Jesteśmy dostawcami przyjemności i nie mamy kasy | FILM.ORG.PL

Jesteśmy dostawcami przyjemności i nie mamy kasy








Jerzy Babarowski
28.05.2013


Kuba atakuje. Po miesiącach przepracowanych w warszawskich szkołach na nauczaniu dzieci i dorosłych i jedynie sporadycznym udziale w życiu KMFu postanowił chyba trochę poważniej potraktować swoją popkulturową misję i oto okazał się być niezwykle błyskotliwym felietonistą. Fajnie, bo jego przemyślenia są czymś świeżym i nietypowym na naszym serwisie, a w dodatku cieszą ciętym językiem. Właśnie przeczytałem jego zgrabnie zatytułowany tekst „Jesteśmy dostawcami przyjemności i chcemy robić Ci dobrze”, i o ile jego lektura przyjemności mi dostarczyła, to raczej nie zrobiła mi dobrze, gdyż, delikatnie mówiąc, nie do końca się z Kubą zgadzam.

Jestem frajerem i mam zamiar żyć z pisania, nie tylko z tego o filmach i nie tylko z publicystyki, ale z pisania w ogóle, bo znam raczej mało osób, które uprawiają je dobrze traktując jak pielęgnowane po godzinach hobby. W sumie to nikogo. Hobby to może być sklejanie modeli albo zbieranie znaczków. To są fajne hobby. Pisanie to nie hobby. A jak nim jest to się zazwyczaj kończy tak*:

W swoim tekście Kuba zdaje się mówić dwie rzeczy. Po pierwsze, utożsamia radosną, nieskażoną pogonią za mamoną publicystyczną twórczość w stylu KMFu ze szczerym, czystym i pełnym dziecięcej niewinności podejściem do popkultury. Warunkuje to niejako koniecznością posiadania normalnego zawodu w życiu, bo cóż innego byłoby w stanie zapewnić dochody potrzebne do utrzymania się i wyrosłego z pasji pisania o filmach, jeśli nie normalny zawód w życiu?

A wszyscy wiemy, że nie ma nic lepszego niż wyrosłe z pasji pisanie o filmach.

To prawda i w sumie ciężko się z tym nie zgodzić, jednak jeśli pójdzie się tym tokiem rozumowania troszkę dalej, to prędzej czy później natrafi się na pewien problem. Pierwszy redakcyjny kulturysta (wybacz Kubo, że tak tu wchodzę w Twoje życie osobiste, ale uznałem, że skoro Ty sobie na to pozwoliłeś w swoim tekście to ja mogę funkcjonować na takich samych zasadach w polemice J) ma na myśli pisanie stricte o filmach, ale pozwólcie, że rozszerzę trochę tę kategorię na „pisanie w ogóle”. Z paru powodów – pierwszy taki, że życie z pocenia artykułów o samym kinie oprócz tego, że niedochodowe, wydaje się po prostu nudne (choć co powiecie o takim Rogerze Ebercie, ha?). A drugi, że jeśli ktoś umie pisać o filmach to zazwyczaj o innych rzeczach też. Rozszerzenie kategorii wydaje się więc logiczne.

Otóż. Słyszeliście kiedyś, żeby Szekspir traktował dramatopisarstwo jak hobby? Albo Dostojewski? Dickens? Tołstoj? Joyce? A jeśli już mamy zawężać do szeroko pojętej publicystyki – Kapuściński? Wiecie dlaczego nie słyszeliście? Dlatego, że gdyby je tak traktowali, to byście o nich samych nigdy nie usłyszeli. Czas na truizm dnia, drrrrrr, fanfary: świat jest tak skonstruowany, że człowiek jest w stanie być najlepszy zazwyczaj tylko w jednej dziedzinie życia, a pisanie to profesja, której trzeba się nauczyć i pielęgnować tak samo jak zarządzanie zespołem w korporacji, kontrola użyteczności silników samolotowych czy programowanie baz danych. Tylko, że za robienie tych rzeczy jest, co jeść, a za pisanie nie. Smuteczek. Tym bardziej, że każdy pisarz jak już na poważnie wejdzie w świat kreatywności, to po to, by być najlepszy na świecie. Tak jak każdy, kto zakłada zespół, chciałby być kiedyś jak Beatlesi.

Konflikt tragiczny, jak to mówi moja dziewczyna. Jeśli chcemy coś robić dobrze to musimy robić tylko to. No nie da się inaczej. Zakładanie innego scenariusza byłoby sprzeciwianiem się przeciwko samej naturze rzeczywistości, której nikt jeszcze nie sprostał. Dostojewski, Dickens i Tołstoj byli w naszym wieku – moim i Kuby – już po pierwszych wydanych powieściach. Bo siedzieli i napierdalali. A my?

Narzekanie po raz setny na to, że polski rynek jest biedny, że debiutantów nie wydają, że prasy drukowanej się nie kupuje, że ogólnie jest ciężko, a w USA to jest super, wspaniale, a w Los Angeles pisze co drugi, jest bez sensu i nie mam zamiaru tego robić. Ale jest coś tragicznego i smutnego w tym, że jeśli w Polsce chce się pisać, to w pewnym momencie trzeba dokonać wyboru czy chce się to robić na poważnie, czy tylko udawać, nie? Kuba piętnuje tutaj wynędzniałych dziennikarzy, którzy wszędzie wciskają swoje materiały, aby tylko zarobić parę groszy na chleb, nazywając ich dziwkami portowymi. Ja tego nie robię – mam nadzieję, że nigdy nie będę musiał – ale nie jestem pewien czy zgodzę się tu z naszym redakcyjnym komiksiarzem. Czy taka postawa nie powinna raczej świadczyć o – oprócz, rzecz jasna, braku godności – poświęceniu i zaangażowaniu w swoją profesję? Nie powinna być oskarżeniem nie w kierunku tych dziwek, ale raczej systemu, który skazuje ich na taką desperację i redukuje ich pióro do statusu gorszego niż zużyty kondom? A może przeciwnie, może to świadczy właśnie o lenistwie tych ludzi, że próbują ciąć zakręty, iść na skróty i rozdrabniać się, miast pisać po prostu lepsze i sprawniejsze teksty? Szczerze mówiąc sam nie wiem i nie mam odpowiedzi na to pytanie.

Jest jeszcze ta kwestia, że Kuba ma luksus pisania z perspektywy człowieka o wielu talentach: pisarskich i pedagogicznych. To bardzo ułatwia i zmienia perspektywę. Ja nie jestem człowiekiem o wielu talentach, a już na pewno nie pedagogicznych. Gdybym stanął przed klasą rozwrzeszczanych dzieci to najpierw bym nie wiedział, co powiedzieć, potem wpadł w panikę i zaczął tłuc głową o tablicę, a następnego dnia przyszedł z bronią i wszystkie bachory powystrzelał. A poza tym…

No właśnie.

Ale nie zrozumcie mnie źle: Kuba w swoim wywodzie ma rację, mi się po prostu wydaje, że pokazuje jedynie wycinek problemu, który jest najbliższy jemu i jego życiu. Całe szczęście, że serwisy pokroju KMFu są i będą, i że są tu ludzie, którzy nie muszą się martwić o kasę i mogą się bez obaw skupić na tym, co najbardziej kochają, aby „dostarczyć nam przyjemność i zrobić nam dobrze”. Ale na dłuższą metę tak się nie da. Po prostu. To broń Boże nie jest żadna reguła, a po prawdziwych ludzi-orkiestry zapraszam do branży gier komputerowych. Taki Adrian Chmielarz oprócz pisania zajebistych tekstów na blogu (po angielsku) jeszcze programuje, zajmuje się grafiką i komponuje fabuły do swoich produkcji, o rzeczach związanych z marketingiem nie wspominając…

Po drugie, Kuba w swoim tekście pisze o Internecie i wyraża wiarę w to, że będzie on w stanie bez trudu zapełnić niszę po zdychającej prasie drukowanej, oferując podobny poziom. Nie uważam tak, a przynajmniej nie wierzę, że tego rodzaju przemiana będzie możliwa w aktualnie funkcjonującym modelu biznesowym. Internet już nie musi niczego udowadniać, okazał się wspaniałym i wolnościowym narzędziem tak dawno temu, że dziś kwestią krótkiego czasu jest, by prasa z półek zniknęła prawie w całości. To nie jest ani dobre ani złe; to po prostu ewolucja. Problem w tym, że o ile w prasie drukowanej są marne grosze o tyle w Internecie nie ma ich na razie w ogóle. Skąd niby ma się brać poważne, high-endowe dziennikarstwo – filmowe czy jakiekolwiek – skoro medium jego przyszłości nie oferuje jego adeptom chleba za pracę? Mam ostatnio wrażenie, że nasze pokolenie trafiło w cholernie niewygodny okres przejściowy, gdy druk umiera, a Sieć jeszcze nie rozwinęła się wystarczająco, aby stanowić normalną drogę kariery. To się zmieni, bo to się musi zmienić, a stary model się zwinie i wrzuci do kosza na śmieci. Ale jeszcze nie teraz. Miejmy nadzieję, że za parę lat wirtualne redakcje będą wynagradzały swoich redaktorów tak jak kiedyś „Film” czy „Cinema”. Ale dopóki nowy porządek się nie wytworzy, nasza pasja musi nam wystarczyć.

Sorry, że was tak dzisiaj bombarduję linkami, jeszcze tylko jeden. Pozwólcie, że na koniec oddam głos Davidowi Simonowi, twórcy kultowego serialu The Wire, który gdzie jak gdzie, ale na KMFie jest naprawdę uznawany za najlepszy serial świata. Mówi o reportażu i dziennikarstwie śledczym, ale sądzę, że jego słowa można równie dobrze zastosować do publicystyki filmowej. Mam wrażenie, że wszystko, co ja chciałem przekazać, on jest w stanie o wiele głębiej i bardziej elokwentnie:

*Żeby było jasne: nie mam nic przeciwko takim kursom. Dzięki Bogu, że są i przynajmniej próbują – choć wciąż nieśmiało, nieumiejętnie i trochę ułomnie – sprawić, że pisanie zacznie być w tym chorym kraju postrzegane jak normalna droga kariery. Może kiedyś trochę zbliżymy się pod tym względem do USA, a tę http://www.youtube.com/watch?v=4uH_YuJe-x4 reklamę odbierzemy na trochę innym poziomie niż dotychczas. Chodzi mi raczej o to, co się dzieje z ludźmi, którzy chcieli pisać, ale nigdy nie mieli odwagi by zająć się tym na poważnie.

Rodia

Nieznoszący wszystkiego, w równym stopniu nienawidzący bezmózgiej amerykańskiej papki jak i pretensjonalnych artystycznych smrodów, nie trawiący remake'ów, adaptacji i wszelkiego rodzaju przeróbek czegoś, co już było, cierpiący na widok kondycji współczesnego kina, rzygający na widok chciwości amerykańskich producentów, święcie wierzący w ambitne kino środka, odrodzenie Hollywood i w spektakularność nie wykluczającą głębi przekazu fan science-fiction, czarnego kryminału, Dostojewskiego, smutku i mroku w każdej postaci i wieczny narzekacz. Również nierób, wałkoń i śpioch.






  • Pingback: Jesteśmy dostawcami przyjemności i chcemy robić Ci dobrze | Film.org.pl()

  • Jakub Koisz

    Za dużo informacji ujawniasz o mnie, przez co nie jest merytorycznie, ale osobiście, jednak… spodziewałem się. I masz rację w wielu sprawach, ale wracając do przykładu sprzedawania tekstów na siłę – znam takie osoby. I zdarzało się, że sprzedawały ten sam tekst kilka razy. To nie praca. To nie pasja nawet. To opier*alanie kolby.

    • Jerzy Babarowski

      Spodziewałeś się polemiki od oburzonego, który się poczuł pokrzywdzony? :) Nie chciałem, żeby było osobiście, po prostu pomyślałem, że Twój „dzienny” zawód ma tutaj niebagatelne znaczenie. Jeśli za dużo powiedziałem to przepraszam.
      No cóż, ja nie znam takich osób, za płytko siedzę w tym świecie, ale chyba nie chcę ich znać. I mam nadzieję, ze sam się taki nigdy nie stanę :)

      • Krzysztof Bogumilski

        No niestety , wierszówka i pogoń za wszelkimi możliwościami zarobku, definiuje niejako polskich dziennikarzy filmowych. Przynajmniej tych młodych, bo ich dane mi jest od wielu lat z boku obserwować. Widzę, jak kombinują, żeby coś podłapać. Na własną rękę jeżdżą na festiwale filmowe, licząc, że później różne redakcje kupią od nich teksty, na tychże festiwalach (i poza
        nimi, już telefonicznie) polują na filmowców, w nadziei, że ktoś później kupi wywiad. Ci, którym się poszczęściło, robią gdzieś na etat, mają nieco lepiej, im się już podsuwa tematy i rozmówców, pozostali są skazani na ciągłe pukanie do różnych drzwi z tekstami i wykazywanie się własną inicjatywą. To już trzeba lubić, mieć do tego odpowiedni charakter, liczyć się z tym, że będą miesiące słabsze i gorsze. Ale jeżeli komuś to nie straszne, widzi się w tego rodzaju pracy, to
        czemu nie.

        Dodam tylko uzupełniająco, że wirtualne redakcje jak najbardziej nagradzają finansowo autorów, trzeba po prostu pisać dla odpowiednich redakcji… ;)

        • Jerzy Babarowski

          Wiem. Ale mało. Utrzymaj się z tego. Powodzenia :(

          Swoją drogą, Krzysztofie – czego dowodzi to, co piszesz? Że ci młodzi dziennikarze to dziwki portowe? Że tak kombinują to znaczy, że są sami sobie winni czy po prostu próbują przetrwać robiąc to, co kochają? Czy że polska specyfika tej branży jest chora? Czy i to i to? Bo nie wiem :)

          Poza tym i tak wszyscy wiemy, że mieszkasz sobie w mlekiem i miodem płynącej UK, więc już się nie mądrz! :P

          • Krzysztof Bogumilski

            Ja o dziwkach portowych nic nie pisałem. Uważam to za dość
            niesprawiedliwe i niezręczne porównanie. Chciałem tylko nieco zarysować realia,
            bo mam wrażenie, że masz nieco wyidealizowane wyobrażenia o tychże, tudzież
            niewiedze odnośnie pewnych spraw ;) Jak napisałem, jeżeli komuś, po dodaniu
            plusów i minusów (a o tych pierwszych się nie rozpisywałem, ale myślę, że mniej
            więcej wiadomo, co tak mogłoby się znaleźć), wychodzi, że mu to odpowiada, to
            tym lepiej dla niego. A polska specyfika jest ogólnie chora, nie tylko w tej
            branży ;)

          • Jerzy Babarowski

            Kuuurna, ja nie mam żadnych wyidealizowanych wyobrażeń, dlaczego wszyscy mi to powtarzają? :P To jest naprawdę proste – albo traktujesz coś poważnie albo nie. Albo siedzisz cały dzień i napieprzasz albo robisz to wieczorami. Proste. Ale przecież o nic nie oskarżam tych drugich – jeśli inaczej się nie da to lepiej pisać w ten sposób niż wcale, prawda? Moja polemika dotyczyła raczej niezgody na gloryfikację tych drugich i demonizację pierwszych, jaką zrobił Kuba w swoim tekście. I tyle. Jak najbardziej jestem w stanie zrozumieć, że komuś takie życie o jakim napisałeś wyżej może nie odpowiadać, ale jeśli tak to ciężko spodziewać się po nim, że coś więcej kiedyś w tym osiągnie. Co też – podkreślam – nie jest żadną regułą. Raczej normą.

            A potem się wszyscy dziwią, że w Polsce nie powstają dobre scenariusze i się fikcji nie pisze. No ciekawe ku*wa czemu.

        • Enigma

          Drogi Krzysztofie, w pełni popieram Twój wywód. Z mojego doświadczenia (jednak) wynika, że wirtualne redakcje bardzo niechętnie wynagradzają swoich autorów. Od dłuższego czasu współpracuje (z niby markową i szanowaną) spółką wydająca prestiżowy magazyn „Art&Business”. W swoim portfolio mają oni też portale ArtBiznes.pl, SjakSztuka.pl i ARTIFAKT.PL. Pisze sie dla nich teksty, wyszukuje po całym Internecie bezpłatne zdjęcia w odpowiedznich rozmiarach (co jest nie lada robotą), inwestuje na własną rękę w sprzęt i materiały, ale o pieniądzach „cisza jak makiem zasiał”. Za to atmofsfera w samej redakcji jest bardzo przyjemna i to chyba jedyny plus.
          Jeśli jesteś skłonny – podziel się z nami jakież to redakcje palą się do tego by godziwie wynagradzać swoich współpracowników.

          • Krzysztof Bogumilski

            No o godziwym nagradzaniu to ja nic nie pisałem, nie znam dokładnych sum, bo nikomu do wypłat nie zaglądałem, ale nie bez powodu większość recenzentów „kupczy” na lewo i prawo. ;)

          • ENIGMA

            Dokładnie! Krzysztofie – bez „kupczenia” w dziennikarstwie kulturalnym profitów nie ma. W miarę spokojny o swoją przyszłość mogą być tylko Ci, którzy mają stałe etaty w Onecie, Wp.pl, FilmWebie, Gazecie Wyborczej, Dznenniku/Gazecie Prawnej, Kinie czy w różnej maści tygodnikach opinii. Ale to- jak zapewne wielu z Was wie – zamknięta kasta do której możecie się dostać mając gigantyczne szczęście lub (co bardziej prawdopodobne) bardzo dobre kontakty środowiskowe. Tylko w tego typu redakcjach płacą prawdziwe pieniądze.

            Z pisania utrzymać się jest bardzo ciężko. Najlepszą opcją jest stała współpraca z wypłacalną redakcją (która zobowiązuje cie do kilku recenzji w miesiącu lub 2-3 felietonów) i regularne pisanie dość poczytnych książek (przy czym Twoje literackie wypociny muszą się sprzedać w granicach minimum 7-10 tysięcy sztuk – by mozna było mówić o przyzowitym zarobkowaniu).

            Niestety sektor kultury jest w Polsce absolutnym marginesem (w tym szeroko rozumiane dziennikarstwo kulturalne) i jak na razie nie zanosi się na to by coś w tej kwestii miało się zmienić.

          • Jerzy Babarowski

            Niestety przyznaję Ci 100% racji i hej – dzięki za rozjaśnienie paru kwestii i wskazanie kilku tytułów, przyda się :)

          • Enigma

            Proszę:) Ale chyba TY (lub ktoś inny na tym forum) pojechał za daleko z pisaniem poezji i życiem z tego. W Polsce to absolutnie nierealne, gdyż nakład tomiku wierszy to od 300 do 500 sztuk, którego wydanie autor (przeważnie) finansuje z własnej kieszeni. Efekt? Dużym sukcesem jest sprzedaż choćby 30% tego nikłego nakładu. Poezji w Polsce od dawna nikt nie czyta. Nad czym ubolewam.

            Na rozsądne nakłady tomików poetyckich mogą liczyć tylko takie nazwiska jak Wisława Szymborska, Ewa Lipska, Bohdan Zadura czy Julia Hartwig.

            Jeśli zaś idzie o życie z dziennikarstwa kulturalnego to jak wspominałem rzecz niemal niemożliwa. Od dłuższego czasu ten światek kręci się wokół kilkunastu (lub dosłownie kilkudziesięciu nazwisk), które często w pracują w kilku redakcjach jednocześnie (często inkasując przyzwoite sumy i skutecznie blokując dostęp do zawodu innym spoza „środowiska”). Nie będę Wam tu ich wymieniać, by nie narazić się na jakieś reperkusje.

            Jeżeli zaś idzie o życie z pisania i tworzenia literatury to w Polsce jest to bardzo ciężkie, ale nie niemożliwe. Trzeba tu brać pod uwagę kilka podstawowych zmiennych jak poziom czytelnictwa w Polsce (dość niski) oraz niektórym mało znany fakt, iż na rynku mamy wiele nie do końca uczciwych wydawnictw, które zalegają z wypłatami bądź nie rozliczają się ze swoimi autorami.

            Jednak jeśli macie szczęście trafić na dobrego wydawcę oraz sprzedajecie minimum 7-10 tysięcy książek to drzwi do życia opartego na „machaniu piórem” stoją przed Wami otworem.

            Jednak jeśli macie ambicje tworzyć literaturę pokroju Phillipa Rotha, Joyce Carol Oates, Sandora Maraia czy Dona DeLillo to o życiu z pisania w Polsce zapomnijcie. W naszym kraju dobrze sprzedająca się literatura to wszelkiego rodzaju kryminały, szeroko rozumiana fantastyka (w tym również horror), powieści obyczajowe i romanse.

            Z ambitnej literackiej półki mamy tylko kilka liczących się nazwisk jak Jerzy Pilch, Joanna Bator, Jacek Dehnel, Olga Tokarczuk, Janusz Głowacki, Krystyna Kofta, Sylwia Chutnik czy Paweł Huelle. Jednak ich nakłady są efektem „dobrej pracy środowiskowej” (ułatwiającej promowanie, ilość recenzji etc.) oraz liczne nagrody i wyróżnienia jakie zdobyli. Nie muszę wspominać, iż kilka z powyższych nazwisk od czasu do czasu publikuje też coś w prasie drukowanej.

            Natomiast jeśli ktoś chce żyć z literatury popularnej to musi pisać kryminały, fantastykę lub powieści obyczajowe. Na polskim mamy kilku autorów, którzy nawet w obecnych czasach radzą sobie nieźle: Jakub Ćwiek, Małgorzata Kalcińska, Katarzyna Grochola, Stefan Darda, Rafał Kosik, Katarzyna Bondy, Joanna Chmielewska, Małgorzata Musierowicz, Tomasz Jastrun (ten dodatkowo pisze i współpracuje z TV), Jakub Żulczyk (publikuje też w prasie), Łukasz Orbitkowski ( też publikuje w prasie), Andrzej Pilipiuk, Jacek Dukaj (też publikuje w prasie), Andrzej Sapkowski, Magda Parus. Wielu z nich ma własne strony internetowe lub administruje forami dla przyszłych adeptów pisarstwa. Jeśli ktoś chce poznać branżowe ABC… to polecam również spróbować się z nimi skontaktować i tyle.

          • Deina

            Jakub Ćwiek był wiele lat temu w KMF, także dobrze zaczynasz Rodia;)

          • Jerzy Babarowski

            :D

          • Jerzy Babarowski

            Kurna, gdybym mógł 2 razy lajknąć ten post to bym to zrobił :)

      • Jakub Koisz

        Luzik i redakcyjna graba. Dla mnie taka dyskusja na forum jak najbardziej przyjemna i potrzebna. Plus, obaj się poczuliśmy dzisiaj zmotywowani, aby szybko i na gorąco, z wypiekami na twarzy, skleić tekst, a to już malinowo.

        • Jerzy Babarowski

          :)

  • Kazik

    Ale to są jakieś brednie zupełne. „Druk umiera” W ostatecznym rozrachunku wolę felieton Kuby bo jest JEDNAK o wiele bardziej wypośrodkowany. Zobacz, ile jest saloników prasowych? Ile jest wciąż wydawanych tytułów. I ludzie –
    O ZGROZO! Wystąpiły Ci już siódme poty?Czy dopero szóste? – ludzie wciąż te tytuły kupują. To prawda, znika wiele pozycji, ale czego to dowodzi? Znika słabszy, zostaje ten lepszy. Próbujesz wykazać wyższość internetowych serwisów bo to w nich publikujesz swoje felietony a nie w prasie? Więc prasa ma zdechnąć bo tam Cię nie chcą? Spokojnie. Aha i jeszcze chcesz, żeby ktoś płacił Ci za to co piszesz. Oczywiście, szansa na to aby twój cel się ziścił istotnie zależy od w miarę szybkiego „zdechnięcia” druku. Generalnie Ty i Tobie podobni jesteście jak te dzieci we mgle. Tak się bowiem „niestety” składa, że wszelkie, powtarzam, wszelkie serwisy internetowe korzystają z serwisów prasowych aby mieć o czym pisać. Stąd prosty wniosek, że jeżeli prasa drukowana zdechnie, zdechną też internetowe newsy. Pozostanie co najwyżej facebook. Nie wiedziałeś o tym? Mam zatem dla Ciebie bardzo smutną wiadomość. Druk przetrwa a ty pozostaniesz na zawsze dziennikarzem amatorem. Ostatecznie zawsze możesz wysłać swoje CV, ewentualnie nauczyć się po prostu pisać.

    • Jerzy Babarowski

      Ty się weź lepiej naucz czytać.

    • eh

      Jesteś idiotą.

    • Marek

      Dokładnie. Druk nie umrze nigdy – tak samo jak kina mimo rozwoju internetu. A wyłącznie w internecie produkują się ludzie, którzy – przepraszam, ale muszę to napisać – po prostu nie umieją pisać poprawnie dłuższych tekstów. ja sobie mogę prowadzić bloga, ale jako hobby. Natomiast prawdziwy talent objawia się w prasie drukowanej. Czemu? Bo 90% użytkowników internetu nie zwraca uwagi na błędy. Tzn. nie wiem, czy dokładnie tylko, ale chyba wiecie, o co mi chodzi.

      • Jerzy Babarowski

        Upraszczasz, głównie nie masz racji i masz ją tylko w niewielkim stopniu. Czy druk umrze czy nie umrze – nie podejmuję się stwierdzić. Są przesłanki i ku temu i ku temu. Ale nie wyobrażam sobie, żeby w ciągu paru następnych lat nie został wyparty choćby w większości. I ludzie, którzy nie umieją dobrze pisać dłuższych tekstów udzielają się tylko w Internecie? W druku też się udzielają tylko nikt ich nie publikuje albo co gorsza… publikuje :) Bloga można prowadzić jako hobby a można też – pewnie Cię to zdziwi – żyć z niego. I są ludzie, którzy z nich żyją całkiem nieźle. I tylko z nich.
        Nie zgodzę się też, że 90% internautów nie zwraca uwagi na błędy, bo na pewno jest to mniej. Podobnie można też zresztą powiedzieć o druku – przeciętny czytelnik olewa literówki.
        Oczywiście prawdą jest, że GENERALNIE poziom profesjonalizmu i warstwy językowej w mediach drukowanych wciąż jest wyższy niż w Internecie, ale to zasada, od której można znaleźć trochę wyjątków, a ZWŁASZCZA w dziedzinach kulturalnych jak muzyka, film czy gry. Sobie porównaj „Teraz Rocka” i serwisy jak porcys czy screenagers albo – coby nie szukać daleko – zdychający „Film” i KMF na fali :)
        Bo w necie jest coś czego media drukowane nie miały i nie będą mieć nigdy – wolność, brak ograniczeń ideologicznych i miejsce do ambitnego łączenia tematów i motywów, na który czasopisma nigdy nie będą sobie mogły pozwolić ze strachu, że czytelnicy nie zrozumieją i nie kupią numeru, ot co.
        Pisarski Internet przegrywa z drukiem tylko pod jednym względem – pisarzom w necie płaci się grosze. I to jest tak naprawdę jedyna bariera ku temu, żeby Sieć stała się prawdziwym medium dziennikarskiej kultury. Bo talentu i ludzi do tego jest w brud :)

  • Skowron

    Kopernik – lekarz,
    Regan – aktor,
    Da Vinci – „łoboże”, czym on nie był?

    Podanie kilku wybitnych nazwisk (np. Dostojewski) nie jest żadnym dowodem na tezę. Wielu ludzi, uznawanych teraz za wielkich, swoje dzieła stworzyli „na boku”. Wielu miało „normalne” zajęcia i dopiero w pewnym momencie życia zauważyli swój talent, rozwinęli, stworzyli arcydzieła i można powiedzieć, zajęli się swoimi pasjami zawodowo.
    Kuba nie pisze o jednostkach wybitnych tylko o zwykłych szaraczkach klepiących wierszówki. Tacy ludzie będą odchodzić wraz z agonią prasy drukowanej bo okazuje się, że nikt ich nie potrzebuje. Przecież podobne rzeczy można znaleźć w internecie; Nierzadko lepsze, ciekawsze i napisane przez pasjonata danej dziedziny (a nie tylko pasjonata kina, albo po prostu pasjonata pisania).
    Temat dotyczy filmów czyli rozrywki a nie jakieś twardej prasa fachowej (typu Lancet), która nigdy nie zniknie.

    Patrząc z szerszej perspektywy uważam wypieranie papieru przez internet za zjawisko pozytywne. Ludzkość wystarczająco się nabiedziła z nieobiektywną, sterowaną prasą przez poprzednie stulecia.
    Przed internetem, prasa drukowana była masową właścicielką dusz i umysłów. Narzucanie swoich poglądów, sterowanie informacjami, pisanie na zamówienie – wszystko to nadal tkwi w każdym drukowanym czasopiśmie czy gazecie. Kultura i film nie są inne. Skażenie nierzadko jest tu większe.

    W pewnym momencie jednak pojawił się internet. Wszystkie informacje pojawiające się w artykułach mogą być od razu skomentowane. Fałsz i błędy wychwytywane są błyskawicznie. Papier potrafi wiele znieść; internet już taki nie jest. Dzięki temu własność informacji przeszła od klepiących wierszówki pismaków do ostatecznych odbiorców sztuki. Do odbiorców zatem należy ocena czy coś jest dobre czy nie. Autor już nie jest w stanie ostatecznie narzucić swojej interpretacji. Grupa konsumentów może się zgodzić z autorem ale nie musi.
    Czyż to nie jest piękne, że w tej chwili nie jakiś naczelny tylko ja, czytelnik, decyduję o tym co będzie napisane w KMFie?

    Jak ktoś chce żyć z pisania to proszę bardzo ale ostrzegam: ktoś inny musi chcieć to czytać i za to zapłacić. Jak nie, to tylko mieć nadzieję, że ministerstwo kultury uzna taką prasę za coś tworzącego wartości narodowe i zacznie ratować endoprotezami, tak jak to robi teraz wobec opery albo skansenów. Nie oszukujmy się: Prasę filmową napędzał popyt na informacje dostępne teraz w internecie a nie fachowe analizy filmoznawców.

    p.s. Pisanie to może być hobby. Często bardzo dochodowe. Nawet nie chce mi się zaczynać wypisywać setki nazwisk wielkich ludzi, którzy nie zajmowali się pisaniem zawodowo a robili to świetnie (wydając ciekawe pamiętniki, listy, itd).

    • Kazik

      Prędzej znikną wszystkie twoje pasje niż prasa drukowana. Trzeba się naprawdę źle czuć, za przeproszeniem, żeby upracie wieścić upadek prasy drukowanej i cześć z was pisze o tym TYLKO
      I WYŁ|ĄCZNIE dlatego, że publikujecie w necie a nigdzie indziej, przez co wasze wywody mają po prostu ZERO wiarygodności. Bronicie, BA! wywyższacie wręcz wasze sieciowe poletko nad to co ukazuje się drukiem.
      Radzę więcej pokory również wobec swoich możliwości bo póki co, wciąż to co ukazuje się w prasie jest na niebo wyższym poziomie niż to co publikowane jest w sieci i jeszcze długo ten podział będzie istniał.
      Kioski, saloniki prasowe, empik – Nie masz oczu? Żyjesz sobie w jakimś własnym iluzorycznym pustym świecie? Idz do empiku i powiedz szefowi, że niedługo to miejsce zostanie zamknięte, następnie wybierz jedną z możliwości odzewu – a) dostanie w mordę, b) śmiech i wyprowadzenie ze sklepu, c)wezwanie karetki i odwiezienie w kaftanie bezpieczeństwa, przyszły geniuszu.

      Raz jeszcze powtarzam, że wszystkie serwisy internetowe korzystają z serwisów prasowych a nie na odwrót. To raz. A dwa, NIE, prasę filmową napędzała chęć poczytania o filmie a nie informacje, co, gdzie, kiedy.

      I jaką ty masz władzę nad tym co ukaże się w KMF? Możesz zamieścić swój wywód i na tym koniec a ostateczną decyzję podejmuje i tak właśnie redaktor naczelny. Mało tego, twoją pisaninę można w każdym momencie wykasować i co wtedy? Gdzie wtedy pojawi się twoja cudowna wolność? Przypniesz się kajdankami do drzwi każdego z redaktorów?

      Dodatkowo wg mnie naprawdę bardzo dużym ryzykiem jest kłucie w oczy waszych czytelników, banerem pt „Nie mamy pieniędzy” Naprawdę, nie daje się takich tytułów. Przekonacie się, że zachowując się w ten sposób nigdy tych pieniędzy nie będziecie mieli.

      • Skowron

        Witam i odpowiadam.

        To fakt, że z agonią prasy drukowanej przesadziłem bo ona nie umrze. Chyba jednak nie ma co się spierać; Druk aktualnie ustępuje pola temu co się pojawia w internecie.
        Nie do końca też rozumiem tej fetyszyzacji papieru jako wyższej wartości. Dla mnie to tylko medium. Liczy się myśl a nie nośnik. Myśl jest wartością abstrakcyjną i jeżeli ktoś ma zamiar zapłacić za artykuł to w pierwszej kolejności płaci za treść, którą niesie; Nie za rozwiązanie techniczne (papier, internet, czytnik itd.).
        Z drugiej strony zgadzam się. Jeżeli coś ma się ukazać w druku to siłą rzeczy nakłady na stworzenie papierowej wersji są wyższe. Żeby utrzymać odpowiednią stopę zwrotu wydawca musi zadbać o jakość. To daje potencjalną przewagę klasycznego druku.
        Problem tutaj jest taki, że dyskutujemy o filmach czyli rozrywce. Tutaj jakość wcale nie jest wartością pierwszorzędną. Nie potrzebuję czytać mądrych wywodów pana redaktora na temat przeciętnego popkornowego patrzadła. Wystarczy, że wejdę na KMF i mam wszystko co potrzebuję + odnośniki + multimedia i jeszcze garść komentarzy (nie zawsze głupich, nie zawsze mądrych). Internet jest po prostu lepszym medium. Dlaczego nie umieszczać myśli tutaj?
        Nie neguję ani bagatelizuję saloników prasowych, empików i tak dalej. Są wszystkie wypełnione mądrymi, błyskotliwymi ludźmi gotowymi płacić za jakość. Ciągle jednak przypominam, że tematem jest rozrywka. Dla odbiorców są naprawdę ważniejsze rzeczy w życiu i są w stanie przełknąć pewne niedoskonałości warsztatowe.

        Tak się tylko przyczepię jeszcze do tego: „Raz jeszcze powtarzam, że wszystkie serwisy internetowe korzystają z serwisów prasowych a nie na odwrót”. Rozumiem, że KMF nie ma własnego serwisu prasowego. Domyślam się, że twórcy artykułów czytają czasem jakieś fachowe, papierowe gazety (czy zawsze). Dla mnie to tylko kwestia kanałów informacyjnych.

        I jeszcze co do moich wywodów i KMFu. Jak ktoś mój wywód skasuje to go mogę zamieścić gdzie indziej. Mogę też stworzyć swój KMF i tam zawiesić złote myśli. Zrobię to za grosze. Oto moja wolność. Tobie artykuł nie przejdzie do prasy drukowanej chociaż może jest genialny. Co w tym wypadku zrobisz? Sam założysz gazetę? Czy może jednak znajdzie się to w sieci? A może się obrazisz i nie podzielisz się z nikim czekając aż mądrzejsi ludzie podrosną?

    • Jerzy Babarowski

      Podaj ich pięć. Pięć przykładów takich ludzi. I nie, nie takich co napisali ciekawe pamiętniki czy listy. Napisać ciekawe pamiętniki i listy to każdy może, moja babcia pisała ciekawe listy. Podaj 5 przykładów pisarzy, którzy pisanie traktowali jako hobby i wydali POWIEŚCI, które zostały docenione i zyskały rozgłos i pisanie nie stanowiło dla nich sensu życia.
      W sumie poetów też możesz :)
      Z resztą się zgadzam i podpisuję obiema nogami. Poza pierwszym akapitem, który odnosi się do ostatniego. Se możesz podawać Reagana, o którym jako o aktorze nikt nie pamięta, ale taki De Niro to już nie był na boku urzędnikiem, co? ;> Zresztą mi chodzi stricte o pisanie, bo ze wszystkich sztuk pisanie mam wrażenie jest tą, która może absorbować najbardziej.

      „Czyż to nie jest piękne, że w tej chwili nie jakiś naczelny tylko ja, czytelnik, decyduję o tym co będzie napisane w KMFie?” – masz pośrednio rację, ale to nie jest do końca tak i nie, to nie jest zawsze wcale takie dobre jak by się wydawało… :)

      • Skowron

        Cześć.
        POWIEŚCI. Czy nie da się tego napisać bardziej wytłuszczonym drukiem?
        Dlaczego traktujesz powieści jako najwyższą forma słowa pisanego?
        Nie czytałem „Filmu”. Czy tam były zamieszczane powieści?
        Dla mnie jest to równoważna forma jak pamiętniki, dzienniki, wierszyki, (o zgrozo) listy i tak dalej. Liczy się myśl i przesłanie jaką dana treść niesie. Np dzienniki Kisielewskiego są dużo bardziej wartościowe niż jego powieści.
        Czemu piszesz lekceważącym tonem o swojej babci ? :)
        Kontekstem całej dyskusji są filmy rozrywkowe a te powstają podstawie powieści ale też listów, pamiętników, artykułów, obrazów, bajek ….

        Co do sensu życia to wydaje mi się, że nie wierzysz, że w naszym świecie możliwe jest bycie tzw. człowiekiem renesansu. Może to wcale nie jest takie trudne znać się na czymś i jeszcze dobrze pisać. Np. idąc tropem wielkich nazwisk Churchill dostał Nobla z literatury nie za to, że był dobrym pisarzem tylko za to, że znał się na czymś innym i potrafił to doskonale opisać. Pisanie było pochodną zupełnie innego talentu. Zawodowy pisarz, który się na niczym nie zna, ciągle potrzebuje inspiracji; Ciągle potrzebuje coś wymyślić.. Męczy się i stęka jak Barton Fink albo Hłasko i próbuje coś wydusić spod tego pióra.

        Co do mojego „Czyż to nie jest piękne …” to przyznaję się do prowokacji i przepraszam :)

        Wrócę do nazwisk to nie jestem przygotowany do celnych przykładów autorów powieści. Wiem, że wielu miało zupełnie inne zawody zanim „wypłynęli”… np Sapkowski.

        Z nazwisk co mi się kojarzą o tej porze nocy:

        Ksiądz Twardowski – z zawodu ksiądz (wiersze)
        Król Jan III Sobieski – z zawodu król (jego listy to nadal niedościgniony wzór epistolografii)
        Janusz Korczak – z zawodu lekarz

        Pozdr

        • Deina

          „z zawodu król” mnie rozbroiło:D

        • Jerzy Babarowski

          Jasne, że można być człowiekiem renesansu. Problem w tym, że w momencie, gdy pojawia się sztuka i ktoś postanawia się nią zająć bycie tym człowiekiem renesansu się staje nagle o wiele trudniejsze. Bo sztuka – żeby była dobra i nie trąciła grafomanią – wymaga poświęcenia i czasu. Bo musisz stworzyć swój własny, oryginalny styl, a to wymaga prób i błędów, prób i błędów, prób i błędów. Pisania/nagrywania muzyki/robienia filmów, uświadamiania sobie, że to wszystko jest do dupy i zaczynania od początku. Wielcy artyści to nie są ludzie, którzy są jacyś szczególnie bardziej inteligentni od nas – często jedyna różnica polega na tym, że poświęcili temu co robią odpowiednio dużo czasu i odpowiednio wiele razy podnosili się z ziemi, gdy się wydawało, że są pokonani. To wszystko.

          W dodatku mówimy tu jeszcze o pisaniu, czyli takiej dziedzinie, która ze wszystkich sztuk absorbuje chyba najbardziej, wymaga najwięcej pracy, najwięcej wyrzeczeń, którą uprawia się w samotności, a więc pisarz staje się jakimś patologicznym typem pustelnika, a do tego oferuje (zwłaszcza w naszym kraju) najmniej nagród za Twój trud, tak prestiżowych jak i finansowych.

          Malować to se faktycznie możesz po godzinach, robienie zdjęć jest modne, aktorstwo co jak co, ale nie wymaga tyle pracy, a reszta zawodów związana z filmem – z reżyserią włącznie – może i wymaga wiele pracy, ale za to wykonywanie jej jest o wiele bardziej pozytywne, bo robi się to z innymi ludźmi, a do tego reżyser może sobie patrzeć na te wszystkie śliczne aktorki :) Zresztą świadczy o tym fakt, że wielu aktorów uprawia malarstwo, wiele wokalistek gdzieś gra albo też maluje i generalnie w światku artystycznym często występują różne kombinacje tych dyscyplin.

          Jedyna sztuka, która mi przychodzi do głowy wymagająca równie dużo wyrzeczeń co pisanie to granie na jakimś instrumencie, ale ten zawód wiąże się z kolei z o wiele większym prestiżem i większą kasą. No i raczej rzadko się słyszy o jakimś pianiście czy kompozytorze, który w wolnych chwilach robi sobie co innego, prawda? :)

          Oczywiście nie twierdzę, że powieść to najlepszy gatunek, zapodałem go dlatego, że jest mi najbliższy i zawsze najłatwiej było mi przekazać o co mi chodzi właśnie w nim. Więc spoko – jeśli ktoś uważa listy, dziennikarstwo lub pamiętniki za poważną literaturę to faktycznie można ją pogodzić z innymi dyscyplinami. No, jeszcze poezję czasem, bo ona nie wymaga tylu poświęceń.

          Ale dla mnie poważna literatura ogranicza się do dwóch jej rodzajów: prozy i poezji. Może jeszcze niektórych odmian lit. faktu czy dziennikarstwa. Ale to wszystko. I, wyłączywszy poezję, sądzę, że którykolwiek z tych rodzajów literatury uprawiasz to zwyczajnie nie masz czasu robić nic innego (jeśli chcesz, żeby to było dobre :)). Bo we wszystkich tych gatunkach tworzysz od nowa swój własny świat, który musisz uwiarygodnić i zasiedlić pełnokrwistymi bohaterami. A na to – z czysto ludzko-fizycznych przyczyn – potrzeba czasu.

          Więc nazwiska, które podałeś zupełnie mnie nie przekonują bo raz, uprawiali jednak lit. „mniej” poważną, a dwa – to nie są ludzie, którzy zapisali się w tej literatury historii zapisali, bo byli raczej znani z innych rzeczy. Jasne, ksiądz Twardowski pisał piękne wiersze, ale czy za 50, 100 lat ktoś będzie o nich pamiętać? A takiego Tuwima czyta się do dzisiaj.

          A Sapkowski kiedyś sprzedawał futra, ale jak już zaczął pisać to tylko pisał :)
          John D. Rockefeller też napisał kiedyś wiersz, czy to oznacza, że jest człowiekiem renesansu? :P

          Zgodzę się natomiast, że czasem dobre pisarstwo nie tyle bierze się z talentu ile ze stopnia znajomości i wgłębienia w dany temat, który potem trzeba tylko opisać. Dlatego tak dobrze sprzedają się wspomnienia różnych figur publicznych, które się czymś wsławiły. Nie zmienia to jednak faktu, że większość z nich jest pisana przez ghost writerów :P Taki pisarz co tylko siedzi w domu i pisze często kończy tworząc fantastykę, bo nie musi do niej nic wiedzieć. Pewnie mnie to czeka :P

          To jest niestety ten odwieczny dylemat – ważniejszy talent czy znajomość jakiegoś zagadnienia? Najlepiej jest jak się ma to i to :)

          W „Filmie” z tego co wiem powieści nigdy nie były zamieszczane, a o swojej babci wcale nie pisałem lekceważąco – tylko, że pisała ciekawe listy :P






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Jesteśmy dostawcami przyjemności i chcemy robić Ci dobrze

Następny tekst

6 kul



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE