search
REKLAMA
Action Collection

DZIECI TRIADY. Bodycount: 307

Krzysztof Walecki

27 maja 2020

REKLAMA

Kiedy w 1993 roku John Woo zawitał do Hollywood, aby zadebiutować tam Nieuchwytnym celem, nietrudno było przewidzieć, że jego kinetyczny styl i zamiłowanie do tworzenia baletowych, pełnych krwi i przemocy sekwencji akcji znajdzie poklask wśród zachodniej publiczności, rozkochanej wtedy takim kinie. I choć ówczesny odbiór pierwszego amerykańskiego filmu Chińczyka był daleki od idealnego (choć z czasem sensacja z Van Damme’em zaczęła się coraz bardziej podobać), z każdym kolejnym dziełem było tylko lepiej.

Tajna broń (1996), pretekstowa gonitwa za skradzionymi głowicami nuklearnymi w pustynnych plenerach, zyskiwała z nawiązką za sprawą talentu Woo w inscenizacji widowiskowej akcji i obecności Johna Travolty w roli arcyłotra. W Bez twarzy (1997) ten sam Travolta oraz Nicolas Cage zamienili się facjatami i stronami barykady, a psychologiczna rewolucja stała się wymarzonym poligonem dla reżysera, który z imponującym budżetem i twórczą wolnością zrealizował swój najlepszy hollywoodzki film. Natomiast Mission: Impossible 2 (2000), choć po latach nazywane przez wielu najgorszą odsłoną serii, było najbardziej kasowym hitem tamtego roku. Później niestety coś się zepsuło – zarówno batalistyczne Szyfry wojny (2002), jak i futurystyczna Zapłata (2003) kompletnie nie pasowały do ówczesnego emploi Woo, a i sam twórca wydawał się bezradny wobec licznych słabości obu tekstów oraz wymagań kina wojennego i science fiction. Wkrótce opuścił Hollywood, aby wrócić do Chin i zacząć tam kolejny etap swojej kariery.

Piszę o twórczości Johna Woo w Ameryce, gdyż wielu widzów zna wyłącznie tę część jego filmografii. Nic dziwnego – nawet dziś łatwiej w telewizji lub na platformach streamingowych trafić na jedno z jego tamtejszych dokonań niż tych wcześniejszych, które przecież dały mu możliwość zaprezentowania swych umiejętności w kinie anglojęzycznym. W takim wypadku seans jego ostatniego przed przeprowadzką za Pacyfik filmu może być sporą niespodzianką – natężeniem akcji, strzelanin i przemocy Dzieci triady zjadają na śniadanie wszystko, co Woo nakręcił w Hollywood. Czy tym samym są lepsze od tamtych filmów, lepsze od Bez twarzy? Niekoniecznie. Pokazują natomiast reżysera, który wydaje się nie mieć żadnych ograniczeń, zatraciwszy się w tym, co robi najlepiej.

Dzieci triady mają dwóch głównych bohaterów, policjantów, co było wówczas odmianą dla samego Woo, który w poprzednich swoich filmach (Byle do jutra, Płatny zabójca, Kula w łeb) wolał obrać perspektywę przestępcy. Co nie znaczy, że i policjanci nie mają czegoś z kryminalistów, których ścigają. Inspektor Yuen, zwany Tequilą, może po godzinach grywać na klarnecie w klubie jazzowym, ale dać mu do ręki pistolet, a zastrzeli każdego bandytę, jaki mu się napatoczy. Alan to gliniarz pracujący pod przykrywką, choć tak naprawdę nie ma różnicy, czy tylko udaje gangstera, czy już nim się stał – w pierwszej scenie widzimy go wykonującego wyrok na zdrajcy, w innej sam nim się staje. Obaj stoją po stronie prawa, równocześnie łamiąc je nagminnie. Już na początku filmu Tequila woli zabić przestępcę, który chwilę wcześniej zastrzelił jego partnera, niż go aresztować. Później dowie się od przełożonego, że bandyta był policyjnym informatorem. Ten samosąd zostaje bezkarny, choć Woo ze swoim scenarzystą, Barrym Wongiem, co rusz przypominają widzom, że w tej grze w policjantów i złodziei nikt nie jest bez winy i bardzo łatwo o przypadkowe ofiary.

Avatar

Krzysztof Walecki

REKLAMA