Publicystyka filmowa
NAJLEPSZE SOUNDTRACKI NA LATO
Odkryj letnią magię dźwięków z NAJLEPSZYMI SOUNDTRACKAMI NA LATO. Muzyczne podróże, które umilą każdy moment wakacyjnego relaksu!
Po wakacyjnym lenistwie filmowym warto też sobie zarzucić coś na uszy – choćby po to, aby jakoś urozmaicić dźwiękowo ten błogi, gorący okres wypoczynkowy. Oto zestaw soundtrackowych propozycji dobrych do posłuchania w czasie letnich wojaży. Konkretnie dziesięć, bo tyle mniej więcej tygodni pozostało do końca sezonu. Prażmy się więc w słońcu do taktu! A w komentarzach polecajmy kolejne tytuły, do rymu (albo rumu)!
Aberdeen
Jest to swoisty film drogi, tak więc i muzyka Zbigniewa Preisnera utrzymana została w podobnym stylu. Już od pierwszego, na poły tytułowego utworu mamy wrażenie, że dokądś dąży, gdzieś leci (poza eterem), nieprzerwanie ucieka. Powtarzające się łagodne dźwięki fortepianu Leszka Możdżera oraz towarzyszące im pełne ciepła i uczucia intymne wokalizy Stiny Nordenstam chwytają za serducho od pierwszych taktów, jakże optymistycznych w swym wydźwięku, idealnie słonecznych. Atmosfera tych osobliwych, barwnych dźwięków, które zwyczajnie hipnotyzują, jest zatem nie do przecenienia. A cała pozycja naprawdę czarująca. Trudno się od niej oderwać – zwłaszcza, co chyba nie powinno dziwić, w… drodze.
Easy Rider
Klasyk. Klasyka klasyki. Pozycja mająca na karku już pięćdziesiąt lat, niemniej ponadczasowa. I znów film drogi (choć przecież bardzo tani), w dodatku z motorami. Wrażenie wolności i bezustannego ruchu towarzyszy nam tu zatem od początku, co przekłada się na kolejną pozycję dla tych, którzy wczasy spędzają w wersji ruchomej.
Ale nie tylko. Rockowe brzmienie i olbrzymi luz wylewający się z nut łatwo udzielą się każdemu, kto marzy po prostu o zostawieniu wszelkich smutków za sobą. Wszak chodzi o to, żeby w te upalne dni życie było easy, a nie hard. Ten soundtrack pomaga osiągnąć rzeczony stan.
Maska Zorro
Nieodżałowany James Horner proponuje nam przede wszystkim czystą zabawę, która skrzy się hiszpańskim rytmem. Taneczna akcja bezustannie miesza się tutaj z harmonijną liryką, a wszystko aż kipi od energii i klimatu gorących, meksykańskich nocy. Propozycja to zatem wymarzona na wieczorny wypad na plażę we dwoje, jak i w większym towarzystwie.
A i samotnicy znajdą tu coś dla siebie – na przykład marszowe takty zachęcające do wyczerpującego joggingu. Na deser wieńcząca wszystko zwiewna ballada, która sprawi, że letni romans stanie się nie tylko faktem, ale i miłym wspomnieniem z wakacji.
Miasto aniołów
Piękny film, piękna i muzyka w nim użyta. Soundtrack wydany został na zasadzie miksu nastrojowych, romantycznych piosenek i kilku fragmentów ilustracji Gabriela Yareda. Iście anielska, pełna magii praca z prawdziwie boską liryką tworzy wyjątkową i spójną atmosferę, która nawet bez znajomości filmu ujmuje odbiorcę. A wcześniejsze hity różnych wykonawców nadają krążkowi trochę ostrzejszego, rockowego tempa, nie tracąc jednakże nic z poetyckiego, odrobinę melancholijnego nastroju. Ten waha się momentami pomiędzy radosnym, naiwnym optymizmem oraz bólem i przygnębieniem, lecz zawsze pozostaje naznaczony olbrzymią porcją miłości, na której temat urzekającym peanem jest cały ten rewelacyjny album – nie ukrywam, że jeden z moich ulubionych. W czasie krótkich, letnich nocy zawsze odświeżanych.
Powrót do Garden State
Trzynaście utworów o łącznym czasie trwania zbliżającym się do godziny – to trzynaście powodów dla których warto zainteresować się tą ścieżką dźwiękową. Wszystkie zanurzone w podobnym stylu i klimacie rockowo-popowym, czyli radosne i rytmiczne, choć nie brakuje też paru bardziej sentymentalnych. Każda jedna wypada tak samo rewelacyjnie i jest równie atrakcyjna, a słuchając całości, ma się wrażenie, jakby nuty pochodziły ze spokojniejszych, odległych, lecz w jakiś sposób bliskich sercu miejsc; z ulotnych (w)czasów, które już nie wrócą (a może nigdy ich nie było…?).
Podobnie zresztą jak sam film, którego magia tkwi m.in. we wrażeniu, jakby akcja działa się w jakimś wyidealizowanym, nieistniejącym punkcie na mapie. Rzadko z którego krążka bije tyle pozytywnych emocji i leniwej prostoty. Na lato wymarzonej.
Przekleństwa niewinności
Podwójna przyjemność. Mamy bowiem do wyboru dwa różne albumy – jeden z oniryczną, eksperymentalno-elektroniczną muzyką grupy Air, której nuty to właściwie synonim wakacyjnego lenistwa połączonego z namiastką metafizycznych doświadczeń. Drugi to składanka, na której kompozycje powietrznego zespołu także znajdziemy, ale wymieszane z mniej lub bardziej ogranymi przebojami innych wykonawców. Tu znajdziemy już więcej radości i żywszych kawałków (głównie z pogranicza rocku oraz popu), acz również nie brakuje bardziej nastrojowych momentów, jakie przydadzą się na każdą możliwą sytuację urlopową. Nie wierzycie? To zapuście Come Sail Away kapeli Styx w momencie, gdy wujek Staszek gorliwie pompuje przedziurawiony gdzieś materac – satysfakcja gwarantowana. Nie ma zwrotu pieniędzy.
Szkoła uwodzenia
Bynajmniej nie chodzi o sam tytuł filmu, z którego pochodzi ten miks oscylujących wokół miłości hitów. Aczkolwiek z pewnością nie zaszkodzi puścić niektórych z nich podczas nieoczekiwanej randki na molo – na przykład przepiękne This Love Craiga Armstronga lub wzruszające Colorblind od Counting Crows – i zobaczyć, co się stanie.
Generalnie jednak cała ta płyta wypełniona jest intensywnymi emocjami, z automatu kojarzącymi się z różnego sortu igraszkami urlopowymi. Nieważne, czy są to wyczyny samochodowe, surfing na białych grzywach fal, wypad na żagle z kumplami czy samotny weekend we dwoje, gdzieś w leśnej głuszy. Ten wielce optymistyczny soundtrack jedynie rozjaśni dzień, sprawiając, że wyda się jeszcze lepszy.
Ukryte pragnienia
Przepełniony erotyzmem, ociekający atmosferą gorącej miłości zbiór mniej oczywistych, nie tak ogranych piosenek, przeważnie w wykonaniu kobiet. Wspólnie tworzą idealnie senny – lecz nie usypiający! – nastrój ziemskich rozkoszy, które najlepiej smakują właśnie w trakcie upalnego lata. Zachęca nie tyle do cielesnych doznań na piknikowym kocyku, bo to oczywiste, ale też łatwo przyprawia o duchowy orgazm na kanapie pędzącej na lotnisko taksówki, czy nawet na wygnaniu, w biurze bez klimatyzacji. Perwersja miesza się tu z niewinnością, a delikatność z psychodelią. Jest tu wszystko – tak gatunkowo, jak emocjonalnie – co sprawia, że można się zakochać. W muzyce, w nicnierobieniu, w towarzyszu/ce tej wakacyjnej niedoli… Wystarczy dać się ponieść (własnym) pragnieniom.
Tamte dni, tamte noce
Coś dla koneserów, którym nie straszna zarówno muzyka klasyczna, jak i rasowo dyskotekowe dźwięki. Niezwykły eklektyzm tej składanki w miarę bezboleśnie pozwala przejść od kiczowatych żądz klubowych parkietów w Ustroniu Dolnym do wytwornych, iście salonowych melodii dla wiedeńskich bądź paryskich elit. Większość taktów pozostaje jednak – podobnież jak film – skąpana w refleksyjno-wakacyjnym nastroju, któremu łatwo dać się porwać, nawet mimowolnie. Co jednak ważniejsze, autentycznie pozwala odpocząć od ciemnych myśli sortu wszelakiego. Słuchając tej płytki, z pewnością wyjdziecie trochę na urlopowych hipsterów, ale czy to źle? Zwłaszcza gdy przy okazji odkryjecie kilka nowych horyzontów – również tych muzycznych. Warto choćby dla samych kawałków Sufjana Stevensa.
Złodziej
Na koniec pełne syntezatorów dzieło kultowej grupy Tangerine Dream, czyli powrót do lat 80. To zaiste hipnotyzujący krążek dla preferujących podróż w nieznane. Niemal mistyczny sznyt dynamicznych kompozycji sprzyja rozmarzonym wojażom maści wszelakiej. Nie przytłacza zarazem swym pozornym mrokiem, pozostając bardziej w poetyckim klimacie.
Smaczku dodaje też fakt, że główny motyw tej ścieżki dźwiękowej już w nazwie zawiera plażowe wskazówki. Jaka to będzie plaża – zależy już od nas samych. Lecz nie zmienia to faktu, że z tą otoczką retro brzmi ona jak wyśnione miejsce na odrobinę wytchnienia…
