Publicystyka filmowa
Co jest NIE TAK z kinem akcji XXI wieku
Co jest NIE TAK z kinem akcji XXI wieku? Zastanów się, dlaczego dawne bijatyki i pościgi nie zachwycają jak kiedyś. Odkryj magię przeszłości.
Dawno temu w Hollywood…
No dobra, może nie tak dawno, bo 30 lat temu i nie w Hollywood, a w Warce. Za dzieciaka, czyli w początkach mojej przygody z X muzą, gdzieś tak na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego stulecia, jako nieopierzony i mało wymagający kinoman, chłonąłem filmy jak gąbka. Nie interesowała mnie wtedy głębia psychologiczna bohaterów, scenariusz czy powody, dla których jedna postać strzela do drugiej. Ważne, żeby jak najczęściej i jak najfajniej się strzelali, ganiali autami albo bili pięściami. I zawsze miałem ochotę na więcej, na dłużej, żeby jeszcze trochę, albo jeszcze raz powalczyli. Żałowałem, że pościg albo bijatyka już się skończyły albo że były tylko jedne na cały film.
Bez opamiętania cofałem (miałem magnetowid z podwójnie szybkim trybem REW, więc było łatwiej) ulubione nawalanki i oglądałem je wciąż od nowa. Kasety VHS z takimi filmami, jak Nemesis, Cyborg oraz Amerykański Ninja 1 i 2 (już wtedy wiedziałem, że 3 i 4 to szmiry) czy – jak już gust mi się nieco zaczął prostować – Autostopowiczem, Terminatorem, Predatorem, RoboCopem, Szklaną pułapką i ciut później Prawdziwymi kłamstwami, zdarłem do żywego, katując ulubione sekwencje akcji bez opamiętania, choć i tak znałem je na pamięć. Wraz z wiekiem zacząłem powoli doceniać wszystko to, co pomiędzy scenami akcji, czyli snucie historii, zgłębianie psychiki bohaterów, stopniowanie napięcia, budowanie klimatu. Słowem, fundamenty wylewane pod to, by moje ukochane sceny akcji czy finałowa kulminacja mogły wybrzmieć jak najmocniej pod względem dramaturgicznym.
Czego mi brakuje we współczesnym kinie akcji?
Powoli dobiega końca druga dekada XXI wieku. Filmowcy doszli do ściany w dziedzinie efektów specjalnych, dziś bowiem mogą już WSZYSTKO; za jednym kliknięciem myszki wykreować całe światy, pokazać na ekranie najbardziej fantazyjne gatunki, miejsca, wydarzenia, klonować armie. I w tym miejscu coś się chyba trochę popsuło, bo zaczęło mi w tym WSZYSTKIM brakować tego CZEGOŚ, co decyduje o tym, że film mnie zachwyci, porwie, zostanie w pamięci. Brakuje mi… niedosytu – jakkolwiek to stwierdzenie wygląda na językowego koślawca.
Lepiej pozostać nieco głodnym po zjedzeniu pysznego dania niż nażreć się pod korek. W pierwszym przypadku mamy ochotę na więcej, na kolejną degustację ulubionego smakołyku w przyszłości, w drugim chcemy jak najszybciej wyrzucić go z pamięci, a na samą myśl o ponownym jego skosztowaniu robi nam się niedobrze. Niedosyt w filmach działa na podobnej zasadzie, bo na podrażnieniu, pobudzeniu naszego apetytu, ale przede wszystkim na umiarze, czyli odpowiednim wyczuciu czasu i ilości, w kreowaniu atrakcji i scen akcji.
Mniej znaczy więcej
Gdy pierwszy raz obejrzałem Łowcę androidów Ridleya Scotta i Bez przebaczenia Clinta Eastwooda, miałem jakieś 12-14 lat. Wtedy wspomniane filmy były dla mnie niestrawne, nudne i przegadane. Dziś obydwa postrzegam jako absolutne arcydzieła, z fenomenalnie prowadzoną opowieścią i rozwojem bohaterów, czego genialnym zwieńczeniem były odpowiednio: kultowa scena na dachu ze słynnym monologiem Rutgera Hauera i emocjonująca strzelanina w barze, określająca definitywnie, kto jest największym skurwielem w tym mieście.
Lśnienie Kubricka całe uwielbiam za klimat i atmosferę grozy (przy zaledwie jednym trupie, dzieło twórcy Barry’ego Lyndona pozostaje dla mnie najstraszniejszym horrorem, jaki widziałem), jednak cały film traktuję jako podbudowę pod GE-NIAL-NĄ sekwencję, w której nieoczekiwanie Jack zaczyna walić toporem w pierwsze drzwi – nie wiem, czemu akurat to ujęcie, a nie słynniejsze „Here’s Johnny”, robi na mnie tak piorunujące wrażenie.
Inne przykłady mistrzowskiego budowania klimatu, przerywanego na zaledwie ułamki sekund równie mistrzowskimi scenami akcji? Straż przyboczna Kurosawy – świetnie opowiadana historia, narastający konflikt, fantastyczny protagonista i… zaledwie nieco ponad 30 (trzydzieści!) sekund łącznie walk na miecze, ale za to JAKICH! Tą samą słuszną drogą podążył Kurosawa w równie dobrym Sanjuro – Samuraju znikąd.
Podobnie akcenty rozkładał, czerpiąc zresztą z Kurosawy, w swojej trylogii dolara i Dawno temu na Dzikim zachodzie Sergio Leone – kapitalne, wciągające fabuły przerywane były od czasu do czasu błyskawicznymi, dynamicznie zmontowanymi rewolwerowymi pojedynkami, puentującymi konflikty sięgające zenitu. Sergio Leone wypracował zresztą charakterystyczny styl. Potrafił przez wiele minut statycznymi ujęciami i powolnymi najazdami kamery na twarze przeciwników stopniować napięcie do granic, by w decydującym momencie zmienić tempo montażu na krótkie, trwające ułamki sekund ujęcia ukazujące błyskawiczną wymianę ognia.
Czasami pieczołowicie zbudowany klimat nie musiał być nawet zwieńczony jakąś szczególnie widowiskową strzelaniną, żeby całościowo film ostro dawał czadu. Przykładem niech będzie skromny Atak na posterunek 13 Carpentera, z mrożącą krew w żyłach atmosferą niczym z najgorszego koszmaru. W budowaniu aury zagrożenia w postaci anonimowego tłumu uzbrojonego w broń z tłumikami ogromny udział miał tu pamiętny motyw przewodni kompozycji samego reżysera. Kolejny przykład? Bullitt – w tym detektywistycznym kinie akcji jest przecież nadzwyczaj mało akcji, ale gdy przychodzi do słynnego pościgu ulicami San Francisco, ryk silnika Mustanga i energia całej tej genialnej sekwencji na kilka minut wyrywają nas z butów! A Steve McQueen we własnej osobie za kierownicą Mustanga to już klasa sama w sobie; dziś chyba tylko Tom Cruise kultywuje tradycję ekranowych twardzieli, wykonujących kaskaderkę samodzielnie.
Trudno mi też zapomnieć napad na furgon, strzelaninę na ulicy oraz finał na lotnisku w rewelacyjnej Gorączce – fantastycznie napisane postaci, znakomite aktorstwo, klimatyczny soundtrack i te wspomniane kulminacyjne wisienki na torcie. Również pierwszy Park Jurajski, pierwszy Matrix i dwa Terminatory Camerona w perfekcyjny sposób wyważały proporcje między długością spektakularnych i kultowych już dziś scen akcji a fantastyczną fabułą i ciekawymi bohaterami.
Jaka jest cecha wspólna przywołanych przed chwilą tytułów? Rewolucja i świeżość w dziedzinie efektów specjalnych, ale jeszcze PRZED zachłyśnięciem (czy wręcz zadławieniem) się ich możliwościami, co obserwujemy po dziś dzień. Ograniczenia budżetowe i technologiczne pobudzały bowiem wyobraźnię twórców i służyły kiedyś powstawaniu świetnych, niekiedy bardzo minimalistycznych, ale pomysłowych filmów akcji, jak choćby Oni Żyją! (Przyszedłem żuć gumę i skopać tyłki, skończyła mi się guma – tęsknię za takimi one-linerami) czy moja ukochana Ucieczka z Nowego Jorku z kultową rolą Kurta Russella i ścieżką dźwiękową, którą znam na pamięć.
Idziemy dalej w sentymentalnych wspominkach. Na myśl od razu przychodzi stojący fabułą i postaciami kultowy Leon Bessona (akcje krótkie, ale nie do zapomnienia, prawda?). Nawet pierwsza odsłona Transformers znała jeszcze umiar (szczególnie patrząc z perspektywy przeładowanych kontynuacji) w ilości i długości scen akcji. Do dziś z zapartym tchem ogląda się pierwszą nawalankę wojska z ukrywającym się pod postacią śmigłowca Sikorsky Blackoutem czy transformację na autostradzie zwieńczoną rozbiciem autobusu (prawdziwego; dziś pewnie byłaby cyfra).
Dlaczego mi się to podobało – spytacie. Przecież to tak samo głupie, jak wszystko w kolejnych częściach. Owszem, tak, ale te sceny były JAKIEŚ, były powiewem świeżości ograniczanym jeszcze tym, że Michael Bay stawiał pierwsze kroki w animowaniu Transformerów i starał się jeszcze wtedy, by pokazać je i ich przemiany w intrygujący, pasjonujący sposób.
We współczesnym kinie akcji i atrakcji o takich wartościach jak UMIAR i NIEDOSYT zdaje się pamiętać coraz mniej filmowców. Należy do nich Quentin Tarantino, którego niemal wszystkie produkcje stanowią dla mnie wzór w odpowiednim dawkowaniu scen akcji/przemocy, podbudowanych fenomenalnymi fabułami/dialogami/postaciami i spuentowanych finałami, w których napięta do granic dramaturgia i emocjonalna armata nabijana przez cały film znajdują ujście niczym przebity balon! Nie wymieniam tytułów, bo łapie się tu po prostu wszystko, co Tarantino wyreżyserował, czyli 9 filmów, z Pewnego razu… w Hollywood włącznie. Moim numer 1 pozostaje jednak niezmiennie Nienawistna ósemka.
Regularnie i za każdym razem z wielka radochą wracam też do oszczędnego w pokazywaniu akcji (ale jak już są, to konkretne) megaklimatycznego Drive, z najlepszą rolą Ryana Goslinga w jego karierze. A więc – powiecie – współcześnie jednak powstają filmy, za jakimi tęsknię! Dokładnie, powstają, ale takie perełki, jak powyższe, oraz np. Labirynt, Sicario, The International, Wind River: Na przeklętej ziemi czy choćby Memento, Incepcja i olśniewający Blade Runner 2049, zdają się należeć do wymierającego gatunku filmów przemyślanych, dopracowanych, emocjonujących, oferujących inteligentną rozrywkę idącą w parze z emocjonującą dawką przemocy.
Często tego typu ambitniejsze projekty przepadają w box offisie, spychane (a szkoda) gdzieś na boczny tor obok głośnych, chłodno skalkulowanych i obliczonych na zysk blockbusterów, zajmujących w świadomości kinomanów całą przestrzeń krzyczącymi trailerami i kampanią reklamową, na którą poszło pół budżetu.
Ze współczesnych filmów uwielbiam Godzillę Garetha Edwardsa, krytykowaną (!) powszechnie za… minimalistyczne ukazywanie potworów. Tymczasem Godzilla idealnie trafiła w mój gust. Pokazywanie słynnego potwora w ciemności, po kawałku, w snopie światła (wielka noga depcząca samoloty na lotnisku rządzi!) albo na urywkach wiadomości w TV, wyświetlanych mimochodem, gdzieś na drugim planie – dla mnie ta aura tajemnicy i niedopowiedzenia była po prostu niesamowita. Zaś stwory Muto (a już szczególnie sekwencję przebudzenia pierwszego z nich) i cały pomysł na to, że lubią przeżuwać bomby atomowe, uważam za reżyserski przebłysk geniuszu, bez którego Godzilla nie dałaby rady pociągnąć filmu na swoich barkach, choć bary ma, jakby nie patrzeć, konkretne.
Widzowie jęczeli, że za mało było Godzilli w Godzilli, że za mało i za krótko pokazywano potwory… Czyż nie odzwierciedla to nastawienia i oczekiwań współczesnego widza? Tu, teraz, szybko, wszystko, głupio, długo, bez niedopowiedzeń! I tak właśnie spieprzono… drugą część Godzilli, czyli tegorocznego Króla potworów. I tak by spieprzono drugą część fenomenalnego Dystryktu 9, której całe szczęście Blomkamp nie zdecydował się nakręcić.
Moją listę kina atrakcji zrobionego z głową i umiarem, na której zebrałem wybrane tytuły z żelaznej klasyki lat 60. i 70., kultowców końcówki XX wieku i przedstawicieli współczesnego kina zamykają dwa tytuły. Nakręcony w formie found foutage Cloverfield prezentował potwora w jeszcze mniejszych niż Godzilla Edwardsa, bo wręcz laboratoryjnych dawkach, był jeszcze bardziej intrygujący i pozostawiał w widzach uczucie satysfakcjonującego niedosytu. Listę zamyka skromny film Bezprawie, western z Kevinem Costnerem i Robertem Duvallem, który przeszedł bez większego echa, a którego (pewnie dlatego przeszedł bez echa) 95% czasu trwania stanowiły dialogi budujące aurę tajemnicy wokół postaci granej przez Costnera.
Podnosiło to napięcie przed finałową, znakomicie zainscenizowaną, długą, ale rozsądnie długą, realistyczną strzelaniną. Obejrzyjcie, bo choć film trochę zżyna z Bez przebaczenia Eastwooda, to robi to dobrze!
Właściwe proporcje
Zanim przejdę do narzekania na filmy, które wynudziły mnie poprzez przesycenie, wymienię dla przykładu trzy tytuły, które w moim mniemaniu plasują się gdzieś pośrodku, czyli balansują na granicy mam dość/chcę więcej. Swoim Mad Max: Na drodze gniewu George Miller udowodnił, że można zrobić film pusty pod względem fabularnym (nie oszukujmy się, przecież oni po prostu pojechali tam i z powrotem, a droga bohatera w przypadku Maxa polegała na tym, że w drodze udało mu się w końcu zdjąć te grabki z twarzy), ale wizualnie tak dopieszczony i z tak spektakularnymi, pełnymi energii scenami akcji, że przy jednoczesnym przesycie, bo akcji było od cholery i ciut ciut, na końcu wciąż chciałem więcej.
Na takie obrazki, wzbogacone znakomitym drugim planem (Charlize Theron, Nicholas Hoult, Hugh Keays-Byrne) mogę patrzeć bez końca. Nawet Akademia Filmowa doceniła wieloletni wysiłek Millera i ekipy, obsypując Na drodze gniewu 10 nominacjami, które zamieniły się w aż 6 statuetek. Jeśli robić filmy akcji wypełnione po brzegi akcją, to właśnie tak!
Wszyscy kojarzą słynny kosmiczny horror Ridleya Scotta Obcy: Ósmy pasażer Nostromo. Twórca Pojedynku, pokazując potwora na kilkusekundowych ujęciach i dopiero w finale w całej okazałości, stworzył przerażający traktat o walce człowieka z nieznanym, w dodatku w klaustrofobicznych okolicznościach. A potem przyszedł James Cameron i zgodnie z prawem sequela zrobił wszystkiego więcej, dłużej i bardziej. Odarł Obcego z aury tajemnicy, robiąc z przerażającej kosmicznej istoty mięso armatnie dla Marines i Ellen Ripley.
Coś, co zapowiadało się na profanację i idiotyczną strzelankę, przyniosło w efekcie jeden z najlepszych filmów akcji lat 80. James Cameron miał bowiem na wszystko pomysł (i talent!), stworzył całą wiarygodną otoczkę militarną (zbudowane od podstaw pojazdy, bronie i lokacje), wykreował kultową ekipę kosmicznych Marines, z ciętymi językami i ostrymi nożami – jak mówił Hudson – i posłał ich w sam środek gniazda Obcych. Film wypełniony był po brzegi akcją, ze światem przedstawionym bogatym w detale i ciekawymi postaciami (zdradliwy Burke, tchórzliwy Hudson, opanowany Hicks, nieopanowany Gorman, twardziel Apone, Vasquez nigdy nie pomylona z mężczyzną, wypełniony jogurtem Bishop oraz wiedziona matczynym instynktem Ripley).
Wszystko to w efekcie złożyło się na spektakularne kino akcji, które do dziś ogląda się z otwartymi z wrażenia ustami. Takie scenki, jak sztuczka z nożem Bishopa, start promu desantowego czy jego późniejsza katastrofa albo potyczka Ripley w ładowarce z królową Obcych, zostają w pamięci na zawsze. Proporcje treść/forma, fabuła/akcja wyważono tu tak idealnie, jak nóż na palcu Thanosa. I nikt mi nie powie, że TAKIE filmy, jak Obcy – decydujące starcie powstają również dziś. Nie powstają. Nikt nie doskoczy do takiego poziomu.
Na koniec tego akapitu, przyznaję trochę z wyrzutami sumienia, że ubawiłem się jak prosię na przesiąkniętym do cna bijatykami i strzelaninami, piekielnie brutalnym indonezyjsko-amerykańskim Przychodzi po nas noc, choć podobny w formule (non-stop action) Raid zupełnie mi nie podszedł. W czym różnica? Chyba w tym, że Przychodzi po nas noc miało lepszy scenariusz, ciekawsze motywacje (i) bohaterów oraz bardziej różnorodne sceny walk.
Co za dużo, to…
Pamiętam jak dziś, kiedy pierwszy raz w życiu, ja, miłośnik strzelanin i scen akcji, poczułem znudzenie zbyt długą wymianą ognia. Miało to miejsce na kinowym seansie Helikoptera w ogniu Ridleya Scotta, filmu, na którym mimo eksplodujących rakiet RPG i terkotu karabinów niemal przysypiałem i na którym wynudziłem się jak mops. Czemu? Sam nie wiem, może z braku jakiegoś konkretnego głównego bohatera? Trudno (choć film na faktach) zaangażować się w losy tzw. bohatera zbiorowego, o którego jednostkach składowych nic nam nie powiedziano i gdzie każda, niemal nieustająca wymiana ognia podobna jest do drugiej. Nawet nominowane do Oscara zdjęcia naszego rodaka Sławomira Idziaka nie pomogły mi w bezbolesnym przetrwaniu tego seansu.
Przesadził też ówczesny duet Wachowski Brothers, którzy w drugim (czyli pierwszym zbędnym sequelu) Matrixie upchnęli za dużo sekwencji akcji, w dodatku wydłużając je w nieskończoność. Mowa oczywiście o niesławnym pojedynku Neo vs kopie Agenta Smitha – nie dość, że oczy bolały od patrzenia na kiepsko animowanego Neo oraz setki twarzy Hugo Weavinga, to w dodatku cała ta scena zdawała się nie mieć ani końca, ani sensu, ani celu; sam Neo po 10 minutach gry w kręgle Agentami Smithami zorientował się, że ma to w dupie i odleciał. Wachowscy zarżnęli też kapitalny pościg na autostradzie, bo nie wiedzieli, kiedy powiedzieć sobie dość.
Jak dla mnie cała ta świetna sekwencja pościgowa ze znakomitym podkładem muzycznym Juno Reactor powinna skończyć się w momencie widowiskowego i wykonanego własnoręcznie przez Carrie Ann Moss hamowania podziurawionym Chryslerem tuż przed kamerą. To, co nastąpiło potem, czyli dalsza ucieczka na ścigaczu z klucznikiem na plecach, oraz okropny pojedynek Morfeusza z agentami na pace tira… oj nie, było już tego za dużo i było to nadto przekombinowane. Peter Jackson stwierdził kilka lat później, że przebije dłużyzny Wachowskich, i w swoim King Kongu zaprezentował pojedynek Kong vs T-Rexy tak długi, że można było w kinie iść na siku, kupić popcorn wracając, przewrócić się i rozsypać popcorn, pójść do obsługi, by powiedzieć, że rozsypało się popcorn, kupić nowy, wrócić na salę – i jeszcze trwał pojedynek Konga z T-Rexami. I choć efekty były znakomite, tak bardzo rozciągnięta w czasie potyczka już nie tyle nudziła, co irytowała.
A już zupełnie chciało się wyjść z kina podczas Transformers 2: Zemsty upadłych, tam to dopiero długość rozwleczonych w nieskończoność walk kosmicznych robotów nie szła w parze z ich jakością czy jakąkolwiek dramaturgią. Całość doprawiono żenującym humorem i dziewczęcymi piskami Shii LaBeoufa, co wkrótce stało się znakiem rozpoznawczym całej serii pikującej w dół, począwszy od stosunkowo niezłego na tle dwójki Dark of Moon. Przykładem najświeższym i chyba najbardziej oddającym to, czego w dzisiejszym kinie akcji nie lubię, czyli zjawiska nadmiaru atrakcji podawanych bez opamiętania, jest trylogia Johna Wicka. Ładna z zewnątrz, ale pusta w środku.
Fabuła? W dużym skrócie: zawodowy killer wraca z emerytury po tym, jak źli ludzie zabili mu psa – pobudki szlachetne, punkt wyjściowy dla akcji super, motywacje bohatera jak najbardziej na miejscu. To m.in. za tę nieskończoną miłość do psiaka ludzie polubili postać Johna Wicka i pokochali Keanu Reevesa. Wszystko ok, też mi się podoba motyw zemsty za śmierć psa. Tylko że John Wick dokonuje tej zemsty przez trzy filmy, a twórcy podsyłają mu tylko nowe zastępy mięsa armatniego do ubicia na kotlety w coraz brutalniejszy sposób. Doceniam to, że Keanu Reeves na ekranie posługuje się bronią na poziomie eksperta, spędził mnóstwo godzin na strzelnicy, przygotowując się do roli, ale nie kupuję całej tej stylistyki walk w serii przygód Johna Wicka.
Kurde, albo walczymy wręcz, albo się strzelamy. Mallone (Sean Connery) dzierżący w dłoniach obżyna w Nietykalnych Briana De Palmy (to zresztą też świetny przykład filmu z wyważonymi proporcjami: znakomita fabuła/mocne, krótkie strzelaniny!), powiedział do bandziora trzymającego nóż, że nie chodzi się z nożem na strzelaninę. Tymczasem po obejrzeniu całej trylogii Johna Wicka (tak, zmęczyłem wszystkie trzy części) w mojej pamięci widzę mniej więcej taki obrazek: nożem go, kulka w nogę, kulka w klatę, kop w łeb, jeszcze kulka w klatę i dodatkowy cios w brzuch, siekierą go w plecy ze trzy razy i mieczem po żebrach jeden raz. I na koniec kulka w głowę. Tak ze dwa razy. I jeszcze shurikenem w czoło, bo chyba się jeszcze trochę ruszał. I z kopa mu jeszcze dla pewności na odchodne. A to dopiero pierwszy przeciwnik…
Nawet Spielberg pogubił się w XXI wieku. Reżyser znany był z kreowania fenomenalnych sekwencji akcji, czemu dał wyraz choćby jeszcze w 2005 roku w Wojnie światów, ukazując globalną inwazję w skali micro, a jednocześnie w zapierający dech sposób. Jeszcze w Raporcie mniejszości widać było te przebłyski geniuszu starego dobrego Spielberga, gdy Cruise w rytm tętniącej energią muzyki Johna Williamsa uciekał po ścianie (bo każdy ucieka) przed byłymi kolegami z pracy.
I przyszła premiera Ready Player One, filmu skrojonego pod stricte dzisiejszego widza, choć nafaszerowano go niby nostalgią dla takiego widza jak ja, czyli starego. Do filmu władowano wszystko, co się dało, odniesienia, nawiązania, postaci z dziesiątek innych filmów i gier z ubiegłego wieku, co jednak paradoksalnie sprawiło, że od tego wizualnego przepychu, natłoku atrakcji i tempa opowieści podczas finałowej bitwy kompletnie już nic ani nikt mnie nie obchodził. Ale… w tym wszystkim dopuszczam do siebie myśl, że może, wzorem Rogera Martough z Zabójczej broni, może to nie ze współczesnym kinem akcji jest coś nie tak, lecz to ja już jestem na to wszystko po prostu za stary…
Gdzie jest pies pogrzebany?
Dziś nawał kolorowych, często coraz głupszych i coraz szybciej zmontowanych atrakcji próbuje przesłonić braki w fabule i słabo nakreślone postaci oraz często miałkie i powierzchowne relacje między nimi. Na tę dolegliwość cierpi np. seria Szybkich i wściekłych, choć próbuje się (i to skutecznie jak cholera) sprzedawać tę przestępczą franczyzę pod hasłami… wartości prorodzinnych; nieistotne, że mamy do czynienia ze zgrają zwyczajnych kryminalistów, których ja przynajmniej za cholerę nie byłem w stanie polubić przez te osiem filmów.
Począwszy od bodajże piątej części, producenci znaleźli sposób na dzisiejszego widza, podając w każdej odsłonie coraz idiotyczniejsze sceny do przełknięcia, jak skoki spadochronowe samochodów, łapanie ukochanej w locie, wywracanie czołgu, synchroniczne ciąganie sejfu po drodze przez dwa auta, wyścig samochodów z okrętem podwodnym czy też skok ścigaczem już nie z jednego budynku do drugiego, ale i z drugiego do trzeciego. Seria ma na siebie pomysł, co z tego że głupi, ważne że działa, prawda?
Marvel, czy raczej MCU. Tak jak całe uniwersum lubię i szanuję (oglądałem wszystkie 23 filmy – do nadrobienia jedynie Spider-Man: Daleko od domu) tak dwie ostatnie odsłony Avengers, czyli Wojna bez granic i Koniec gry, mnie rozczarowały, a raczej zmęczyły.
Tak duża liczba superbohaterów, wątków i scen akcji upakowana w jednym miejscu i czasie, zamiast sprawić mi tylekroć większa frajdę, spowodowała skutek odwrotny, obydwa filmy mnie wynudziły i nie zaangażowały, za mało czasu poświęcono relacjom między postaciami i samym postaciom, wszystko było na szybko, zdawkowo i nawet humor nie dawał rady, jakieś takie wszystko wymuszone, przekombinowane, chłodno wykalkulowane, za dużo, za szybko, za mało wciągające w sedno przygody. Dla mnie absolutnym ideałem pozostaje pierwsza odsłona Avengers z 2012 roku. Tam był humor na najwyższym poziomie, świetnie ukazane relacje i tarcia między bohaterami, a wszystko doprawione akcją w odpowiedniej długości, intensywności i widowiskowości.
Ale nawet Joss Whedon (autor świetnego serialu Firefly), kręcąc druga odsłonę Avengers, zagubił gdzieś zupełnie ten własny, fajny, luzacki i zachowawczy styl, dając nam w Czasie Ultrona przedsmak natłoku postaci i przesytu akcji, rozwiniętego przez braci Russo w dwóch ostatnich odsłonach Avengers. Z Czasu Ultrona pamiętam chociaż zabawny motyw z próbą podniesienia młota Thora oraz kozackie starcie Iron Mana z Hulkiem. A co pamiętam z Wojny bez granic i Końca gry? Pewnie właśnie wydaję na siebie wyrok, ale… w zasadzie to nic.
Zanim rozjedziecie mnie w komentarzach, zerknijcie, co powyżej i poniżej uważam o całym MCU, ale pewnie i tak już mam przyklejoną do czoła łatkę Hejtera MCU. Kończąc wątek filmów Marvela, uniwersum śledzę od początku, oglądałem wszystko i jako cały gigantyczny i ambitny projekt doceniam i szczerze lubię! Moje TOP 3 wygląda następująco: miejsce 1 – Avengers, 2 – Strażnicy galaktyki, 3 – Thor: Ragnarok – widzicie cechy wspólne tych filmów? Umiar, humor, postaci, fabuła, relacje, nieszablonowość.
Klasyka vs współczesność
Nie żebym był jakimś skostniałym kinomanem starej daty, tkwiącym uparcie pamięcią w ukochanych latach 80. i 90. XX wieku, ale w ramach odskoczni (odtrutka to za duże słowo) faktycznie coraz częściej wracam do nieśmiertelnej klasyki (o wilku mowa, Nieśmiertelny z Lambertem i Connerym to też małe arcydzieło kina akcji!). Wracam do filmów zrobionych naturalnymi metodami (znaczy się fizycznie na planie), mając chwilami trochę dosyć dzisiejszego pośpiesznego, pędzącego na złamanie karku i przytłaczającego kina bezpłciowej, plastikowej i nużącej akcji z komputera.
Porównując współczesne, napuchnięte od scen CGI, kolorowe, miałkie kontynuacje Terminatora, z choćby taką jedną prostą, acz genialnie zmontowaną scenką z pierwszego Terminatora, kiedy Reese (współczesne inkarnacje tego bohatera pominę litościwym milczeniem) wyskakuje zza winkla w klubie Tech-Noir i faszeruje Arnolda pociskami z shotguna…, albo takim pierwszym starciem T-800 z T-1000 w Dniu Sądu… Ach, to były emocje, to była AKCJA, już sam prolog Terminatora 2 zjada na śniadanie większość dzisiejszych blockbusterów! Jakże to było zainscenizowane, jak nakręcone, jak świetnie zmontowane, udźwiękowione, jak pełne pasji i żywych emocji i nie potrzeba było niczego rozwlekać na dystans 10 minut i robić z kamery karuzeli, tam niczego nie trzeba było na siłę koloryzować ani uatrakcyjniać. Jak ja za tym tęsknię!
Wiecie, o co mi chodzi, kiedyś z kina przygodowego/kopanego/strzelanego COŚ się pamiętało, jarało się taką czy inną sceną, rozmawiając ze znajomymi. Weźmy choćby taki szpagat J.C.V. Damme’a na kuchennym kredensie czy jego glebę przed pędzącą ciężarówką, po niefortunnym przeniesieniu się w czasie wprost na autostradę w Strażniku czasu albo kultowe ujęcie Leona wiszącego do góry nogami i strzelającego do S.W.A.T., albo Schwarzenegger rozprawiający się w kiblu z terrorystami czy pilotujący Harriera w Prawdziwych kłamstwach, masakrowanie się własną pięścią na oczach szefa w Podziemnym kręgu, albo taka prozaiczna bójka na pięści przy kołującym samolocie i późniejszy pościg za ciężarówką w Poszukiwaczach zaginionej Arki, jazda wagonikami w Świątyni zagłady, czy Messershmitt wlatujący do tunelu za rodziną Jonesów w Ostatniej krucjacie…
…karczowanie dżungli w Predatorze, Tom Cruise uciekający przed wodą z akwarium, włamujący się do siedziby CIA i uczepiony pociągu TGW w Mission: Impossible, ten sam Cruise na szczycie Burj Khalifa albo trzymający się startującego transportowca… Seria M:I to wyjątek potwierdzający regułę; jako jedna z nielicznych współczesnych franczyz pamięta o wyważaniu proporcji między wciągającą fabułą a widowiskowością i pomysłowością pojedynczych scen zapadających w pamięć. Ale ta seria ma swoje korzenie w latach 90. i o tym najwidoczniej pamięta!
A teraz przeciwległy biegun poruszonego tematu: co pamiętacie z takiego Ready Player One, trylogii Johna Wicka albo serii Szybkich i wściekłych? Ja nic lub bardzo niewiele. Wszystko zbija się tam w jednolitą masę niekończących się scen, próbujących jedna przez drugą przebić się nawzajem złudną zajebistością, w efekcie czego wszystkie ulatują nam z głowy po wyjściu z kina.
O co mi w ogóle chodzi?
Moje powyższe rozważania podlane solidną ilością nostalgii to zaledwie liźnięcie tematu, do każdej z wymienionych przeze mnie grupy filmów można wymieniać przykłady jeszcze bardzo długo. Może wcale ze współczesnym kinem akcji nie jest tak źle, jak mi się wydaje, może po prostu po ponad 30 latach nałogowego oglądania filmów to ja jestem już zwyczajnie wypalony, przeżarty i nasycony tak, że trudno mnie czymś zaskoczyć. A może faktycznie utknąłem gdzieś w końcówce XX wieku i początku XXI (Władca pierścieni: Drużyna pierścienia to ostatni wielki film, na którym byłem w kinie 3 razy) i nie nadążam za dzisiejszym tempem filmowej narracji? Współczesne, szybkie, często seryjnie tłuczone pod szablon filmy akcji, zapewne jarają nowe pokolenia kinomanów, tak jak mnie i moich rówieśników filmy w czasach naszego dzieciństwa i młodości.
Szkoda tylko, że być może (nie wiem, strzelam) wychowany współcześnie widz, sięgając po takiego, weźmy przykład pierwszy z brzegu, np. klasycznego Taksówkarza Scorsese, dostrzeże w nim jedynie ramotkę z zamierzchłych czasów tak, jak nam wychowanym na Rambo, Autostopowiczu, Krwawym sporcie i Karate Tygrysach, filmy z lat 30., 40. czy 50. XX wieku, jawiły się jako nudzące ślimaczym tempem czarno-białe wykopaliska. Ale mimo wszystko będę stał przy stanowisku, że dzisiejszym filmom często, a wręcz zaryzykuję stwierdzenie, że bardzo często, brakuje klimatu, tego czegoś magicznego, co tak znakomicie potrafiono wykreować w filmach sprzed lat, filmach bez wszędobylskiego CGI, w jakimś stopniu odbierającego obrazom duszę, filmach mających COŚ ciekawego do powiedzenia i POKAZANIA, bez potrzeby ciągłego strzelania, przebierania się w kolorowe trykoty (tak, kino superbohaterskie, które lubię, też zaczyna mi się powoli przejadać), ścigania czy bezmyślnego walenia się po gębach.
Kończąc, chciałbym nadmienić, że nie jestem malkontentem, który uczepił się przeszłości i neguje wszystko co współczesne. Wciąż regularnie oglądam nowości spod znaku kina akcji i przygody, sporo filmów mi się podoba, choćby Kong: Wyspa czaszki czy filmy Marvela, kilka zachwyciło (Logan, nowe Star Treki, Łotr 1), bardzo przyjemnie zaskoczył mnie Aquaman z DCEU (choć nie pamiętam już dziś z niego ani jednej konkretnej sceny, hmm…), oglądam nawet każdą odsłonę tej cholernie głupiej serii Szybkich i wściekłych, bo jako prosta rozrywka spełnia swoje zadanie (obejrzeć, nacieszyć oczy, zapomnieć).
