search
REKLAMA
Artykuł

ALE NUMER!

Jacek Lubiński

19 marca 2017

REKLAMA
Czy tego chcemy, czy nie, kochamy liczby (choć może nie te stojące za fiskusem). Zatem poniższy tekst będzie czystą przyjemnością – radosną, niezobowiązującą wyliczanką (z przyległościami). Zbiorem czynnym, powiedzmy sobie, ważniejszych tytułów filmowych wykorzystujących matematykę, bądź też składających się wyłącznie z cyfr (za wyjątkiem tych uderzających w daty). Część z nich wydaje się oczywista, podczas gdy inne potrafią zaskoczyć, a kilka to prawdziwe rarytasy, nie tylko ze względu na temat. Zatem liczniki w dłoń!

0

Zero to najbardziej kontrowersyjna i zarazem najmniej przyjemna z cyfr – wszak nikt nie lubi być nazywany „zerem”. Zero nie jest ani liczbą złożoną, ani pierwszą i właściwie… nie istnieje. Jej zapis oznacza dosłownie brak czegoś. Dlatego też większość starożytnych cywilizacji w miejscu, gdzie miało być zero, pozostawiała po prostu pustkę. Co ciekawe, zero znaczy także… początek. Zaczynając od tegoż trudno jednak o dobre wrażenie, bowiem filmowcy nigdy nie byli łasi na posiłkowanie się danym okręgiem.

Za wyjątkiem popularnych w popkulturze agentów, w których kodach zero gra znaczącą rolę – 007 / OSS 117 / Agent 700: Kryptonim N. i swojski porucznik Borewicz, czyli 07 zgłoś się – zdecydowana większość przykładów ogranicza się do zwykłego Zero. Jedno z takowych powstało nawet nad Wisłą, w 2009 roku i w reżyserii Pawła Borowskiego. Rok wcześniej Piotr Łazarkiewicz stworzył z kolei nieco mniej udane Zero_jeden_zero.

Zero Dark Thirty, 2012

Za granicą po 0 sięgnęli jeszcze między innymi Terry Gilliam w Teorii wszystkiego (org. Zero Theorem) i Kathryn Bigelow we Wrogu numer jeden (Zero Dark Thirty – w wojskowym slangu oznaczające trzydzieści minut po północy). Za Sprawcą Zero ganiali Aaron Eckhart i Carrie‑Anne Moss w thrillerze z 2004 roku; Mniej niż zero (Less Than Zero) zaliczył Robert Downey Jr., a Ben Stiller doświadczył Efektu Zero. Zero tolerancji mieli natomiast widzowie do widowiska Wycha Kaosayanandy, u nas znanego także pod hasłem Bez przyzwolenia. No i czym byłaby współczesna kinematografia europejska bez Zet i dwóch zer Petera Greenawaya? Ano… niczym.

I

W staropolskim „jedzin” bądź „jedzien”, czyli mocno samolubna liczba, bowiem podzielna jedynie przez samą siebie. Kojarzy się zresztą głównie z samotnością skrytą pod tak nielubianym przez uczniów symbolem pionowej kreski, której z czasem dodano „nosek”, żeby móc odróżnić ją od literek. Jeden oznacza jednak również nierozerwalność, siłę i niepowtarzalność, wręcz „boskość”. To w końcu też synonim sukcesu, o czym przekonał się każdy, kto kiedykolwiek okazał się w czymś „pierwszy”. Inna sprawa, że – jak przekonuje nas kino – jedynka słabo łączy się w pary.

Stąd Jack Nicholson wykonał tylko jeden Lot nad kukułczym gniazdem (One Flew Over the Cuckoo’s Nest), a alianci w filmie Richarda Attenborough poszli O jeden most za daleko. Parę lat później Samuel Fuller pokazał swojemu koledze, że na froncie liczy się tylko i wyłącznie Wielka Czerwona Jedynka. Na apartheid w RPA odpowiedziało prostym The Power of One (u nas: Zew wolności). Anne Hathaway i Jim Sturgess byli zakochani w sobie zaledwie Jeden dzień, a Gangster numer jeden nie skończył na dużym ekranie dobrze. Także Rok pierwszy nie okazał się tak zabawny, jakby chcieli tego jego twórcy. I odwrotnie – zazwyczaj rozbrajający Robin Williams nie trafił w gusta publiki robiąc na poważnie Zdjęcie w godzinę (One hour photo).

The Big Red One, Robert Carradine, 1980

Z jedynką mierzyli się również Węgrzy, kręcąc na podstawie eseju Stanisława Lema po prostu 1 (aka One Human Minute). A Billy Wilder i Edward Yang z sukcesami próbowali ją rozmnożyć w – odpowiednio – Raz, dwa, trzy oraz I raz, i dwa (Yi Yi). W kinematografii tak zwanej popularnej największym wzięciem cieszą się jednak hity odwołujące się bezpośrednio do jedynych w swoim rodzaju środków transportu, niekiedy wprost z życia wziętych: samolot prezydencki Air Force One z Harrisonem Fordem (który służył także na łodzi podwodnej K-19 znanej jako The Widowmaker), dwie wersje dreszczowca w podziemnym wagoniku Pelham 1 2 3 (u nas oryginał znamy jako Długi postój na Park Avenue, a remake to… Metro strachu) oraz kosmiczne Koziorożec 1 i niedawne Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie.

A gdy pomnożyć nieco naszą jedyneczkę, to… trudno jej się oprzeć, bo nagle wychodzi nam sporo szczęścia. Tak właśnie było z dalmatyńczykami, których ostatecznie naliczono sto-jeden. Taką też perspektywą kusił Pierwszy milion u Waldemara Dzikiego na początku wieku. Hieronim Przybył oferował Milion za Laurę, a Neve Campbell otrzymała ofertę Milion za noc (w domyśle oczywiście jedną). Jak ukraść milion dolarów głowili się z kolei bohaterowie komedii Williama Wylera. A było jeszcze przecież Ramię za milion dolarów, Million Dollar Hotel, Million Dollar Baby (Za wszelką cenę), Milion lat przed naszą erą

Avatar

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA