Connect with us

Recenzje

TELEMANIAK. Kiedyś niezrozumiana komedia, dzisiaj WIZJONERSKI thriller

TELEMANIAK to historia o nieudanej komedii, która dziś zyskuje status wizjonerskiego thrillera z Jimem Carreyem w roli głównej.

Published

on

Jim Carrey długo czekał na sukces, ale też mocno na niego pracował. Pierwsze kroki w showbiznesie stawiał jeszcze na początku lat osiemdziesiątych. Grywał epizody i ogony, pojawił się w kilku filmach Clinta Eastwooda, występował w programach komediowych, aż w końcu w 1994 do kin weszły trzy filmy, gdzie zagrał główne role – Głupi i głupszy, Maska i Ace Ventura: Psi detektyw.

Advertisement

Z dnia na dzień stał się ulubionym komikiem Ameryki. Jego persona rozsadzała ekran charyzmą. Połączenie klasycznego slapsticku – komedii cielesnej – z nadnaturalną wręcz ekspresją twarzy, która sprawiała wrażenie gumowej, okazało się być strzałem w dziesiątkę. Szybko pojawiły się kolejne propozycje, a w 1996 roku aktor podpisał czek na dwadzieścia milionów dolarów za występ w Telemaniaku. Legenda głosi, że podczas negocjacji menedżerowie i prawnicy Carreya mieli na jego polecenie nosić stroje rodem z Ace Ventury, żeby zachować odpowiednią perspektywę i wczuć się w nastrój chwili. Mimo olbrzymiej gaży zgarniętej przez Carreya film okazał się być jedną z pierwszych porażek w jego karierze – przynajmniej tak sądzili ówcześni krytycy.

W box office obraz poradził sobie nieźle, natomiast chyba nikomu nie przypadł do gustu specyficzny klimat zaprezentowany na ekranie. Zawieszony gdzieś między groteską a rasowym thrillerem Telemaniak nie był w żadnym wypadku tym, czego od Carreya oczekiwali widzowie – kolejną brawurową, odprężającą, wręcz odmóżdżającą komedią. Był czymś więcej, w dodatku zmuszał do myślenia i refleksji. Oglądany po latach okazuje się być błyskotliwym gatunkowym miksem, a jego przesłanie wydaje się bardziej aktualne i frapujące niż w dniu premiery. Wyjściowy punkt fabuły nawiązuje w pewnym stopniu do klasycznej komedii kumpelskiej, czyli buddy movie.

Advertisement

Mamy więc Matthew Brodericka o poczciwym, przyjaznym spojrzeniu, wprowadzającego się do nowego mieszkania po rozstaniu z ukochaną. Czego potrzebuje w mieszkaniu trzydziestoparoletni kawaler oprócz łóżka, kilku mebli i sprzętów kuchennych? Oczywiście – telewizji kablowej, oferującej całodobowy strumień informacji, rozrywki, dramatu, komedii, promocji, zastępujących relacje międzyludzkie. Broderick zamawia pakiet TV. Po kilku dniach w jego apartamencie pojawia się tytułowy cable guy – koleś od kablówki, czyli Jim Carrey, z wysuniętą dolną szczęką, wadą wymowy i obezwładniającą osobowością.

Od razu widać, że chodzi mu o coś więcej niż wykonanie prostej usługi podłączenia telewizji. Mężczyźni wkrótce zaprzyjaźniają się, trochę wbrew woli Brodericka. Gość od kablówki okazuje się jednak być świetnym kompanem, pomocnym, uczynnym i gotowym do spełnienia każdej prośby. Ba – gotowym do spełnienia jej, zanim ta w ogóle zostanie wypowiedziana. Zaczyna robić się dziwnie…

Advertisement

Można podejrzewać, że ówczesna widownia spodziewała się nieco innego obrotu wydarzeń. Przyjaźń sympatycznego faceta próbującego odzyskać dziewczynę z nieco dziwnym, ale dobrodusznym gościem od kablówki powinna przerodzić się w bromance, podsumowany symbolicznymi zaręczynami, afirmacją braterskiej miłości, może taką na miarę Kac Vegas, gdzie ślub ślubem, ale męska przyjaźń i solidarność okazują się być wartością najwyższą. Do połowy Telemaniak zmierza w te rejony, by w zwrocie akcji skutecznie zdeptać oczekiwania. Im dalej w film, tym mniej komfortowo.

Zachowanie Carreya przestaje być urocze, a zaczyna przejawiać tendencje psychopatyczne. I choć wszystko wskazuje na to, że z kumpelskiej komedii przesiedliśmy się do thrillera o prześladowcy i jego ofierze, to do końca pozostaje nadzieja, że tytułowy bohater nawróci się, zrozumie swój błąd, wszystko zostanie mu wybaczone i w ogóle cała sprawa zostanie potraktowana jako dobry żart. Gdy zbliża się finał, śmiech zostaje wyparty przez autentyczne napięcie i oczekiwanie na rozwiązanie tej intrygi

Advertisement

Scenariusz tego dziwacznego filmu oficjalnie napisał niejaki Lou Holtz Jr., natomiast nieoficjalnie wiadomo, że sporo poprawek i pomysłów dodał niewymieniony w napisach Judd Apatow. Jeśli wierzyć sekcji ciekawostek na imdb.com, scenariusz Holtza był głupawą komedią, natomiast poprawki Apatowa wydobyły z niego głębię i charakter. Za kamerą stanął Ben Stiller, który okazał się być zaskakująco sprawnym reżyserem. Jak wspomniano, film zręcznie łączy dwa gatunki, które nieczęsto chcą ze sobą współpracować. Stiller dobrze rozłożył akcenty dramaturgiczne i dobrze poprowadził Carreya.

Jego bohater jest od początku do końca dziwaczny, ale budzi sympatię. Gdy więc z roli natarczywego przyjaciela przechodzi do klasycznego psychola, wypada bardzo wiarygodnie. Broderick i drugi plan stanowią raczej wsparcie dla Carreya, który niepodzielnie rządzi ekranem. Ale trzeba przyznać, ze jest to drugi plan całkiem imponująco zaludniony: mamy Jacka Blacka, jeszcze przed największymi sukcesami, mamy Leslie Mann, mamy Owena „Wow” Wilsona, mamy weteranów Diane Baker i George’a Segala. Mamy też dwa genialne cameo – Bena Stillera oraz Erica Robertsa.

Advertisement

Wizualnie film nie prezentuje niczego charakterystycznego dla komedii. Chwilami można wręcz odnieść wrażenie, że nie ogląda się filmu Bena Stillera – specjalisty od błazenady – lecz coś od De Palmy! Tak, bo i oświetlenie, i szerokość kadru, i ruchy kamery noszą tutaj znamiona najwyższej próby thrillera. Niepokojąco dużo tu ciemności, obraz skąpany jest w charakterystycznej dla dreszczowców z lat dziewięćdziesiątych niebiesko-stalowej dominancie kolorystycznej. Carrey kilkukrotnie filmowany jest z dziwnych perspektyw, na przykład przez wizjer w drzwiach z zastosowaniem obiektywu szerokokątnego, co oddaje paranoidalny charakter jego postaci.

Równie ciekawie rozgrywa Stiller relacje między bohaterami, raz wizualnie ich od siebie oddalając, innym razem – zbliżając do siebie. Nie brakuje też niskich kątów kamery, przez co bohater Carreya dominuje wszystko, co go otacza.

Advertisement

Jak można się domyślić, Telemaniak nie przyjął się po premierze, bo zwiódł i zawiódł oczekiwania publiczności. To nie był film w stylu Carreya – chociaż z perspektywy czasu można stwierdzić, że był to pierwszy przykład filmu w stylu dojrzałego Jima Carreya. Chociaż późniejsze, uznane role – w Truman Show, Człowieku z księżyca i Zakochanym bez pamięci – pozbawione już były w znacznym stopniu elementu nadpobudliwej mimiki i cielesnego chaosu – to wszystkie wywodzą się właśnie z Telemaniaka.

Otóż aktor prezentuje tutaj typ samotnego, prawdopodobnie chorego bohatera lawirującego gdzieś na marginesie społeczeństwa. Usilnie próbuje dopasować się do okoliczności, znaleźć jakiś łącznik między swoją dziwnością a względną normalnością świata. Usiłuje – lecz nie może. W trzech wymienionych filmach Carrey zaprezentował nieco spokojniejsze oblicze i dużą dozę samokontroli. W filmie Stillera jeszcze szarżuje, przesadza i chwilami robi może o krok za daleko, jednak koniec końców – to działa. Fizycznie czujemy niepokój, który wzbudza facet od kablówki.

Advertisement

Telemaniak powstawał w czasach szczytowej popularności telewizji. Jedna z kwestii wypowiadanych przez Carreya okazuje się być prorocza: „Przyszłość jest teraz! Wkrótce każdy dom w Ameryce będzie miał zintegrowany telewizor, komputer i telefon. Będziesz mógł odwiedzić Luwr na jednym kanale i oglądać kobiecy wrestling na drugim. Zrobić zakupy bez wychodzenia z domu i grać w Mortal Kombat z kolegą z Wietnamu. Nie ma ograniczeń dla tych możliwości”. Taki stan rzeczy można było przewidzieć. Ale film Stillera, być może przypadkowo, a być może zupełnie przemyślanie, doskonale zdiagnozował przypadłość jednostki osamotnionej w świecie nieograniczonych możliwości interakcji.

Advertisement

Telewizja, a później Internet zastępowały relacje międzyludzkie. Bohater filmu jest skazany na samotność z powodu swoich przywar – mimo to ciągle szuka zrozumienia. W tym układzie postać Brodericka jawi się jako czarny charakter – człowiek zamknięty na potrzeby drugiego, skupiony tylko na sobie. Wreszcie – Carrey sportretował być może pierwszego w historii incela, zanim to określenie w ogóle powstało.

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *