Connect with us

Publicystyka filmowa

GŁUPIE filmy SCIENCE FICTION, które gwarantują doskonałą rozrywkę

Głupie, czyli niemające pokrycia w dowodach naukowych?

Published

on

GŁUPIE filmy SCIENCE FICTION, które gwarantują doskonałą rozrywkę

Filmy aktorskie i jedna animacja z elementami science fiction. Podkreślam to na samym początku, bo niekiedy widzowie wyłączają je z grupy filmów. Animacja to również film, tyle że nie aktorski, lecz zrealizowany specjalną techniką animacyjną. Dokładny ich opis dostępny jest z łatwością w sieci. Dla tego zestawienia ważne jest, że film science fiction zawiera również ten podgatunek filmu w ogóle, który jest animacją. Co ciekawe, właśnie animacje są bardzo często traktowane jako ta „głupsza” forma wypowiedzi filmowej, skierowana głównie do dzieci. W ramach jednak całego gatunku science fiction i tego, jak on jest traktowany przez krytyków filmowych, można powiedzieć, że w pewnych gronach odbiorców cała tematyka fantastyczno-naukowa klasyfikowana jest jako ta dla widzów mniej dojrzałych, a nawet mniej inteligentnych.

Advertisement

Poniżej więc dziesięć produkcji w większości lekkich, z elementami SF, nieraz zupełnie karkołomnymi, które nigdy się nie zrealizują, lecz każdy z tych filmów potrafi bawić albo wartką akcją, albo gagami, albo nieprawdopodobnymi pomysłami na koncepcje przyszłości, albo sentymentem do popkulturowych archetypów kina gatunkowego.

„Piksele”, 2015, reż. Chris Columbus

Jako dziecko nie posiadałem telefonu komórkowego, a mój monitor od komputera miał zielone piksele. Ewolucja jednak postępowała, a VGA i SVGA swoją jakością wbijały w krzesło, bo o gamerskich fotelach w tych czasach nawet nie marzyłem. W kinie science fiction postęp dział się o wiele szybciej. Twórcy pokusili się nawet o pokazanie tętniącego życiem wnętrza komputera (Tron). Z chwilą pojawienia się grafiki 3D coś się zmieniło. Użytkownicy chyba zaczęli się przyzwyczajać, że w grach komputerowych widzą coraz więcej podobnego do rzeczywistości świata, a coraz mniej umownej bajkowości, która dawała pożywkę wyobraźni.

Advertisement

Ten sentyment do starych gier uważa się dzisiaj za głupią stratę czasu, wyraz niedojrzałości etc. Piksele być może są płytką komedią, lecz dla tych, którzy stare gry na zawsze ukochali, będzie to produkcja niezwykle sentymentalna i przyjemna w odbiorze.

„Jutro wstanę rano i oparze się herbatą”, 1977, reż. Jindřich Polák

W tamtych czasach Czesi i Słowacy mieli chyba przemożną chęć przemieszczenia się w czasie. Ciekawe, co by zmienili w ustroju swojego państwa? Jutro wstanę rano i oparzę się herbatą przynajmniej otwarcie nie dotyczy ustroju komunistycznego, lecz jest pewną nostalgiczną refleksją nad historią. Modelem totalitarnym, z którym należy walczyć, są jednak nazistowskie Niemcy i sam Hitler. Tak poważny temat został ubrany w abstrakcyjną komedię, która mimo upływu lat wciąż bawi, mimo że niektóre pomysły na technologie podróży w czasie są wyjątkowo nienaukowe – a niektórzy powiedzieliby, że głupie.

Advertisement

„Linia życia”, 1990, reż. Joel Schumacher

Pamięć jednoznacznie mi podpowiada, że film zrobił na mnie wrażenie. Z całą pewnością tak było. Poza tym od tego tytułu zacząłem kojarzyć, kim jest Kiefer Sutherland. Pomysł zaś na chwilowe uśmiercanie człowieka, czyli doprowadzanie do śmierci klinicznej, już wtedy wydawał mi się idiotyczny. Jednak konstrukcja filmu, napięcie, które przeżywało się, kiedy w kadrze ukazywała się płaska linia EKG, bo serce nie chciało zacząć ponownie bić, spełniła doskonale swoją funkcję rozrywkową. Na dodatek sceny, w których rzeczywistość nadprzyrodzona przenika do realnego świata, pobudzały nerwy i wyobraźnię.

Chciało się zajrzeć głębiej, za zasłonę śmierci, mimo że to kompletnie bez sensu naukowo. Może niektórzy widzowie znają tę historię z remake’u i się do niej już zupełnie zrazili. Powinni więc obejrzeć wizję Joela Schumachera.

Advertisement

„Totalny kataklizm”, 2008, reż. Jason Friedberg, Aaron Seltzer

Warto czasem odpocząć od poważnych superbohaterskich tematów i technologicznych pomysłów, jak poradzić sobie z tsunami, deszczem meteorytów i nawalającym napędem odrzutowym w pancerzu Iron Mana. Wszystko to znajdziemy w pastiszowej formie w Totalnym kataklizmie. Faktycznie, film jest treściowo banalny, czasem żenujący, głupi, a żarty najniższych lotów, lecz ogląda się go lekko, niezobowiązująco, nie narzeka się na patos, a poważne problemy z transhumanizmem rozwiązywane są w fabule za pomocą spadającej z nieba krowy lub pęknięcia gumy w majtkach Hulka. Twórcy filmu wyszły z założenia, że widzowie potrzebują czasem wytchnienia od poważnej fantastyki i katastrofizmu, które nie dają wiele nadziei na szczęśliwą przyszłość ludzkiego gatunku.

A przecież naczelną funkcją kina jest powodowanie pozytywnych emocji, a nie lęku. Do tego również powinien służyć rozwój cywilizacyjny, żebyśmy czuli się coraz lepiej i żyli wygodniej, a nie prowadzili niekończącą się walkę o przyszłość gatunku.

Advertisement

„Martwy świat”, 2018, reż. James Franco, Bruce Thierry Cheung

Dla niektórych fascynacja Jamesa Franco kinem science fiction jest wyrazem jego talentu i otwartości artystycznej, dla niektórych zaś dowodem na brak dojrzałości jako filmowca, taką zabawę bogacza, który nie wie, co zrobić z wolnym czasem, więc kręci takie kicze. Mało tego, zaprasza do nich swoich znajomych, z którymi najczęściej imprezuje, czyli pije i robi inne „niedopuszczalne” rzeczy. A tak na poważnie, Martwy świat to faktycznie średniak bez pretensji do wielkiego dzieła postapo i SF, jednak jako niemal klasyczny film drogi sprawdza się w roli weekendowego, niezobowiązującego rozweselacza.

Można mieć pretensje do Jamesa Franco, że zdecydował się być nazbyt poważny i nie zadbał o bardziej wymyślną motywację granego przez siebie antagonisty, ale warto również docenić film za ciekawą postać Ash, androidki, uczącej się jak być człowiekiem m.in. poprzez panseksualne relacje erotyczne. Martwy świat – może i sztampowy do bólu, odcinający kupony od Mad Maxa – da się obejrzeć do końca bez znudzenia.

Advertisement

„Zoom: Akademia superbohaterów”, 2006, reż. Peter Hewitt

Ten film nie jest głupi – jest po prostu dostosowany do konkretnej grupy wiekowej. Tutaj superbohaterami są dzieci, a nie dorośli. A przy obecnym zalewie dorosłych postaci superbohaterskich takie podejście do tematu jest postrzegane jako głupie w sensie niedojrzałości, dziecięcości. Nie jest to uczciwe podejście do tematu, bo to, co dziecięce, wcale nie jest głupie. Zwykliśmy przeceniać dorosłość, a nie doceniać dzieci. Na chwilę więc chociaż postarajmy się wcielić w dziecko jako widza – czy łatwiej mu będzie oglądać dorosłych z supermocami, czy swoich rówieśników umiejących na zawołanie zmieniać rozmiary swojego ciała – jak w Akademii superbohaterów? Produkcja ta jest lekkim, komediowym wprowadzeniem młodszych widzów do tematyki science fiction i kina superbohaterskiego, nim zaczną chłonąć one typowo patetyczną, współczesną mieszankę tych gatunków oferowaną przez Marvela i DC.

„Jiu Jitsu”, 2020, reż. Dimitri Logothetis

Trochę w tej produkcji jest z Predatora, trochę z Gwiezdnych wojen, trochę z kina o samurajach. Ogólnie bez pretensji nakręcona multigatunkowa historia, przewidywalna, nic niewnosząca do kategorii filmów, z których czerpie motywy, ale trzymająca w napięciu. Pokazuje trudne relacje ucznia z mistrzem w świecie nakreślonym niestety dość szkicowo, chociaż sama koncepcja cyklicznej walki z przedstawicielem kosmitów jest ciekawa. To trawestacja historii z rasą predatorów, jej filmowe uzupełnienie.

Advertisement

Nie rozumiem tego utyskiwania na Nicolasa Cage’a, że upadł gdzieś 5 metrów poniżej dna i mułu w nim się znajdującego, żeby grać w takich gniotach. Może te narzekania wynikają z nieobycia odbiorców z Cage’em jako bohaterem posługującym się japońskim mieczem? Jiu Jitsu nie jest odkrywcze, lecz zaspokaja potrzebę widzów na odpowiednią ilość ciekawie zaprezentowanych walk między ludźmi i kosmitami.

„Maksymalne przyspieszenie”, 1986, reż. Stephen King

Produkcję tę można potraktować jako coś w rodzaju kina pastiszowego, zawierającego elementy horroru, akcji i science fiction. Mam tylko nadzieję, że sam Stephen King jest z tego dzieła zadowolony, bo sam je wyreżyserował, chociaż po nim to nigdy nic nie wiadomo, zwłaszcza że od premiery minęło kilkadziesiąt lat. Kino akcji ma tę specyfikę, że twórcy muszą się bardzo postarać, żeby przestało zapewniać rozrywkę. Traktujemy je chyba najbardziej bezkrytycznie ze wszystkich filmowych gatunków.

Advertisement

Wystarczy, żeby było szybko, dużo wybuchów, strzelanin i trupów. Pod tym względem Maksymalne przyspieszenie spełnia wszystkie te warunki. Co zaś do treści, to tę personifikację wielkich samochodów można uznać za głupią, pozbawioną jakiegoś głębszego uzasadnienia. To jednak nie ma znaczenia. Chodzi o rozrywkę.

„Chłopak o bombowym wzroku”, 1982, reż. Robert J. Rosenthal

Kino sprzed 40 lat, a zwłaszcza jego forma kierowana do ówczesnych nastolatków, może być dzisiaj u polskiego widza zupełnie nieznana. Generalnie jednak kino z gatunku teenage uważa się za głupie, bo panuje u nas przekonanie, że amerykańskie nastolatki są głupie. Zapominamy jednak, że sami byliśmy nastolatkami i nierzadko robiliśmy rzeczy idiotyczne. Chłopak o bombowym wzroku jest właśnie takim przypomnieniem nam samym, o czym marzyliśmy, kiedy byliśmy w liceum, a być może nawet wizualizacją tego, co zrobilibyśmy, gdybyśmy dysponowali zdolnością telekinezy.

Advertisement

Dziesięć razy więc się zastanówmy, nim nazwiemy jakąś grupę wiekową głupią, jak również konkretny rodzaj filmu do niej skierowany. A tak na marginesie, jestem ciekawy, czy widzowie rozpoznali, co ma wspólnego zakończenie filmu z kultową produkcja Carrie?

„Mac i ja”, 1988, reż. Stewart Raffill

Kolejny w tym zestawieniu film familijny. Kalka z E.T., więc produkcja z góry skazana na porażkę, a opinie o kosmicie wręcz miażdżące – głupi, słabo chodzi, śmiesznie mówi, generalnie „niegrywalna” postać. I faktycznie została niezbyt dobrze przyjęta przez widzów, chociaż nie wszystkich. Dla niektórych to wciąż ciepły, pouczający film z ich dzieciństwa, dla mnie również. Nie jest jego wadą to, że zawiera nieco ckliwy przekaz wychowawczy. Jest grzeczny w porównaniu z dzisiejszym kinem familijnym. Koniec łatwo przewidzieć, a wykorzystanie niepełnosprawności głównego bohatera kto wie czy nie wzbudzi dzisiaj niepotrzebnych kontrowersji. Tylko kto się zdecyduje ten film dzisiaj właśnie puścić swojemu dziecku. Spider-Man i Ant-Man zapewne będą atrakcyjniejsze.

Advertisement

„Emotki. Film”, 2017, reż. Tony Leondis

Komunikatory internetowe typu Gadu-Gadu już dawno znikły, ale to w nich święciły swoje triumfy wszelkiego rodzaju układy znaków udające mimikę naszej twarzy. Dzisiaj doszło do tego, że kiedy do kogoś piszemy i nie zakończymy zdania jakąś emotką, on może nie zrozumieć przekazu albo zrozumieć go opacznie. To rewolucja w sposobie przekazywania informacji, która wydarzyła się w przestrzeni wirtualnej, nie fizycznej, bez kontaktu personalnego w tym samym otoczeniu. Emotki w zasadzie zaczęły żyć swoim życiem. Dla pokoleń nieinformatycznych to kuriozum, wręcz degradacja kontaktów międzyludzkich.

Co ciekawe, jest grupa młodych ludzi, którzy kultywują ten sam stosunek do technologii, włączając w to telewizję, Internet, a nawet motoryzację. Tym bardziej więc nie trafi do nich taka animacja jak Emotki. Film, gdyż wybitnie antropomorfizuje i daje uzasadnienie wszystkiemu temu, co według technologicznych abnegatów i kontestatorów doprowadza do zaniku więzi między ludźmi – tej najwartościowszej, która dzieje się tylko, gdy spotykamy kogoś fizycznie i prowadzimy z nim dialog, patrząc mu w twarz.

Advertisement

Tekst pierwotnie opublikowany w 2023 roku.

 

Advertisement

Filozof, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu Slavoja Žižka, krytyki psychoanalizy Jacquesa Lacana, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz drukarskim. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, kulturystyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *