Recenzje

PORACHUNKI. 20 lat od premiery

Kiedy oglądamy pierwszy pełnometrażowy film Ritchiego, ani przez chwilę nie czujemy, że jest to debiut.

Autor: Janek Brzozowski
opublikowano

Przez lata Guy Ritchie wypracował sobie własny, niepowtarzalny styl. Brytyjski samouk (twórca Przekrętu nigdy nie skończył szkoły filmowej) wyspecjalizował się w kręceniu dynamicznie zmontowanych, pełnych akcji oraz inteligentnych gier słownych filmów gangsterskich. Ritchie swoją poetykę potrafił z powodzeniem przeszczepić do realiów XIX-wiecznych (Sherlock Holmes oraz Sherlock Holmes: Gra cieni), zimnowojennych (Kryptonim U.N.C.L.E.) oraz średniowiecznych (Król Artur: Legenda miecza). Pierwsze kroki w świecie filmu reżyser stawiał 20 lat temu, kręcąc debiutanckie Porachunki – dzieło przez wielu fanów Brytyjczyka (w tym piszącego te słowa) uznawane za zdecydowanie jedno z najlepszych w jego karierze, która trwa już przecież ponad dwie dekady.

Ważnych wątków w Porachunkach jest co najmniej kilka. Najistotniejszy wydaje się ten skoncentrowany wokół czwórki młodych przyjaciół, którzy za wszelką cenę starają się spłacić ogromny dług u niebezpiecznego gangstera Hatcheta Harry’ego. Decydują się więc na… obrabowanie złodziei, którzy planują skok na mieszczącą się w okolicy plantację marihuany. Nie wszystko idzie oczywiście zgodnie z planem, co prowadzi do całej masy niesamowicie zabawnych komplikacji oraz absurdalnych zbiegów okoliczności.

Co ciekawe, już w debiutanckim filmie Ritchiego dopatrzeć się można całej masy zabiegów, które okazały się integralnymi cechami nieomalże wszystkich późniejszych dzieł Brytyjczyka. Czarny humor, efektowne użycie slow motion, okazjonalna narracja z offu, niesamowicie dynamiczny montaż czy błyskotliwe, oparte w dużej mierze na gangsterskim slangu dialogi. To wszystko odnajdziemy rozwinięte, dopracowane i znakomicie zastosowane już w Porachunkach. Z tego względu, kiedy oglądamy pierwszy pełnometrażowy film Ritchiego, ani przez chwilę nie czujemy, że jest to debiut. Ba, odnosi się nieodparte wrażenie obcowania z dziełem doświadczonego reżysera, który doskonale panuje nad tym, co odbiorca widzi na ekranie.

A widzi oraz słyszy dużo, bardzo dużo – w Porachunkach praktycznie cały czas się coś dzieje. Bohaterowie non stop ze sobą rozmawiają, przerzucając się pomysłami albo groźbami. A to wszystko utrzymane zostało oczywiście w otoczce charakterystycznego brytyjskiego akcentu, który w połączeniu ze świetnie napisanymi dialogami i szorstkim gangsterskim slangiem daje niesamowity, zaskakująco przyjemny dla ucha efekt.

Na filmie Ritchiego doskonale bawić powinni się również miłośnicy kina akcji.

Rzecz jasna, Porachunki to nie same sceny dialogowe. Na filmie Ritchiego doskonale bawić powinni się również miłośnicy kina akcji. Nie brak tu przecież efektownych scen pościgów (otwierająca Porachunki ucieczka przed policją), brutalnych aktów przemocy (morderstwo za pomocą drzwi od samochodu) czy zbierających krwawe żniwa strzelanin (choć ta największa rozgrywa się w dużej mierze poza kadrem). Liczba zgonów z minuty na minutę robi się coraz większa, a w punkcie kulminacyjnym filmu sięga nawet kilkunastu martwych gangsterów w obrębie zaledwie jednej sceny.

Największe wrażenie robi jednak debiut Ritchiego dopiero wtedy, kiedy spojrzy się na budżet, jaki miał do dyspozycji brytyjski reżyser. Porachunki kosztowały niewiele ponad 1 milion dolarów – dla porównania jego kolejny, zrealizowany już dwa lata później film (Przekręt) wchłonął sumę prawie dziesięciokrotnie większą. Ritchie udowodnił więc, że liczy się jakość, a nie ilość – jego debiut zarobił na całym świecie 28 milionów dolarów. Nic więc dziwnego, że Porachunki otrzymały w 1998 roku nagrodę BIFA (British Independent Film Award) w kategorii: „Film, który najpełniej wykorzystał ograniczone zasoby budżetu”.

Porachunki otworzyły Ritchiemu drogę do międzynarodowej kariery. Swój następny film, czyli wspomniany przed chwilą Przekręt, nakręcił już z udziałem chociażby Brada Pitta czy Benicio del Toro, jednocześnie nie zapominając o aktorach, którzy walnie przyczynili się do sukcesu jego debiutanckiego projektu – Vinniem Jonesie oraz Jasonie Stathamie. Drugi z nich stał się zresztą niedługo później gwiazdą pierwszego formatu, grywając w wysokobudżetowym kinie akcji (seria Transporter, NiezniszczalniMechanik czy w końcu Szybcy i wściekli). Jednak najlepsze, a z całą pewnością najzabawniejsze kreacje Statham stworzył na samym początku swojej aktorskiej kariery, w dwóch pierwszych filmach Guya Ritchiego.

Sam Ritchie, z niewielkimi wyjątkami (nieszczęsny Rejs w nieznane), trzymał się dalej swoich ulubionych tematów, tworząc pod różnymi pretekstami zabawne, angażujące kino gangsterskie. W tym roku do międzynarodowej dystrybucji trafi jego nowy film – realizowany we współpracy z Disneyem aktorski remake kultowego Aladyna. I choć pierwsze materiały promocyjne, z gigantycznym, niebieskim Willem Smithem na czele, niekoniecznie napawają optymizmem, to szczerze wierzę w talent brytyjskiego samouka. Talent, który Guy Ritchie zaprezentował światu w okazałej formie już w debiutanckich Porachunkach.

Ostatnio dodane