Publicystyka filmowa
ŻYWOT BRIANA. 40 lat od premiery
W 2023 roku mija 40 lat od premiery ŻYWOTA BRIANA, filmu Monty Pythona, który nie tylko rozśmiesza, ale i prowokuje do refleksji.
Graham Chapman, John Cleese, Terry Gilliam, Eric Idle, Terry Jones i Michael Palin. Innymi słowy, Monty Python. Legendarna grupa komików w latach siedemdziesiątych zawładnęła brytyjską telewizją, tworząc wspaniały Latający cyrk Monty Pythona.
Sześciu mężczyzn szybko osiągnęło na wyspach oraz za oceanem status celebrytów, co pozwoliło im wyjść poza kwadratowe ramy ówczesnych telewizorów i realizować większe, znacznie droższe projekty. Nie licząc A teraz coś z zupełnie innej beczki, czyli de facto nakręconego na nowo zbioru The best of skeczów z serialu, pierwszym pełnoprawnym filmem kinowym zrealizowanym przez członków Monty Pythona był Monty Python i Święty Graal. Pięciu Brytyjczykom i jednemu Amerykaninowi (nie zapominajmy o Terrym Gilliamie!) udało się jednak przewrócić świat do góry nogami dopiero kilka lat później, za sprawą drugiego pełnometrażowego projektu – kontrowersyjnego Żywota Briana.
Nie każdy wie, że niewiele brakowało, a ten wspaniały film nigdy nie ujrzałby światła dziennego. Projekt finansowało studio EMI – to ono zapewniło Pythonom cały sprzęt, część ekipy oraz pieniądze na wyjazd (plenery kręcony miały być w Tunezji). Na kilka dni przed wylotem i rozpoczęciem okresu zdjęciowego studio niespodziewanie wycofało się z inwestycji. Powód był bardzo prosty – dyrektor generalny, Bernie Delfont, w końcu przeczytał scenariusz, który uznał za bezczelny, bluźnierczy i raczej niespecjalnie zabawny.
Pythonowie znaleźli się w kropce. Bez zaplecza finansowego, z odwołanymi lotami i scenariuszem, który systematycznie odstraszał kolejnych potencjalnych dobroczyńców. Ostatecznie projekt uratował jeden z najpopularniejszych fanów Monty Pythona na świecie – George Harrison. Muzyk, a prywatnie przyjaciel Erica Idle’a, który osobiście poprosił go w tej sprawie o pomoc, specjalnie na potrzeby Żywota Briana założył wytwórnię filmową HandMade Films. W przyszłości firma Harrisona wyprodukowała m.in. Bandytów czasu Terry’ego Gilliama oraz Porachunki Guya Ritchiego.
Wkrótce na horyzoncie zaczęły pojawiać się kolejne problemy, na szczęście nieco mniejszego kalibru. Poprzedni film, Monty Python i Święty Graal, został wyreżyserowany wspólnie przez Terry’ego Gilliama i Terry’ego Jonesa. Przy realizacji Żywota Briana okazało się, że obaj panowie mają dwie zupełnie różne wizje artystyczne. W swojej autobiografii, zatytułowanej Gilliamesque, Przedpośmiertna autobiografia, Gilliam wspomina:
Tej garstce scen, które w końcu nakręciłem – jedną z nich jest przybycie trzech króli do wioski – starałem się nadać epickiego rozmachu. Nie uważam, że było coś nie tak w sposobie, w jaki robił to Terry, chodziło tylko o to, że z założenia kręcił on wszystko jak do telewizji. W rezultacie były takie sceny – zwłaszcza ta z Piłatem, na potrzeby której wybudowaliśmy niedorzecznie bogaty plan filmowy z prostoliniowym rzymskim pomieszczeniem wewnątrz trzypiętrowej żydowskiej chałupy, tak naprawdę niewidoczny na ekranie – w których, w mojej opinii, straciliśmy ważne, efektowne ujęcia.
I rzeczywiście, ze świecą szukać w Żywocie Briana epickiego rozmachu, który był cechą wspólną wielu historyczno-religijnych, hollywoodzkich eposów z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych pokroju Ben-Hura, Qvo Vadis, Dziesięciorga przykazań czy Króla królów. Wynika to najpewniej właśnie z tego, że Gilliam ostatecznie odpuścił, pozostawiając wolną rękę Jonesowi, i zadowolił się kilkoma pomniejszymi rolami oraz pozycją kierownika produkcji. W dalszej części autobiografii Amerykanin dodaje:
Z perspektywy czasu widzę jednak, że choćbym nie wiem ile tupał moimi artystycznymi nóżkami i rozprawiał, jak można by go polepszyć, Żywot Briana nie tylko został wyprodukowany, ale wyszedł wręcz wspaniale. W chwilach, gdy przemawia przeze mnie rozsądek, przyznaję nawet, że efekt końcowy stanowi całkiem niezłą równowagę pomiędzy moją wygórowaną ambicją i barokowymi kątami a bardziej praktycznym zmysłem Terry’ego J.
Następny mini-problem związany był z odtwórcą roli tytułowej. Pythoni długo nie mogli się zdecydować, który z nich powinien wcielić się w nieszczęsnego Briana. Szczególnie chętny na tę rolę był John Cleese, który nigdy wcześniej (nie licząc małego filmu będącego parodią przygód Sherlocka Holmesa – The Strange Case of the End of Civilization as We Know It) nie miał okazji wykreowania głównego bohatera pojawiającego się w niemalże każdej scenie filmu. Ostatecznie drogą długich dyskusji i demokratycznego głosowania postanowiono, że Cleese znacznie zabawniejszy będzie w drobnych epizodach, a Brianem powinien zostać Graham Chapman.
Wybór okazał się strzałem w dziesiątkę. Graham Chapman zagrał rolę życia, stworzył na ekranie niezapomnianą postać zagubionego, niejako „wrzuconego w życie” Briana, którego sukcesywnie spotykają kolejne nieszczęścia. Decyzja Pythonów była jednak bardzo ryzykowna – Chapman zmagał się w tamtym czasie z poważnym problemem alkoholowym. Jego ówczesny partner, David Sherlock, wspomina, że komik potrafił wypić dwie lub nawet trzy butelki ginu dziennie. Komplikacje związane z alkoholizmem Chapmana dały się we znaki jego kolegom już podczas pracy nad Świętym Graalem.
Graham miał wówczas notorycznie upijać się w nocy, a w ciągu dnia mylić kwestie oraz buntować się przeciwko decyzjom duetu reżyserskiego, który składał się przecież z jego bliskich przyjaciół. Przed przystąpieniem do realizacji kolejnego pełnometrażowego filmu Brytyjczyk postanowił jednak odstawić alkohol i urządził sobie prywatny odwyk, co bardzo pozytywnie wpłynęło na jego kreację aktorską.
Żywot Briana wywołał niesamowicie duże poruszenie na całym świecie jeszcze przed oficjalną premierą, która odbyła się 17 sierpnia 1979 roku w Nowym Jorku. Organizowano protesty mające na celu powstrzymanie filmu Pythonów przed ujrzeniem światła dziennego. Ulicami miast przechodziły demonstracje, w których ramię w ramię maszerowali katolicy, żydzi i protestanci, księża, rabini i pastorzy – niemalże wszyscy poczuli się urażeni, choć na dobrą sprawę nikt Żywota Briana nie widział.
„Wiele potrzeba, żeby zbliżyć do siebie tych ludzi, a my dokonaliśmy tego w bardzo prosty sposób – obrażając ich wszystkich za jednym zamachem. W Variety zamieszczono artykuł na całą stronę opisujący te protesty i każda z religii dostała parę kolumn na przyznanie, że niestosowność tego, co zrobiliśmy, to coś, z czym wszyscy się zgadzali. To było zajebiste” – wspomina w swojej książce Terry Gilliam. Prym w protestach na Wyspach, w ojczyźnie większości Pythonów, wiodła Mary Whitehouse kierująca wpływową organizacją Nationwide Festival of Light. To głównie dzięki jej usilnym staraniom oraz listownym naciskom tysięcy jej stronników premiera Co ciekawe, kontrowersyjnego filmu nie można było obejrzeć też w żadnym kinie na terenie Norwegii. Norwescy fani Monty Pythona musieli więc jeździć na seanse aż do Szwecji! Sytuacja wydała się twórcom
Sam miałem niebywałe szczęście obejrzeć Żywot Briana po raz pierwszy w kinie dwa lata temu. Doświadczyć tego niesamowitego, brytyjskiego humoru, tych fantastycznych skeczy (kamienowania, sepleniącego Piłata, Bigusa Dickusa, kompletnie niespodziewanego przelotu kosmitów, jedynego słusznego suicide squadu czy wreszcie ikonicznej piosenki zaintonowanej w ostatniej scenie filmu przez wiszącego na krzyżu Erica Idle’a) w towarzystwie kilkudziesięcioosobowej grupy obcych sobie ludzi, w ciemnym pomieszczeniu i na dużym ekranie – niepowtarzalne, absolutnie bezcenne przeżycie.
Kilka dni temu, na potrzeby napisania tego tekstu, odświeżyłem sobie Żywot Briana na kanapie przed telewizorem. Drugi seans dostarczył mi sporo radości (pomimo tego, że doskonale pamiętałem niemalże wszystkie gagi) i uświadomił, jak bardzo mylili się przeciwnicy tego filmu w 1979 roku i jak bardzo mylą się dzisiaj, nazywając go bluźnierczym. Jedyną grupą, która powinna czuć się urażona po obejrzeniu filmu Pythonów, nie są ani katolicy (do których zresztą zalicza się autor), ani żydzi, ani protestanci, ani muzułmanie.
Są nią półgłówki nieposiadające własnego zdania, oszołomy ślepo podążające za tłumem, które z powodzeniem mogłyby walczyć o tytuł „arystokratycznego głupka roku” ręka w rękę z pięcioma upośledzonymi uczestnikami słynnego skeczu. To z ludzi niemyślących śmieją się w
