Zestawienie
8 cieszących się wyjątkowo ZŁĄ SŁAWĄ remake’ów KULTOWYCH HORRORÓW
Remake horroru nie musi być zły? Oto osiem remaków klasycznych (i często kultowych) horrorów, które z różnych powodów dorobiły się wyjątkowo złej sławy.
Remake horroru nie musi być zły tylko dlatego, że powstał po kultowym oryginale. Problem zaczyna się wtedy, gdy nowa wersja nie znajduje własnego pomysłu na materiał albo nie rozumie, dlaczego pierwowzór zapisał się w historii gatunku. Hollywood ma na koncie dziesiątki takich przypadków: niektóre próbowały bezmyślnie kopiować klasykę, inne przesadnie ją unowocześniały, jeszcze inne zmieniały charakter historii do tego stopnia, że znikał jej pierwotny sens.
Psychol (Psycho, 1998)
Gus Van Sant postanowił zrobić coś, czego większość reżyserów rozsądnie starałaby się uniknąć: nakręcił ponownie Psychozę Alfreda Hitchcocka niemal ujęcie w ujęcie. Zmienił obsadę, dodał kolor i współczesne elementy, ale zasadnicza konstrukcja pozostała niemal identyczna.

Eksperyment nie odpowiedział na podstawowe pytanie: po co? Van Sant potraktował arcydzieło jak materiał laboratoryjny, sprawdzając, czy ta sama inscenizacja zadziała w nowych warunkach. Efektem nie jest więc ani tradycyjny remake, ani reinterpretacja. To raczej filmowy eksperyment, który stał się jednym z najbardziej znanych przykładów twórczej decyzji budzącej większe zainteresowanie niż sam film. Psychol pozostaje ciekawostką — jako specyficzny przypadek z historii kina, a nie jako udana próba ponownego opowiedzenia historii Hitchcocka.
Nawiedzony (The Haunting, 1999)
Robert Wise zrobił z Nawiedzonego domu jeden z klasycznych przykładów horroru, w którym widz nigdy nie ma całkowitej pewności, czy obserwuje prawdziwe zjawiska paranormalne, czy może psychologiczny rozpad bohaterów. Jan de Bont potraktował materiał znacznie bardziej widowiskowo.

Posiadłość Hill House została zamieniona w coś przypominającego gigantyczną atrakcję z parku rozrywki, a scenografia zaczęła dominować nad bohaterami. Do tego doszła obsada, w której Catherine Zeta-Jones i Owen Wilson otrzymali role niemal pozbawione psychologicznego ciężaru. Zamiast klaustrofobicznego horroru powstało kosztowne widowisko fantasy, które nie potrafiło zdecydować, czy chce straszyć, czy imponować.
Mgła (The Fog, 2005)
Remake filmu Johna Carpentera miał do dyspozycji prosty i niezwykle wdzięczny punkt wyjścia: małe nadmorskie miasteczko, tajemniczą mgłę i przeszłość, która wraca po latach. Zamiast zabrać się za to, nowa wersja próbowała przede wszystkim rozbudować mitologię.

Scenarzyści dopisali nowe informacje dotyczące historii mieszkańców i pochodzenia nadnaturalnego zagrożenia. To właśnie nadmiar wyjaśnień okazał się jednym z największych błędów. Carpenter pozostawiał widza z poczuciem, że nie wszystko da się racjonalnie uporządkować, remake chciał natomiast stworzyć kompletny system przyczyn i skutków. Kiedy tajemnica zostaje zamieniona w instrukcję obsługi, przestaje być tajemnicą.
Kult (The Wicker Man, 2006)
Wicker Man Neila LaBute’a jest jednym z tych filmów, których reputacja została zbudowana w dużej mierze przez pojedyncze sceny, memy i niezwykłą kreację Nicolasa Cage’a. To jednak o tyle niesprawiedliwe, że problem produkcji zaczyna się znacznie wcześniej.

Oryginał Robina Hardy’ego był precyzyjną mieszanką folk horroru, kryminału i opowieści o konflikcie pomiędzy religijnym fanatyzmem a pogańską tradycją. LaBute przeniósł tę konstrukcję do Ameryki i próbował wykorzystać ją jako komentarz społeczny, ale nie znalazł odpowiedniego tonu. Film jest jednocześnie zbyt poważny, zbyt przesadzony i zbyt mało świadomy własnej absurdalności. Nicolas Cage dodatkowo gra tak intensywnie, że jego występ zaczął funkcjonować poza intencjami twórców. To przypadek, w którym aktor i internetowa kultura memów przejęli film od jego twórców.
Amityville (The Amityville Horror, 2005)
Amityville reprezentuje zupełnie inny problem. Nie jest filmem, który kompletnie nie wie, czym chce być, przeciwnie — bardzo dobrze wie, jak powinien wyglądać współczesny horror z dużego studia: atrakcyjna obsada, wysoka wartość produkcyjna, brutalniejsze sceny i odpowiednia dawka jump scare’ów.

Kłopot w tym, że taka strategia pozbawiła historię elementu, który uczynił ją tak rozpoznawalną. Remake jest bardziej zainteresowany fizyczną przemocą niż stopniowym rozpadem rodziny. Ryan Reynolds dostał przy tym rolę wymagającą bardzo gwałtownej przemiany, przez co film momentami przypomina raczej thriller o opętaniu niż historię o domu, który wpływa na swoich mieszkańców. Produkcja odniosła sukces komercyjny, ale pokazała też typowy problem hollywoodzkich remaków: znajomy tytuł został potraktowany jak gotowa marka, a nie materiał wymagający ponownego przemyślenia.
Nieodebrane połączenie (One Missed Call, 2008)
Amerykańska wersja japońskiego Chakushin ari pojawiła się w samym środku fali remake’ów azjatyckich horrorów. Jej twórcy nie znaleźli jednak dobrego powodu, dla którego ta historia miałaby potrzebować amerykańskiej wersji.

Takashi Miike wykorzystywał w oryginale charakterystyczne dla japońskiego horroru poczucie dziwności i niepewności. Eric Valette zamienił to w znacznie bardziej konwencjonalną produkcję opartą na schemacie: zapowiedź śmierci, poszukiwanie wyjaśnienia, kolejny jump scare. Film wygląda jak produkt stworzony według instrukcji obsługi hollywoodzkiego horroru z pierwszej dekady XXI wieku. Nie chodzi więc nawet o to, że jest gorszy od oryginału, największym problemem jest jego całkowita anonimowość.
Koszmar z ulicy Wiązów (A Nightmare on Elm Street, 2010)
Samuel Bayer i scenarzyści stanęli przed trudnym zadaniem: jak ponownie przedstawić Freddy’ego Kruegera widowni wychowanej na kolejnych częściach serii? Odpowiedzią było odebranie mu dużej części tego, co uczyniło go ikoną.

Jackie Earle Haley dostał znacznie mroczniejszą wersję postaci, a film mocniej skierował się w stronę brutalnego horroru. Tyle że Freddy zawsze był czymś więcej niż potworem. Robert Englund stworzył antagonistę, który jednocześnie przerażał, prowokował i bawił się cierpieniem swoich ofiar. Jego czarny humor był integralną częścią charakteru postaci. W remake’u zastąpiono go ponurą powagą.
Poltergeist (Poltergeist, 2015)
Poltergeist z 2015 roku jest przykładem remake’u, który próbował poprawić coś, czego właściwie nie trzeba było poprawiać. Twórcy mieli dostęp do nowoczesnych efektów, cyfrowych technologii i znacznie większych możliwości wizualnych niż ekipa pracująca nad filmem Tobe’a Hoopera.

Jednocześnie zabrakło elementu, który spajał oryginał: rodzinnej perspektywy. W filmie z 1982 roku wydarzenia nadprzyrodzone były przerażające właśnie dlatego, że dotykały zwyczajnej rodziny i jej domu. Nowa wersja szybko zaczyna traktować paranormalne zjawiska jako widowisko. Klaun, drzewa, duchy i inne atrakcje są efektowne, ale coraz mniej związane z emocjami bohaterów. Owszem – technologia pozwoliła pokazać więcej, ale nie pomogła stworzyć większego strachu.

