka mumii ze starym Elvisem Presleyem podszyta jest większym ładunkiem tragikomizmu niż strachu. Te zaś utwory, które horrorami są z definicji, trudno uznać za udane – kinowy remake słynnego serialowego Belfegora – upiora Luwru (2001), w którym Sophie Marceau jest opętana przez starożytnego upiora, oraz dwie dekady wcześniejsze Przebudzenie (1980) z Charltonem Hestonem próbującym ratować swoją córkę przed mściwym duchem egipskiej królowej, spotkały się z chłodnym przyjęciem.
Aby wskazać dobry film grozy o mumii, musimy się cofnąć aż do ery Hammera, kiedy to w 1959 roku postanowiono wskrzesić słynnego potwora. Biorąc jednocześnie pod lupę amerykański oryginał z 1932 roku oraz wspomnianą brytyjską wersję, można dostrzec nie tylko tajemnicę ich sukcesu, ale również przyczynę bolesnego upadku tytułowego bohatera z panteonu filmowych straszydeł.
W pierwszym filmie archeologiczna ekspedycja z 1921 roku odnajduje w Egipcie mumię kapłana Imhotepa oraz pogrzebaną wraz z nim skrzynię, otwarcie której grozi śmiertelnym niebezpieczeństwem. Wchodzący w skład ekipy ciekawski młodzian, nie bacząc na ostrzeżenie, zrywa plomby i odnajduje w środku skrzyni zwój z tajemnym zaklęciem, lecz chwilę później ożywiona mumia zabiera papirus, pozostawiając człowieka w niemałym szoku. Mija dziesięć lat. Syn jednego z członków poprzedniej ekspedycji spotyka na swej drodze niejakiego Ardatha Beya (po rysach twarzy Borisa Karloffa rozpoznajemy w nim tytułową postać, choć wyglądającą już jak zwyczajny człowiek), który wskazuje miejsce spoczynku księżniczki Ankh-es-en-amon.
Znalezisko ogromnej wagi wkrótce ląduje w muzeum w Kairze, co daje Beyowi możliwość wskrzeszenia swej ukochanej sprzed tysięcy lat. Zaklęcie przyzywa współczesną reinkarnację księżniczki, Amerykankę Helen Grosvenor, która od tego momentu staje się celem niecnych działań mumii. Na ratunek dziewczynie rusza zakochany w niej Frank (wspomniany syn archeologa) oraz wybitny badacz starożytności, doktor Muller.
Film Karla Freunda, uznanego niemieckiego operatora (Golem, Portier z hotelu Atlantic, Metropolis), który Mumią debiutował w USA jako reżyser, powstał na fali olbrzymiej popularności zrealizowanych zaledwie rok wcześniej Frankensteina Jamesa Whale’a oraz Księcia Draculi Toda Browninga. Wszystkie trzy zostały wyprodukowane przez studio Universal, lecz w tamtym czasie nikt nie myślał o nich w kategorii wspólnego uniwersum potworów, jak chcą nam współcześni.
Zamiast tego starano się jak najlepiej wykorzystać popyt na kinową grozę, która w przypadku dzieła Freunda wzięła się również z przełomowego odkrycia grobowca Tutanchamona dekadę wcześniej. Takie znalezisko musiało podziałać na wyobraźnię twórców filmowych, choć pomysłu na fabułę Mumii początkowo postanowiono szukać, podobnie jak w przypadku obu wcześniejszych horrorów, w literaturze. Bezskutecznie. Motyw mumii oraz ówczesna moda na Egipt stały się jednak wystarczającą zachętą, aby stworzyć całkiem oryginalną historię.
I tu pojawia się problem, gdyż fabuła wcale taka nowa nie jest i od pewnego momentu aż za bardzo przypomina Draculę, z wątkiem miłości silniejszej niż śmierć, reinkarnacją ukochanej oraz pojedynkiem nieżywego potwora z młodym bohaterem i starym uczonym. Również próba podporządkowania sobie pięknej niewiasty za pomocą tajemnych sił uderza wtórnością, choć w tym przypadku ogląda się to również ze zdumieniem, gdyż Karloff, z charakteryzacją czy bez, nie posiada czarującej prezencji, jaką dysponował Bela Lugosi jako Dracula.
To nie przeszkodziło filmowi w osiągnięciu sukcesu (głównie w Europie), zwłaszcza, że realizacyjnie jest to po dziś dzień stylowe i ze wszech miar udane kino grozy. Mumia Freunda koncentruje się nie na potworności fizycznej, lecz nadnaturalnej, budując atmosferę cichej i zastraszającej supremacji upiora, wciąż kierującego się ludzkimi uczuciami. Karloff w roli tytułowej jest wspaniały – podobnie jak w przypadku postaci potwora Frankensteina potrafi wzbudzić strach oraz współczucie jednym wyrazem twarzy, a powolność jego ruchów sugeruje kruchość, jakże niepasującą do jego nieustępliwego, a wręcz morderczego charakteru. Gdy jednak film wchodzi na znajome, wampiryczne tory, szybko traci swe najsilniejsze atuty, gubiąc oryginalność początkowego zamysłu oraz nieco marnując egzotykę miejsca akcji.
Inaczej historia przedstawia się w brytyjskiej Mumii. Również i tu mamy już na starcie odkrycie grobowca i ożywione, pokryte bandażami ciało kapłana Kharisa (tym razem pod charakteryzacją ukryty jest Christopher Lee), ale rozgrywająca się pod koniec XIX wieku akcja bardzo szybko przenosi się do Anglii, gdzie uczestnicy ekspedycji są jeden po drugim zabijani przez mumię. Okazuje się, że ta kontrolowana jest przez pewnego Egipcjanina, który chce ukarać niewiernych za wejście do świątyni, wypełniając tym samym wolę swego boga, Karnaka.
Tytułowa postać nie jest tu, jak w oryginale, świadomym, posługującym się magią złoczyńcą, lecz bezwolnym mordercą, powołanym do życia przez swego pobratymca. Co więcej, niesie ze sobą zagładę dla tych, którzy jawią się jako kulturowe zagrożenie, oświeconych barbarzyńców gotowych zbezcześcić każdą świętość dla dobra nauki i wiedzy. Takie rozłożenie akcentów sprawia, że wyreżyserowany przez Terence’a Fishera film grozy niewiele ma wspólnego z amerykańskim oryginałem, nawet jeśli wziąć pod uwagę wspólne elementy obu fabuł. Ponownie głównym pozytywnym bohaterem jest syn znanego badacza (Peter Cushing jako kulejący młodzian), znowu pojawia się motyw reinkarnacji ukochanej kobiety, ale cała reszta wzorowana jest w dużej mierze na drugim filmie Universalu z serii, Ręce mumii (1940), z którego pochodzi wątek człowieka sterującego egipskim upiorem w celu zabicia szukających grobowca obcokrajowców.
Wytwórnia Hammera rozpoczęła swój horrorowy pochód identycznie, jak amerykańskie studio filmowe, od Przekleństwa Frankensteina (1957) oraz Horroru Draculi (1958), gdyż – ze względu na powieściowe oryginały – do tych postaci mogła nabyć prawa. Realizacja Mumii z wykorzystaniem niektórych elementów fabuły oraz nazw własnych była możliwa dopiero po podpisaniu umowy z Universalem. Podobnie jednak jak w przypadku filmu Freunda trudno tu mówić o oryginalności, nie tylko ze względu na podobieństwa do wcześniejszych czarno-białych odsłon cyklu (poza oryginałem i Ręką mieliśmy jeszcze Ducha mumii oraz Klątwę mumii, oba z 1944 roku).
U Fishera, gdy tytułowy bohater po raz pierwszy pojawia się w pełnej glorii na ekranie, wyłania się z sadzawki, pokryty od stóp do głów błotem – trudno nie zauważyć w tym momencie, że bliżej odtwarzanej przez Lee postaci do słynnego Golema, postaci z żydowskiego folkloru. Ulepiony z gliny niemy mściciel, powstały, aby bronić swego ludu przed prześladowcami, wkrótce jednak będący zagrożeniem dla wszystkich; w ten sam sposób można opisać również tytułowego bohatera hammerowskiego horroru.
Nietrudno jednak dobrze się bawić na Mumii, zwłaszcza że film posiada wspaniałą gotycką (jakże nietypową dla tej postaci) atmosferę, żywe dekoracje i kostiumy oraz zaskakującą gwałtowność podczas scen ataku potwora. Ale gdybym miał wskazać najlepszą scenę, nieprzypadkowo byłby to moment bez mumii, za to z faktycznymi bohaterami opowieści, granym przez Cushinga Johnem Banningiem oraz mściwym Egipcjaninem, Mehemetem Beyem, w którego wcielił się George Pastell. Ich spotkanie przybiera postać grzecznej, acz pełnej napięcia dysputy o różnicach światopoglądowych i kulturowych, które stały się podstawą rozlewu krwi.
Jeden wbija szpilę drugiemu z godnością największego dżentelmena, podczas gdy mumia stoi zamknięta w drugim pomieszczeniu. Ewidentnie drugoplanowa rola Lee została poszerzona o ciągnącą się w nieskończoność, a ukazującą jego jeszcze ludzkie oblicze retrospekcję, która nie była jednak w stanie ukryć faktu, że film mógłby się tak naprawdę obyć bez pokrytej bandażami postaci. Ale wtedy musiałby się inaczej nazywać.
Tytułowa mumia w obu filmach ma problem z własnym wizerunkiem. W amerykańskiej wersji z lat trzydziestych przypomina słynnego wampira, zaś ponad ćwierć wieku później w Anglii można ją łatwo pomylić z żydowskim monstrum z gliny. Oczywiście przez osiemdziesiąt pięć lat od premiery dzieła Freunda powstały również inne filmowe wariacje na temat zabandażowanej istoty, lecz fakt, że wciąż pamięta się właściwie tylko ten najprostszy, jednowyrazowy tytuł w różnych odsłonach, a te zapożyczają zewsząd najróżniejsze elementy, świadczy, że kino nie bardzo wie, co z mumią zrobić.
Czy spróbować nadać jej ludzkie cechy oraz wygląd, jak to uczynił Karloff, czy też ukazać ją jako pozbawioną sumienia siłę zniszczenia, co zdało egzamin w przypadku wersji z Lee? Reżyser widowiska z 1999 roku, Stephen Sommers, inaczej niż w przypadku poprzedników, postawił na fantastykę i efektowność obrazu, zawierzając bardziej komputerowi niż spokojnie prowadzonej narracji i aktorskim umiejętnościom Arnolda Vosloo. Odniósł sukces, bo kino nieustannie się zmienia i najwyraźniej taką właśnie mumię chcieliśmy wówczas zobaczyć. Ale i on nie wymyślił nic nowego, wykorzystując atrakcyjność kina nowej przygody (w 1999 roku, kiedy takich filmów już się nie robiło), aby opowiedzieć nie horror, a awanturniczy romans z dużą dawką humoru. Strach ustąpił miejsca ekscytacji; mumia znowu przyjęła inną tożsamość.
Lubię filmy o mumii, ale ona sama wydaje mi się niemrawym i nieciekawym bohaterem horroru. Mówi niewiele, porusza się koślawo, tęskni zazwyczaj za swą dawno już pogrzebaną ukochaną i karze niewiernych – tak pokrótce można podsumować jej dotychczasową karierę. W najlepszym razie wydaje się wyrażać lęki przed najazdem cudzoziemców, próbą przywłaszczenia przez nich dóbr kulturowych i narzucenia własnej tożsamości. Jak na ironię zachodnia mentalność, czy to amerykańska czy brytyjska, przenika proponowane filmowe historie do tego stopnia, że tytułowa postać zostaje brutalnie wyciągnięta ze swojego grobu i przeniesiona do bardzo nam znajomych schematów fabularnych; innymi słowy, już na starcie pozbawiona zostaje całej swojej egzotyki i wyjątkowości.
Dawniej szukano rozwiązania w literaturze, lecz ta nie przyniosła żadnych ciekawych odpowiedzi. Kino również nie ma pomysłu na uczynienie z mumii czegoś więcej niż straszydła bez duszy. Być może warto zastanowić się nad tym, co ją odróżnia od innych potworów dużego ekranu, zamiast skupiać się na jej bandażach.
korekta: Kornelia Farynowska
